Wszystkie kolory Lecha

Ani Legia, ani Wisła nadmiaru wrażeń fanom jesienią nie podarowały. Gdyby zmierzyć skalę emocji i estetycznej przyjemności oferowanych przez piłkarzy, lechici byliby ligi liderem samotnym i znikającym reszcie stawki z pola widzenia
Ilekroć oglądam piłkarzy Lecha Poznań, przed oczami stają mi rozbijający się po boiskach Euro 2008 Turcy, którzy przed odpadnięciem pobili srebrnych medalistów poprzedniego turnieju Czechów, wyeliminowali rewelacyjnych Chorwatów i napędzili stracha późniejszym wicemistrzom Niemcom. Wspomnijcie tamten szalony gang Fatiha Terima - nie wierzył w istnienie sytuacji beznadziejnych, nigdy się nie poddawał, ponad połowę goli wtłukł w kilku (dosłownie!) ostatnich minutach gry, w jego meczach w ogóle padało ich sporo, więc wniebowzięci kibice podziwiali je z otwartymi ustami i/lub rozemocjonowani do wyprostu włosów.

Lechici również frajdy dają fanom co nie miara. Lubią prowokować do wariackiej wymiany ciosów; bramki zdobywają hurtowo (w dziewięciu meczach Pucharu UEFA żadnej nie zdobyli tylko w Zurychu, po uprzedniej wygranej u siebie z Grashopper 6:0); zamiast kalkulować, jak opłaca się grać, nacierają bez wytchnienia w tempie jednostajnie przyspieszonym; niezależnie od okoliczności i aktualnego wyniku zawsze zakładają, że wciąż można wygrać. Stali się w naszej lidze zjawiskiem osobnym - choć w walce o mistrzostwo kraju nie odpuszczają Legia, Polonia i Wisła, to atrakcyjnością spektakli biją poznaniacy konkurencję na głowę. Kwadrofonię w technicolorze sprzedają w kinie, które przeważnie nadaje niemo i czarno-biało.

Po czerwcowych fajerwerkach tureckich pisałem o chaosie, graniu wątrobą (używaną zamiast rozumu), odwiecznej w futbolu roli przypadku - roli nie do przecenienia. Lecha okładać epitetami nacechowanymi negatywnie nie chcę, choć skojarzenia nękają mnie z każdą radosną szarżą prawoskrzydłowego Peszki i nie umiem oprzeć się przeczuciu, że on i koledzy nie zawsze biegają wyposażeni w detalicznie precyzyjny plan, że indywidualności formatu Arboledy czy Stilicia korzystają z wolności niemal totalnej, a przynajmniej niespecjalnie ograniczanej trenerskimi rygorami. Jak w Turkach widziałem raczej talent gwiazd niż sprawną pracę zespołową, tak w poznaniakach łatwiej mi dostrzec efekty niemal bezbłędnej letniej kampanii transferowej (Arboleda, Bandrowski, Stilić, Lewandowski) niż imponującą organizację gry.

Bałbym się nawet o los Lecha w europejskich pucharach - dzisiejszy futbol premiuje drużyny cyniczne, wyrachowane, potrafiące się kontrolować - gdyby nie przeszłość Franciszka Smudy. Fachowca, który nie jest maniakiem wysublimowanych taktyk i przyznaje się do niemodnego w dobie jajogłowych trenerów ufania instynktowi, lecz jego metody od półtorej dekady się sprawdzają. W każdym razie sprawdzają się na tle rodzimej konkurencji.

W stylu poznaniaków, wyznaczanym przez bezkompromisowość i walkę do końca, widać echo tego, czego Smuda dokonywał już wcześniej. To jego Widzew robił przecież z Legii marmoladę w doliczonym czasie gry wiosną 1997 roku, w najbardziej niesamowitym ligowym szlagierze naszych czasów (z 0:2 wyszedł na 3:2). To jego Widzew wdzierał się do Ligi Mistrzów w końcówce pamiętnego meczu w Broendby, a w całej tamtej edycji rozgrywek strzelał gole prawie każdemu przeciwnikowi (późniejszemu triumfatorowi Borussii Dortmund umiał wbić aż trzy). To jego Wisła tyleż razy trafiła do siatki Barcelony (3:4), choć akurat w Krakowie Smuda miał trochę pecha - tam jeden sezon pucharowy zabrał mu niejaki "Misiek", który rzucił nożem w głowę Dino Baggio, a ligowego tytułu z wiosny 1999 roku nie udało się obronić także dlatego, że humorzasty Bogusław Cupiał zwolnił trenera jesienią po zaledwie jednej porażce.

