Srebrni medaliści z Pekinu wierzą w dobry Nowy Rok

Kajakarka Beata Mikołajczyk i wioślarze Miłosz Bernatajtys, Bartłomiej Pawełczak kończą rok opromienieni srebrem na olimpiadzie. To największe sukcesy bydgoskich sportowców, które dały radość im samym i kibicom. - Zmieniły też nasze życie - przyznają medaliści.


Beata Mikołajczyk (druga w wyścigu K-2 na dystansie 500 m): - Dzięki medalowi mogę ze spokojem robić to, co kocham. Przyniósł mi bowiem emeryturę. I choć wiem, że wspominanie o emeryturze dziwnie brzmi w ustach 23-letniej dziewczyny, daje to stabilizację na przyszłość.

Miłosz Bernatajtys (drugi w finale czwórek wagi lekkiej): - Z powodu Pekinu zmieniło się praktycznie wszystko. Teraz żyje mi się dużo spokojniej, bo dzięki tym wszystkim świadczeniom mam pewne zabezpieczenie finansowe.

Bartłomiej Pawełczak (srebrny medal wspólnie z Bernatajtysem): - Kupiliśmy z narzeczoną mieszkanie w Bydgoszczy i działkę w moich rodzinnych stronach w Sępólnie Krajeńskim.



Beata Mikołajczyk: Nie mogę chodzić z medalem na szyi



Wojciech Borakiewicz: Pamiętasz zdanie "Nadzieja umiera ostatnia"?

Beata Mikołajczyk: Pewnie, że pamiętam. Mama tak do mnie powiedziała po pierwszym finale w Pekinie, kiedy byłam załamana po czwartym miejscu. Słowa od mamy pomogły. Przypomniały, że trzeba walczyć do końca. W drugim finale w dwójce byłam druga.

Czy ten medal olimpijski zmienił zupełnie twoje życie?

- Uspokoił moje serce.

W jaki sposób?

- Mogę teraz całkowicie spokojnie skupić się na tym, co kocham najbardziej. Przestałam się martwić, że życiowa konieczność i ekonomia będzie decydować o tym, co mam robić w przyszłości. Właściwie to się zmieniło przede wszystkim. Poza tym nadal jestem anonimowym człowiekiem, którego na ulicy się nie rozpoznaje. Może się w Bydgoszczy zdarzy jedna osoba na pięćset, która mnie rozpozna i wie, kim jestem. Najważniejsze, że pływam na kajakach, więc robię to, co kocham i będę mogła robić tak długo, jak zechcę.

Mimo srebrnego medalu olimpijskiego kajakarstwo nie daje więc popularności. Czy się tym martwisz?

- Zupełnie nie, bo radość daje mi uprawianie kajakarstwa. Satysfakcję przynosi mi sprawdzanie, gdzie są granice moich możliwości. Kto to podziwia i kto we mnie wierzy, jest prawdziwym przyjacielem i kibicem. Komu wystarczy tylko patrzenie na piłkę i żużel, a innymi sportami się nie zajmuje, trudno.

A jak się udała wycieczka do Tunezji, którą zafundowałaś sobie po igrzyskach?

- To była miła ucieczka od rzeczy, które zaprzątały moją głowę przez długie miesiące. Taki relaks się przydał.

Kiedy rozmawialiśmy przed wyjazdem na igrzyska, mówiłaś, że nie wiążesz przyszłości ze sportem. Pamiętam, że, twardo stąpając po ziemi, mówiłaś, że studiujesz, żeby zdobyć konkretny zawód, bo trudno się utrzymać z kajakarstwa. Teraz chyba będzie znacznie łatwiej.

- Medal w Pekinie i finansowe zabezpieczenie spowodowały, że mam ciszę i spokój w tym względzie. Tak długo, jak mój organizm wytrzyma, będę mogła pływać bez dramatycznych myśli, co dalej. Nie muszę się martwić o staż pracy, o emeryturę i socjalne zabezpieczenie. To już, dzięki srebrnemu medalowi olimpijskiemu, mam zapewnione.

