Szczotki a korupcja oraz co potrafi woźna

Niektórzy trafili w samo sedno, inni musieli się wstydzić tego, co mówili jeszcze kilka tygodni wcześniej. Ludzie trójmiejskiego sportu jak co roku nie zawiedli i swoimi wypowiedziami ubarwili życie kibiców
Zazwyczaj nasz subiektywny ranking cytatów wygrywał ktoś, kto rozbawił wszystkich. Ale tym razem zwycięzca może być tylko jeden. To prezes Pomorskiego Związku Piłki Nożnej Henryk Klocek. Prezes tak lubi swoje nazwisko, że tuż po aresztowaniu apelował, aby nie przechrzcić go na Henryka K. i nie pozbawiać "locka". To ostatni komunikat, jaki usłyszeliśmy z jego strony (a właściwie ze strony jego adwokata), ale wcześniej też było ciekawie.

- Nigdy nie byłem uczestnikiem korupcji w polskiej piłce. Zresztą sam fakt, że nie byłem w tej sprawie przesłuchiwany przez prokuraturę czy policję, mówi wiele - mówił "Gazecie" Klocek w listopadzie, jeszcze przed zatrzymaniem. Co teraz mówią nowe fakty? Klocek nie odpowie, bo po przesłuchaniu przez prokuraturę milczy niczym grób. Wcześniej zdołał jeszcze wyjaśnić, dlaczego główny oskarżony w sprawie piłkarskiej mafii, Ryszard F., dla przyjaciół "Fryzjer", uczepił się właśnie Klocka.

- Nasza firma produkująca meble współpracuje ze Szczotpolem z Wronek, który robi szczotki do czyszczenia rdzy. "Fryzjer" dzwonił do mnie i nalegał na spotkanie, bo chciał mnie przekonać, abyśmy zakończyli współpracę ze Szczotpolem i związali się z firmą jego brata, która zajmuje się tym samym. Mówiłem mu: - Zobaczymy, proszę przysłać ofertę, a jak będę gdzieś przejeżdżał, to się spotkamy. Nie podpisaliśmy tej umowy - wyjaśniał Klocek.

(Nie)wesoły autobus

W świecie sportowców funkcjonuje powiedzenie o tzw. wesołym autobusie. Zawodnicy lubią świętować wyjazdowe zwycięstwa już w drodze powrotnej do domu. Radość konsumowana na gorąco smakuje lepiej, bo i trener przymknie czasem oko, i żona nie widzi Ale nie zawsze jest wesoło. Gdy jedni słyszą śpiewy, trener hokeistów Energi Stoczniowiec Gdańsk Henryk Zabrocki ma inne doświadczenia.

- Jak jedziemy w autobusie, to słychać jeden wielki kaszel - mówił przed meczem z Polonią Bytom, w okresie, gdy kilku zawodników grało mimo chorób i kontuzji.

Chory Stoczniowiec z Polonią wygrał.

Gorzej, gdy sportowcom na drodze do osiągania dobrych wyników staje chora... sytuacja. A za taką złoty medalista Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 r. Władysław Kozakiewicz uważa fakt, że trenerem sopockiej tyczkarki Anny Rogowskiej jest jej mąż Jacek Torliński. Kozakiewicz, znany z odruchowego i wlewającego ciepło w serca Polaków gestu, tym razem nie przebierał też w słowach.

- Z całym szacunkiem, ale przy skali talentu Ani do takich wyników jak dotychczas doprowadziłaby ją pani woźna ze szkoły sportowej nr 14 w Gdyni. Przecież ona powinna regularnie łoić Isinbajewą, bo według mnie możliwości Rogowskiej sięgają nawet 5,20 m - denerwował się na naszych łamach Kozakiewicz.

Gol strzelony brzuchem

Niektórzy potrafią mówić ze swadą na każdy temat, innym przychodzi to z trudnością. Zwłaszcza gdy okoliczności nie są zbyt sprzyjające.

