Skra jeszcze nie na eksport

W Skrze brakuje czegoś, co pozwoliłoby nam wszystkim uwierzyć, że to zespół pewny, który nie schodzi poniżej solidnego, zawodowego poziomu. Fantastyczny pojedynek w Łodzi rozbudził wyobraźnię i pozwolił uwierzyć, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Po lańsku w Odincowie znów twardo stąpamy po ziemi i rozmyślamy, co zrobić, by w ważnych meczach wierzyć w wygraną od początku do końca - pisze Marian Kmita, szef sportu w Polsacie.
Zabrakło kibiców, więc Skra przegrała... »

Nie tak dawno zachwycałem się Skrą z Bełchatowa i przyrównywałem klub sponsorowany przez PGE do wielkich piłkarskich jedenastek Górnika Zabrze i Legii Warszawa. Oczywiście tych - jak to się wtedy mówiło - "eksportowych" drużyn z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Skra zdawała mi się już tak samo atrakcyjną marką na międzynarodowym siatkarskim rynku jak owe legendy. Używam czasu przeszłego, ponieważ ostatnie dwa pojedynki z Iskrą Odincowo w Lidze Mistrzów potwierdziły, że Skra godnie reprezentuje Polskę i można na nią liczyć, ale

W klubie tym brakuje jednak czegoś, co pozwoliłoby nam wszystkim uwierzyć, że to zespół pewny, który nie schodzi poniżej solidnego, zawodowego poziomu. Fantastyczny pojedynek w Łodzi rozbudził wyobraźnię i pozwolił uwierzyć, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Wszak pokonać pół reprezentacji Rosji i wielkiego Gibę 3:0 to zawsze wyczyn. Wyczyn tym większy, że przed meczem niewielu było optymistów, którzy postawiliby pieniądze na jakiekolwiek zwycięstwo Skry. Po lańsku w Odincowie znów twardo stąpamy po ziemi i rozmyślamy, co zrobić, by w ważnych meczach wierzyć w wygraną od początku do końca. To był chyba największy problem naszych graczy w spotkaniu rewanżowym. Dla mnie mecz w Rosji bardzo przypominał finał MŚ z 2006 roku. Wtedy też, jeszcze nim sędzia zagwizdał pierwszy raz, złote medale mogła już przymierzać drużyna z Brazylii. Tak samo w Odincowie, rozmiary porażki w pierwszym secie wskazują, że nasi zawodnicy myślami byli wtedy wszędzie, tylko nie na boisku.

Dlaczego trener Castellani nie poradził sobie z tym problemem, tego nie wiem. Dlaczego katastrofalnie grali bohaterowie z Łodzi Murek i Bąkiewicz, a słabo Wlazły, tego też nie wiem. Wiem tylko, że od dziesięcioleci największą bolączką polskich sportowców jest powszechne ukontentowanie z pół- i ćwierćsukcesów - wygranych pojedynczych meczów lub udziałów w finałach dużych imprez. Z tym mamy największy problem. I chociaż Skra jest najlepiej zarządzanym polskim klubem siatkarskim, to prezes Konrad Piechocki nie może wyjść na boisko i zagrać za swoich zawodników. Może jednak i powinien skorzystać ze swoich pełnomocnictw i wymusić na swoich pracownikach elementarną zawodową solidność. Wtedy Skra - już bez cudzysłowu - będzie eksportowa.