Tomasz Listkiewicz: "Bądźmy szczerzy - nazwisko pomaga"

PRZEGLĄD PRASY. - Takich chłopaków jak ja było w niższych ligach setki. Pewnie ciężej byłoby mnie zauważyć pośród tylu ludzi, gdybym nie nazywał się Listkiewicz - przyznaje w rozmowie z "Dziennikiem" syn byłego prezesa PZPN, Tomasz.
Ekstraklasa: Nowa Huta boi się kiboli Cracovii i Wisły »

Syn Michała Listkiewicza coraz częściej sędziuje w meczach Ekstraklasy. I choć nie jest mu łatwo, bo ze względu na znane nazwisko i przeszłość ojca często słyszy pod swoim adresem wyzwiska, chce zostać przy piłce i zając się sędziowaniem. - Dzięki ojcu od małego byłem związany z piłką. Potem na jakiś czas zająłem się koszykówką - mówi - Uznałem jednak, że to nie to. Zaczęło mi brakować zapachu szatni i ruchu na boisku. Dlatego zająłem się futbolem. Zresztą z niezłym skutkiem.

Nie przejmuje się tez, gdy ludzie zarzucają mu, że robi karierę dzięki ojcu. - Bądźmy szczerzy, gdy kilka lat temu zaczynałem, to takich chłopaków ja było w niższych ligach setki. Pewnie ciężej byłoby mnie zauważyć pośród tylu ludzi, gdybym nie nazywał się Listkiewicz - przyznaje otwarcie - Ale z drugiej strony gdybym miał dwie lewe ręce i nogi, to przecież nikt rozsądny nie dałby mi szansy w zawodowej piłce tylko ze względu na ojca.

Jak sam twierdzi, nie jest podatny na krytykę a ostre słowa, jakie padają z trybun podczas meczu, to część widowiska. A kiedy trzeba, sam też potrafi się odgryźć. - Kiedyś w IV lidze jakiś chłystek naubliżał podczas meczu mi i mojemu tacie. Ale prędko się mu odgryzłem. Ja mam cięty język, nie boję się ostrej wymiany zdań.