Niedawno wróciłaś z obozu w Brennej. Czy to już początek przygotowań do startów w 2009 roku?

- Rozpoczęłam już przygotowania do nowego sezonu. Przerwa trwała niedługo, bo treningi rozpoczęły się w październiku. Wtedy już zaczęłam się powoli bawić kajakami. W listopadzie trenowałam raz dziennie, a w grudniu normalnie po dwa treningi dziennie. Po powrocie z Brennej, już w Bydgoszczy, znowu mam jedne zajęcia.

Czy w 2009 roku stawiasz bardziej na starty na medalowej dwójce, czy też będziesz się starać o sukcesy z koleżankami w czwórce, która tak nieszczęśliwie zakończyła się w Pekinie?

- Przecież my już możemy w tym składzie nie usiąść ani na dwójce, ani na czwórce. Ciężko teraz więc mi o tym mówić, dlatego że nie ja ustalam składy osad. O tym zdecyduje moja forma i dyspozycja partnerek. Jaka ona będzie, nie wiadomo.

Nie wierzę, że szkoleniowcy kadry będą chcieli rozbijać medalową osadę.

- Nie mogę ciągle chodzić z medalem na szyi i mówić, że mi się coś z tego powodu należy. Jeśli będę w formie, wtedy to miejsce nadal moje. W innym przypadku, będę musiała odstąpić je innej dziewczynie. Marzę oczywiście o pozostaniu w tym samym składzie w K-2 i K-4, bo w obu pływało się wyśmienicie. A gdzieś w sercu pozostaje ciągle nadzieja na starty w jedynce, ale to czas pokaże.

Na starty w jedynce masz jeszcze wiele czasu, bo tam mogą przecież pływać, i robią to z wielkimi sukcesami, zawodniczki znacznie starsze od ciebie.

- Mam czas, żeby nauczyć się wielu rzeczy. Zdaję sobie z tego sprawę.

O czym marzysz w 2009 roku?

- Chciałabym zdobyć swój pierwszy medal mistrzostw świata, bo jego mi jeszcze brakuje.

Rozmawiał Wojciech Borakiewicz







Miłosz Bernatajtys: Mam poczucie bezpieczeństwa



Mikołaj Rogoziński: Jak spędził pan tegoroczne święta Bożego Narodzenia?

Miłosz Bernatajtys: Trochę w aucie, trochę w domu, po połowie. Pojechaliśmy do Chojnic do rodziców mojej żony, a potem do Ustki w odwiedziny do moich. W drugi dzień świąt wróciliśmy do domu i spędziliśmy go w swoim towarzystwie. Ogólnie święta były bardzo intensywne, podobnie jak całe moje życie.

Pewnie pilnował pan diety przy wigilijnym stole?

- A gdzie tam, właśnie nie. To prawda, że zawodnicy wagi lekkiej żyją w nieustannym stresie przed zbędnymi kilogramami, ale ja się tego nie boję. Po pierwsze, święta są przecież tylko raz w roku. Po drugie, dominują ryby i sałatki, więc nie jest tak źle. Poza tym nie mam specjalnych problemów z utrzymywaniem wagi, przychodzi mi to na szczęście dość łatwo. Jadłem śmiało i w ogóle nie myślałem o wadze.

A jak będzie wyglądał sylwester?

- Spędzę go w domu, tylko z żoną. Nie planowaliśmy żadnych hucznych przyjęć, oboje jesteśmy domatorami. Pooglądamy telewizję, o północy będziemy obserwować sztuczne ognie i pójdziemy spać. Trzeciego stycznia czeka nas Bal Mistrzów Sportu, więc celowo nie będziemy szaleć. Co za dużo, to niezdrowo.

Po igrzyskach w Pekinie z pewnością wszyscy pytają pana o finanse. Jak spożytkował pan wszystkie nagrody pieniężne?

- Spłaciłem sporą część kredytu na mieszkanie, a resztę ulokowałem na koncie. Na giełdzie nie gram, bo trzeba się na tym znać, a poza tym teraz jest kryzys i dla mnie jest to zbyt ryzykowne.

Co zmieniło się w pańskim życiu po medalu w Pekinie?

