Benjamin Raich: Jestem jak bryła lodu

- Gdy oglądasz alpejczyków w telewizji, wydaje ci się, że to jest sport indywidualny. Ale zanim zjedziemy z góry na dół, współpracujemy z całą masą ludzi. Uwierzcie, narciarstwo jest bardziej drużynowe niż piłka nożna - mówi ?Gazecie? i Sport.pl czołowy alpejczyk PŚ
17-latka wygrywa supergigant w St. Moritz »

Jakub Ciastoń: Kilka lat temu to pan bił się z Bode Millerem o Kryształową Kulę, ale ostatnie dwa lata miał pan słabsze. Teraz znów jest dobrze.

Benjamin Raich: Można powiedzieć, że wróciłem na właściwą ścieżkę. Wygrałem gigant w Beaver Creek, a w Val d'Isere kombinację. To pierwsze zwycięstwo było dla mnie ważne, bo przyszło po kilku miesiącach bez dobrego wyniku, ale właściwie bardziej cieszę się z tego drugiego, bo superkombinacja pokazuje prawdziwą klasę narciarza. Najpierw musisz wykazać się w szybkim supergigancie, a potem w technicznym slalomie. Poza tym trasa w Val d'Isere była naprawdę bardzo wymagająca.

Czy zmienił pan coś w przygotowaniach?

- Postanowiłem wrócić do korzeni. Przestałem bawić się w zjazdy, które nigdy nie były moją mocną stroną, a skoncentrowałem się na tym, w czym od zawsze byłem dobry, czyli na konkurencjach technicznych - slalomach i gigantach. Odstawienie intensywnego treningu zjazdowego od razu dało efekt. Oczywiście będę dalej jeździł zjazdy i supergiganty, ale tylko do kombinacji w Kitzbühel i Wengen. Można powiedzieć wprost, że ten eksperyment ze zjazdami okazał się porażką. Prawda jest taka, że jeździłem je lepiej, kiedy się do nich specjalnie nie przygotowywałem. I mam nadzieję, że teraz tamte czasy wrócą (śmiech).

Dlaczego niektórym narciarzom konkurencje szybkościowe po prostu nie leżą?

- W zjazdach i supergigantach ważna jest siła fizyczna, waga ciała i technika. Ja zawsze miałem to ostatnie, ale żeby zrobić dobry wynik w zjeździe, trzeba ważyć powyżej 90 kg, wtedy są po prostu lepsze prędkości, no i można "przypakować" na siłowni, zwiększyć siłę. Ja ważę mniej. Ostatnim lżejszym alpejczykiem zwyciężającym w konkurencjach szybkościowych był Amerykanin Daron Rahlves, ale skończył już karierę.

Przesuwa się granica wieku, w którym alpejczycy mogą osiągać świetne wyniki. Pan ma dopiero 30 lat, ile jeszcze będzie się pan ścigał?

- Nie sądzę, żeby przesuwała się granica. Po prostu jest kilku gości, którzy są fenomenalnymi narciarzami, mimo że już dawno skończyli trzydziestkę, jak Hermann Maier czy Marco Büchel. Ja mam zamiar startować do czterdziestki, jak Patrik Järbyn. Mam więc jeszcze dziesięć lat (śmiech).

To niesamowite, kiedy 36-letni Maier wygrywa zawody po trzech latach przerwy (supergigant w Lake Louise).

- Dla mnie to nie była wielka niespodzianka, bo Hermann był świetny podczas letnich treningów naszej kadry w Chile. Z nim jest podobna historia jak ze mną, on również postanowił wrócić do korzeni. Znów postawił wyłącznie na trening konkurencji szybkościowych, odstawił na bok giganta, w Val d'Isere nawet w nim nie wystartował. Największym atutem Maiera jest siła fizyczna. W ostatnich sezonach może nie zachwycał wynikami, ale to dlatego że ciągle zmagał się z urazami. Teraz też trochę bolały go plecy, ale podczas przygotowań był w pełni sił i to procentuje. Po wygranej w Lake Louise wielu mówiło, że wygrał, bo trasa jest bardzo łatwa. Ale kilka dni później był drugi w zjeździe w Beaver Creek. Maier ma osobowość mistrza, to też jest bardzo ważne. Umie wygrywać, wie, jak to robić, także w sferze psychiki. Nigdy się tego nie oduczył. Na pewno będzie się ścigał do igrzysk w Vancouver i nie zdziwiłbym się, gdyby przywiózł stamtąd jakiś medal.

Czy Maier to dla pana bardziej kolega, czy jednak konkurent? Jakie stosunki panują w austriackiej kadrze?

- Spędzamy ze sobą 200 dni w roku, czyli więcej niż piłkarze. Gdybyśmy się nie lubili, nie potrafili ze sobą dogadać, to już dawno kadra by się rozpadła. Dobre stosunki z kolegami, ale też z rodziną to podstawa sukcesów. Jeśli nie masz spokoju w głowie, nie możesz dobrze wykonać swojej pracy. Tylko gdy oglądasz alpejczyków w telewizji, wydaje ci się, że to sport indywidualny. Ale mało kto pomyśli, że zanim zjedziesz z góry na dół, współpracujesz z całą masą ludzi - od swoich kolegów, przez trenerów, aż po serwisantów. Narciarstwo to jest sport drużynowy, bardziej niż piłka czy hokej.

Powrót na podium Maiera to jedno, ale ostatnio jeszcze głośniej było o Akselu Lundzie Svindalu, który rok po straszliwym wypadku wygrał w Beaver.

