Nie mamy ręki i nogi, ale żyjemy

Tak sytuację swojego zespołu określa trener siatkarskiej drużyny Trefla Gdańsk Wojciech Kasza. Beniaminek PlusLigi przegrał pięć meczów z rzędu i jest blisko dna tabeli
Przegrywacie mecz za meczem, spadliście na przedostanie miejsce w tabeli. Sytuacja robi się dramatyczna.

- Dramatyczna może nie, ale na pewno bardzo trudna. Nie przypuszczaliśmy, że tak to się wszystko ułoży. Od września mamy jednak cały czas pod górkę i musimy się wspinać. Mam nadzieję, że w końcu przyjdzie czas, kiedy będziemy mogli zacząć schodzić z tej góry. Warunkiem jest jednak powrót do gry wszystkich zawodników, bo ostatnio gramy gołą szóstką, bez możliwości zmian.



Czy tych siatkarzy, których ma pan obecnie do dyspozycji, nie stać na lepszą grę?

- Mówię chłopakom, że zespół jest żywym organizmem. Teraz temu organizmowi ucięto nogę w postaci Bojana Janicia, ucięto rękę w postaci Bruna Zanuto, ale to nie znaczy, że przestał on żyć. Ci chłopcy muszą dźwignąć odpowiedzialność i presję, a ta jest duża. W tej sytuacji, żeby wygrywać, trzeba grać na 100 proc. możliwości, bez błędów.



Nie udaje się wam jednak uniknąć błędów, popełniacie ich mnóstwo.

- Ciężko się gra, kiedy nie ma możliwości zmiany. W Bełchatowie, kiedy Dawid Murek miał przyjęcie na poziomie 25 proc., to trener Daniel Castelani zmieniał go na Bartosza Kurka, który zaczął grać bardzo dobrze atakiem. Wyłączył się Mariusz Wlazły, to wpuścił na parkiet Jakuba Jarosza. Natomiast my mamy taką sytuację, że żaden z zawodników nie może się wyłączyć, bo potencjał zmienników nie jest wielki. Musi grać trzon zespołu, który w praktyce stanowią ci, co wywalczyli awans, czyli zawodnicy, o których nikt wcześniej nie słyszał, jak Dawid Suski, Waldemar Świrydowicz czy nawet Wojciech Winnik. Ale przyznaję, że nasz poziom gry też się obniżył z racji tego, że jakość treningu siadła. W poniedziałek po raz pierwszy od ośmiu tygodni miałem dwie szóstki. Wcześniej miałem siedmiu zawodników. Teraz zaprosiłem dwóch juniorów, piłka mogła chodzić i trening w końcu odzwierciedlał sytuacje meczowe. A tak wcześniej musiałem stawiać metalowe części, które imitowały przeciwnika. Gra przeciwko kawałkowi żelaza to nie to.



Może w budowaniu zespołu popełniliście błąd, może lepiej trzeba było ściągnąć większą liczbę zawodników słabszych niż wasze kontuzjowane gwiazdy?

- Trudno przewidzieć taką serię kontuzji, ale mam podobne odczucia, przed sezonem zresztą optowałem za tym, żeby szukać zawodników, którzy pozwolą nam grać o miejsca 5.-6. Ściągając gwiazdy w postaci Łukasza Kadziewicza, Janicia, Zanuto i Marko Samardzicia nadmuchaliśmy balon. Okrzyknięto, że będziemy walczyć o medal. Tymczasem porobiło się tak, że nie mamy gwiazd, a wymagania są nadal wysokie. A dla tych chłopców to nie do przeskoczenia. Mamy zawodników, którzy mają prawo zawieść.



Kiedy wrócą do gry Zanuto i Janić?

- Zanuto już z nami trenuje. Brazylijczyk przeszedł pomyślnie testy sprawdzające w Olsztynie, jego noga jest odbudowana i nawet silniejsza niż prawa. Ale musi się psychicznie przygotować do gry, bo na dobrą sprawę dopiero od półtora tygodnia zaczął skakać. Powinien w ciągu trzech tygodni zacząć normalnie grać, ale liczę, że na kilka piłek będzie mógł już wejść w sobotę w meczu przeciwko Domeksowi. Janić jest natomiast cały czas pod opieką lekarza reprezentacji Serbii w Belgradzie. Pracuje też z nim trener od przygotowania fizycznego, bo Bojan praktycznie już dziewięć tygodni z nami nie trenował i może wypaść z rytmu. Zapowiedział jednak, że być może wróci na najbliższy ligowy mecz.



Mówi się, że pana drużynę od środka psuje mający trudny charakter Kadziewicz, który potrafi ostro skrytykować młodszych kolegów także w czasie meczu.

- To są bzdury, szukanie taniej sensacji. Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do jego postawy. To bardzo ambitny zawodnik, problemem jest natomiast to, że niektórzy chłopacy z drużyny jeszcze rok temu podeszliby do niego i poprosili o autograf. Często przeskoczenie granicy, że nagle z takim zawodnikiem się trenuje, jada posiłki, razem śpi w pokoju bywa stresujące dla młodych siatkarzy. Ale presja jest nieunikniona w tym zawodzie i muszą się do niej przyzwyczaić. Staram się zaszczepiać w nich wiarę w umiejętności. Znów porównuję to do organizmu bez ręki i nogi. W życiu jest tak, że jedni popełnią z tego powodu samobójstwo, a inni znajdują jakiś cel w życiu i jadą np. na paraolimpiadę. Trzeba widzieć światełko w tunelu, ja jestem osobą pozytywnie patrzącą na świat i staram się to przekazywać chłopakom. Chcę, żeby się cieszyli z gry, z każdej udanej akcji. Sami przyznali, że jest u nich strach przed porażką. Nie można uciekać w strach i niewiarę.



Może pan spokojnie pracować, prezes Kazimierz Wierzbicki mówi, że pana pozycja w klubie jest niezagrożona.

- Miło mi to słyszeć, ale wolałbym, żeby prezes chwalił mnie za wygrane mecze, tak jak było w poprzednim sezonie. Widać, że prezes chce utrzymać we mnie wiarę w siebie, ale ja ją mam. Wierzę w to, co robię i co potrafię, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie zawsze świeci słońce, czasami pada grad.



Ale na moment pan też stracił wiarę, bo oddał się do dyspozycji zarządu.

- Jestem od początku istnienia tego klubu, tworzyłem w nim grupy młodzieżowe, włożyłem wiele serca, wywalczyłem awans, ale nie muszę kurczowo się trzymać funkcji trenera. Dla dobra tej drużyny mogę w każdej chwili odejść, i to powiedziałem prezesowi. Mam też dla kogo zostać, bo dorobiliśmy się świetnych kibiców. Pamiętam, że na początku były trzy dziewczyny, które założyły klub kibica. Grupa rosła, jeździła z nami na wyjazdy, teraz mamy pełną salę. Chcemy grać dla kibiców, dawać im radość. Liczę, że się od nas nie odwrócą w tych trudnych momentach i będą dla nas takim zawodnikiem na zmianę, którego na razie nam brakuje.

Trefl w pucharze

W środę o godz. 18 siatkarze Trefla Gdańsk rozegrają pierwszy mecz VI rundy wstępnej Pucharu Polski z Delektą w Bydgoszczy. Rewanż rozegrany zostanie 28 stycznia w Gdańsku. Stawką jest awans do ćwierćfinału, w którym czeka już AZS Olsztyn (pierwsza czwórka dostała się tam bez gry).