Tam, gdzie z nart lecą iskry

W alpejskim Pucharze Świata równie zacięta walka co na stoku toczy się... w garażu 10 metrów pod ziemią
Szwajcar Daniel Albrecht wygrał slalom gigant we włoskiej Alta Badii. To jego czwarte zwycięstwo w PŚ i drugie w tym sezonie. 25-letni Szwajcar, uważany w swoim kraju za największy narciarski talent, triumfował wcześniej w otwierającym sezon gigancie w austriackim Sölden.

Albrecht jest w swoim kraju znany jeszcze z jednego - ma własną firmę produkującą stroje narciarskie. - Przechadzałem się po różnych kurortach narciarskich i przyglądałem się strojom. Doszedłem do wniosku, że ja to wszystko zaprojektowałbym trochę inaczej. Lepiej - opowiada Albrecht. Firma nazywa się Albright i na razie sprzedaje stroje tylko w Szwajcarii. - Mam tylko problem z własną federacją. Niestety, Szwajcarzy mają kontrakt z inną firmą, więc we własnych strojach mogę chodzić tylko wtedy, gdy nie jestem z kadrą, czyli właściwie nigdy, bo przecież na nartach jeździmy razem prawie cały rok - śmieje się Szwajcar. Projektowanie kurtek i spodni narciarskich przez gwiazdy startujące w PŚ nie jest żadną sensacją. Niezłe pieniądze zarabia na tym m.in. Norweg Lasse Kjus. Albrecht zaznacza jednak, że jego stroje są znacznie tańsze niż kolekcje Norwega. Zestaw kurtki ze spodniami Albright można kupić już za 880 franków, czyli ok. 2300 zł.

Drugie miejsce w Alta Badia zajął Chorwat Ivica Kostelić, trzeci był Austriak Hannes Reichelt. Dzień wcześniej w Val Gardenie odbył się zjazd na legendarnym Saslongu. Zwyciężył wysoki jak tyczka Michael Walchhofer. Austriak dokonał nie lada sztuki, wygrał bowiem w Gardenie drugi raz z rzędu (i trzeci w karierze). Wreszcie przypomniał o sobie Bode Miller, który zajął drugie miejsce. Amerykaninowi chyba nie służy jednak w tym sezonie postawienie na wszechstronność. Zamiast sukcesów w dyscyplinach technicznych, które miał dołożyć do szybkościowych, broniący tytułu Miller stał się po prostu przeciętniakiem i nie może w tym sezonie niczego wygrać. Liderem PŚ pozostał Aksel Lund Svindal, który w sobotę zajął odległą lokatę w czwartej dziesiątce, ale w niedzielę w Alta Badia był ósmy.

Z nart lecą iskry

Kiedy narciarze rywalizują na stoku, równie zacięta walka trwa 10 metrów pod ziemią w hotelowych garażach, gdzie swoją pracę wykonują serwismani. Jeśli w zawodach PŚ startuje 80 zawodników, to trzeba pamiętać, że każdy z nich ma swojego fachowca od przygotowania nart. - Jest nas całkiem sporo. Tylko w Rossignolu pracuje 20 osób, a przecież każda firma produkująca narty ma swoich ludzi. To, co widzicie na powierzchni, to jest tylko wierzchołek góry lodowej rywalizacji w PŚ - mówi "Gazecie" Benoit Brun, serwisant Jeana-Baptiste'a Grange'a, czyli największej nadziei Francji na medal w lutowych MŚ w Val d'Isere.

Brun opowiada, że przygotowanie jednej pary nart zajmuje mu ok. godziny. Grange ma do dyspozycji na każde zawody trzy pary nart - w jednych startuje na treningu, drugie są na zawody, a trzecie to rezerwa. - Oczywiście zdarza się tak, że Jean-Baptiste tak dobrze czuje się w nartach treningowych, że już w nich zostaje. Profesjonalni narciarze w ogóle potrafią bardzo przywiązać się do nart. Zdarza się, że na jednej parze slalomowych nart startują cały sezon! - mówi Brun. Łatwiej w to uwierzyć, gdy popatrzy się na jego pracę. W podziemnym garażu hotelowym za pomocą malutkiej frezarki ostrzy narty, następnie nakłada kilka warstw smaru, długo ze śrubokrętem majstruje też przy wiązaniach. - Narty ostrzy się po każdych zawodach, kąt nachylenia krawędzi wynosi cztery stopnie, choć niektórzy narciarze wolą pięć. Smarowanie w slalomie nie ma tak dużego znaczenia, bo bardziej liczą się krawędzie. Ale w zjazdach już tak, bo jest większa prędkość i więcej długich płaskich odcinków. Narta musi się dobrze ślizgać - wylicza Brun. Jean-Baptiste Grange ma na zawodach trzy pary nart do każdej konkurencji (do zjazdu są najdłuższe, do slalomu najkrótsze i najbardziej "wytaliowane"), ale przed sezonem Grange testował aż 40 par. Ostatecznie wybrał 20, z których już przed zawodami dokonywana jest ostateczna selekcja. Na pytanie, ile kosztuje jedna para nart, z których korzysta Grange, Brun spojrzał w sufit i powiedział: - Tajemnica!

Francuz kontra Francuz

- Jeśli zawodnik odniesie sukces, to zawsze pamięta o swoim serwismanie. Potrafi przyjść do garażu i samemu podziękować. Kiedy się przewróci albo zajmie 30. miejsce, to... różnie bywa. W każdym razie ciągle ze sobą współpracujemy, ja nawet czasem sam muszę jeździć na nartach mojego zawodnika - wylicza Brun. Najciekawsze jest jednak to, że w narciarstwie alpejskim, inaczej niż np. w biatlonie lub biegach, serwismani nie są podzieleni na narodowe teamy. Brun pracuje dla Rossignola, a naprzeciwko niego nartami marki Fischer dla innego francuskiego narciarza zajmuje się zupełnie inny człowiek. - Wiem, że wygląda to dziwnie, ale tak jest zorganizowane. My nie patrzymy na kraje, ale narty. Jak wygra Rossignol, to się cieszę, nawet jeśli to nie był Francuz! - śmieje się Brun.

Liczba narciarska

40

par nart slalomowych testował przed sezonem Jean-Baptiste Grange. Wybrał 20, które ma do dyspozycji na każdych zawodach, a przed samym startem wybiera trzy. Często zdarza się jednak tak, że zawodnik cały sezon przejeżdża na jednej