- Zmieniło się praktycznie wszystko. Teraz żyje mi się dużo spokojniej, bo dzięki tym wszystkim świadczeniom mam pewne zabezpieczenie finansowe. Jako medalista olimpijski nabyłem prawo do sportowej emerytury, także zeszło ze mnie napięcie związane ze sprawami socjalnymi. Takie swego rodzaju poczucie finansowego bezpieczeństwa.

Stał się pan rozpoznawalną osobą?

- Na pewno ludzie kojarzą mnie bardziej niż przed igrzyskami olimpijskimi, pod tym względem rzeczywiście zaszła jakaś zmiana. Natomiast nie jest tak, że wioślarstwo z miejsca stało się bardzo popularną dyscypliną. Tak oczywiście nie jest. Zmieniło się także to, że jestem zapraszany na większą ilość spotkań, więc mam jeszcze mniej wolnego czasu. Ale nie narzekam, bo to bardzo miłe.

Jakie ma pan plany na 2009 rok?

- Sportowo wiadomo, chciałbym podtrzymać dobrą formę i dalej celować w medale. A jeżeli chodzi o sprawy rodzinne, to nie chciałbym niczego planować. Oby tylko zdrowie dopisywało, bo to zawsze najważniejsze.

Rozmawiał Mikołaj Rogoziński



Bartłomiej Pawełczak: Czujemy się pewniej



Waldemar Wojtkowiak: Czy medal olimpijski był jednym z postanowień, jakie zakładał pan sobie na 2008 rok?

Bartłomiej Pawełczak: O nie, aż tak to nie było. Myśl o medalu dojrzewała z każdym kolejnym treningiem. Co jakiś czas wyznaczaliśmy sobie jakiś cel i go realizowaliśmy. W końcu, choć nie chcieliśmy mówić o tym głośno, zaczęliśmy powoli myśleć o medalu olimpijskim.

Przed igrzyskami wioślarze narzekali, że mało mówi się o nich w mediach. Po olimpiadzie musieliście chyba jednak zmienić zdanie.

- Rzeczywiście, udzieliliśmy mnóstwa wywiadów. Można nawet powiedzieć, że teraz czujemy się dużo pewniej przed kamerą lub też rozmawiając z dziennikarzami. To było takie nowe doświadczenie, które nie tylko nas wypromowało, ale też całą dyscyplinę.

Tylko że teraz już wszyscy wymagać będą od was tylko sukcesów.

- Mamy tego świadomość i dlatego też każdy trening jest cięższy psychicznie. Na pewno celem na ten rok są mistrzostwa świata w Poznaniu, w których chcemy zdobyć medal, ale z drugiej strony, jeśli wymaga się od nas medali na igrzyskach, to nie możemy być ciągle maksymalnie eksploatowani. Proszę zobaczyć chociażby kajakarzy, którzy przed Pekinem na mistrzostwach świata zdobywali medale, a na olimpiadzie nie było już tak dobrze.

W okresie świąteczno-noworocznym możecie pozwolić sobie chyba na przerwę w treningach?

- Ja przede wszystkim odpoczywam psychicznie. Dla mnie to bardzo ważne. A co do zajęć, to pewnie sobie pobiegam w wolnych chwilach, chociaż nie jest to obowiązkowe.

Jesteście osadą wagi lekkiej, więc musieliście chyba też uważać, by za dużo nie zjeść przy stole świątecznym.

- Proszę się nie bać, wszystko było pod kontrolą. Poza tym my nie mamy aż takich problemów z wagą, by się jakoś specjalnie oszczędzać.

Srebrny medal olimpijski to nie tylko zaszczyt, ale też spore gratyfikacje finansowe, które otrzymywaliście. Wydał pan już wszystkie pieniądze?

- No prawie. Kupiliśmy z narzeczoną mieszkanie w Bydgoszczy i działkę w moich rodzinnych stronach w Sępólnie Krajeńskim.

Zamierza pan wybudować dom?

- Na razie o tym jeszcze nie myślę, ale nie wiem, co przyszłość pokaże.

Rozmawiał Waldemar Wojtkowiak