- To też niesamowity wyczyn. Najbardziej imponuje mi to, że potrafił dwa razy wygrać na tym samym stoku Birds of Prey, gdzie o mało nie zginął. Zazwyczaj takie powroty w miejsca upadków są bardzo trudne. On poradził sobie doskonale. Musi być piekielnie mocny psychicznie.

Z kim będzie pan walczył w tym sezonie? Kto będzie najgroźniejszym rywalem?

- Trudno powiedzieć. Pojawia się coraz więcej młodych zawodników, gigant w Val d'Isere wygrał Carlo Janka. Na mistrzostwach świata też wszystko może się zdarzyć. Z jednej strony narciarstwo potrzebuje takich postaci jak Bode Miller, Hermann Maier czy ja, ale z drugiej - muszą pojawiać się nowe twarze, bo ze stoków wiałoby nudą.

Mistrzostwa świata odbędą się w lutym w Val d'Isere. W 2005 r. zdobył pan na MŚ pięć medali, uda się panu powtórzyć taki wyczyn?

- Ciężko będzie to powtórzyć, to coś, co zdarza się niezwykle rzadko, ale na pewno stać mnie na medale w slalomie i gigancie. Jeśli trasa będzie ustawiona ciasno, powinienem się na niej czuć dobrze. Teraz nie udało mi się dojechać do mety [rozmawialiśmy w Val d'Isere tydzień temu, Raich wypadł z trasy w pierwszym przejeździe giganta], ale w lutym postaram się o zwycięstwo. Stok Bellevarde jest bardzo trudny. Stromy, ale ma bardzo dużo wypłaszczeń. Śnieg w różnych miejscach trasy się zmienia, czasem jest śliski, czasem bardziej puszysty.

Na igrzyskach w 2014 r. w rosyjskim Soczi śnieg będzie jeszcze inny. Po raz pierwszy konkurencje alpejskie będą tak daleko na południe, na stokach, gdzie normalnie nie startuje Puchar Świata.

- Nie ma to znaczenia. Oczywiście śnieg w wyższej wilgotności i tak daleko na południe będzie trochę inny niż w USA, Kanadzie lub w Alpach, ale nie przesadzajmy. Wszyscy będą mieć takie same warunki, a na pewno przed igrzyskami odbędą się tam jakieś zawody. To będzie nawet ciekawe wyzwanie.

Gdyby musiał pan wybrać, wolałby pan wygraną w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata czy tytuł mistrza świata?

- Jedno i drugie. Każdy narciarz tak odpowie. Na razie koncentruje się na przygotowaniach do MŚ. Dopiero w lutym ocenię, czy dam radę powalczyć o drugą w karierze Kryształową Kulę.

Czy mistrzem można się urodzić? Wystarczy sam talent czy jednak zawsze musi za tym iść ciężka praca?

- W narciarstwie nie możesz urodzić się mistrzem, bo przecież jako siedmioletnie dziecko nie wiesz, czy za dziesięć lat dalej będziesz jeździł na nartach. Najważniejsza jest praca i wiara w siebie. Potem możesz tylko wykorzystywać - lepiej lub gorzej - atuty, które masz.

A pana największy atut to...

- Chyba spokój, opanowanie. Na stoku zamieniam się w bryłę lodu. Umiem się wyciszyć i dzięki temu popełniam mało błędów. Poza stokiem też jestem spokojny i to też jest ważne. Żeby liczyć się w walce o PŚ, nie może być wokół ciebie za dużo szumu. Powoli zbierasz punkty, a pod koniec sezonu wszyscy są zdziwieni, że to właśnie ty jesteś na czele. To jest moja tajna broń.

Czy podczas startów, szczególnie w zjazdach i supergigantach, narciarz taki jak pan czuje jeszcze strach?

- Wtedy bym nie startował. Czuję szacunek dla góry, po której mam zjechać. Mam świadomość, że to ona jest najważniejsza, ja mogę co najwyżej szybko zjechać. Mam też szacunek do ciężkiej pracy. Do zawodów trzeba się solidnie przygotować.

Co alpejczycy myślą sobie, stojąc w bramce startowej?

- Całe życie nie staje nam przed oczami (śmiech). Ja zawsze koncentruję się na trasie, przynajmniej na tym, jak najlepiej przejechać pierwsze bramki. Ale mała modlitwa też nie zaszkodzi.

Benjamin Raich

30 lat. Tyrolczyk z Arzl w rejonie Pitztal. Jest najlepszym austriackim narciarzem od czasów dominacji Hermanna Maiera i Stephana Eberhartera. W 2006 r. wygrał klasyfikację generalną Pucharu Świata, rok później do zwycięstwa zabrakło mu 13 pkt. Przegrał z Akselem Lundem Svindalem najmniejszą różnicą punktową od 16 lat. W 2005 r. w Bormio Raich zdobył tytuły mistrza świata w slalomie i kombinacji. Jest aktualnym mistrzem olimpijskim w slalomie i gigancie. W Pucharze Świata wygrał w sumie 32 razy, co daje mu piąte miejsce na liście wszech czasów. Przed nim są jedynie: Pirmin Zurbriggen (40), Marc Girardelli (46), Alberto Tomba (50), Hermann Maier (54) i Ingemar Stenmark (86). Narzeczoną Raicha jest najlepsza austriacka slalomistka Marlies Schild, która jednak w tym sezonie nie startuje, bo złamała nogę.