W nie lada kłopocie znalazł się piłkarz Lechii Gdańsk Piotr Kasperkiewicz, który zdobył pierwszego gola w ekstraklasie, a potem musiał wszystkim tłumaczyć, jak mu się to udało. Początkowo nikt nawet nie wiedział, że kluczową bramkę w wygranym meczu z Odrą Wodzisław strzelił właśnie on. Gol padł bowiem w sporym zamieszaniu, a spiker ogłosił, że jego autorem jest Łukasz Trałka. Po dokładnych analizach okazało się jednak, że to Kasperkiewicz - chciałoby się napisać - "dostawił nogę". Ale piłka odbiła mu się od miejsca pomiędzy udami a brzuchem. Oddajmy głos autorowi zamieszania:

- Którą częścią ciała strzeliłem gola? Hmm Piłka odbiła mi się w okolicach splotu słonecznego, więc w statystykach można napisać, że zdobyłem gola brzuchem - wyjaśnił po meczu szczęśliwy Kasperkiewicz.

Życie jest jednak bezlitosne i gdy jedni mają powody do świętowania, inni smucą się z powodu porażek. Najboleśniejszą poniosła florecistka Sylwia Gruchała, która jechała do Pekinu po medal. Skończyło się wielkim rozczarowaniem, a potem jeszcze większym skandalem. Gruchała postanowiła opowiedzieć o "profesjonalizmie" działaczy.

- W nocy, tuż przed startem na dużej imprezie szermierczej, zostałam, razem z Anią Rybicką, obudzona przez hałasy na korytarzu. Okazało się, że działacze mają imprezę. Tymczasem półtora miesiąca temu, na mistrzostwach Europy, zostałam zdyskwalifikowana, ponieważ spóźniłam się na ciszę nocną siedem minut. Decyzję podjął trener Tadeusz Pagiński i prezes związku Adam Lisewski. To nie było dzień przed walką, a ja o 23 chciałam tylko dokończyć herbatę. Prezes podszedł do mnie i nie zachowywał się elegancko. Dziwnym tonem oznajmił mi, żebym wracała do hotelu. Zostałam zdyskwalifikowana następnego dnia rano, a wieczorem obaj zmienili zdanie. Tyle że cały dzień przed startem chodziłam zdenerwowana, byłam już spakowana - tłumaczyła Gruchała.

Czerstwy cham się nie pcha

Pomorze szczyci się jednak przede wszystkim pozytywnymi bohaterami. Jednym z nich jest - i pozostanie pewnie na zawsze - wspomniany już Kozakiewicz. Mistrz olimpijski opowiedział nam o słynnym "wale" pokazanym po zwycięskim skoku w Moskwie, ale także o tym, jak później był traktowany po powrocie do kraju.

- Idzie z pracy, objuczona siatami, zmaltretowana, zmęczona kobieta. Nagle patrzy: "Niemożliwe! Kozakiewicz!". Rzuca siatki i robimy niedźwiedzia, buzi-buzi. Bierze siaty i idzie dalej. W każdym sklepie mogłem też kupować bez kolejki. Kolejka straszna, a tu słyszę: "Panie Władku, pan pójdzie tam do przodu". I to wszyscy, jak jeden, chcą, żebym stanął pierwszy. Czy wyście powariowali? Gdzie ja, czerstwy cham, będę przed wami stawał. Ni cholery, mogę sobie postać w kolejce. No i stawałem. Od razu zaczynałem rozdawać autografy, opowiadałem o olimpiadzie. Kolejka znikała, za to wokół mnie robiło się tłoczno. Dopiero jak przyjeżdżał towar, ludzie wracali do kolejki, a ja z nimi - wspomina Kozakiewicz, człowiek, którego sukces nie zmienił.

Jego słowa to kolejny dowód na to, że w życiu warto być po prostu przyzwoitym. I tego, nie tylko ludziom pomorskiego sportu, szczerze życzę.