Chciałem o Lechu, wyszło o Smudzie. O wyjątkowym przedstawicielu wykpiwanej - słusznie wykpiwanej - polskiej myśli szkoleniowej, którego chyba jako jedynego zatrudniali wszyscy okoliczni potentaci - od Widzewa, przez Legię i Wisłę, po Lecha. Nieokrzesanego, posługującego się niekonwencjonalną polszczyzną, ostatniego już w lidze szkoleniowca z pokolenia urodzonych w latach 40. Wypierają ich młodsi, podpięci do laptopa (trenerowi Lecha służy on ponoć za podstawkę do herbaty) i pozujący na ultranowoczesnych. Ale Smudzie na razie ustępują. Z jego dorobkiem osiągniętym w kraju ma prawo równać się (nawet szczycić się okazalszym) jeden co najwyżej aktywny trener - Paweł Janas z Legią dotarł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, a z reprezentacją awansował na mundial.

Nawet gdyby nie spędził zimy Lech na pozycji lidera, drużyną jesieni byłby na pewno. Zamiast płakać nad napiętym terminarzem (Wojtkowiak czy Arboleda grali tej jesieni częściej niż gwiazdy najbardziej wyczerpującej angielskiej Premier League), szedł równym, wysokim tempem przez ligę oraz Puchar UEFA. Nawet jeśli nie pokona za półtora tygodnia Feyenoordu i nie przetrwa w europejskich rozgrywkach do wiosny, jego występ pozostanie najładniejszym wśród zagranicznych występów wszystkich polskich klubów od czasów Wisły Henryka Kasperczaka.

Nie wiemy tylko, czy rozpalające kibiców popisy przełożą się na wynik choć częściowo porównywalny do osiągów Żurawskiego i spółki. Ewentualne niepowodzenie w Rotterdamie - w meczu z przeciwnikiem pogrążonym w kryzysie, niegrającym już o nic, z jaźnią zajętą czekającym go szlagierem ligi holenderskiej z PSV Eindhoven - byłoby mimo wszystko klęską. Jestem przekonany, że piłkarze Lecha zabrnęli już zbyt daleko i są zbyt ambitni, by usatysfakcjonowało ich przeświadczenie o bezcennym doświadczeniu zebranym w Pucharze UEFA. Zwłaszcza że każdy poprzedni mecz - remisy z Nancy i Deportivo, a także minimalną porażkę z CSKA Moskwa - kończyli z uczuciem niedosytu.

Ani Legia, ani Wisła nadmiaru wrażeń fanom jesienią nie podarowały. Gdyby zmierzyć skalę emocji i estetycznej przyjemności oferowanych przez piłkarzy, lechici byliby ligi liderem samotnym i znikającym reszcie stawki z pola widzenia. Pereł uzbierali sporo - od najmłodszego reprezentacyjnego snajpera w minionym piętnastoleciu Roberta Lewandowskiego, po Manuela Arboledę miotającego się po całym boisku obrońcę z fantazją, jakiego nasze boiska nie widziały. Teraz poznański klub musi kontynuować niespieszne, konsekwentne wspinanie się, by przełamać hegemonię potęg krakowskiej i warszawskiej. A jego szefowie - dotrzymać słowa, że swoich gwiazdek nie puszczą za byle ochłapy do zagranicznych byle klubów.

Turcy lubią poszaleć, ale lubią i wpadać w skrajności. Jak zachwycili na mundialu w 2002 roku (brąz), to kwalifikacje do Euro 2004 przegrali w barażu z Łotwą. A zanim narozrabiali na Euro 2008, przegrali eliminacje do MŚ 2006 ze Szwajcarią. Zadanie dla Lecha - przestudiować przypadek turecki, wyeliminować wady, wreszcie na stałe rozsiąść się w elicie ligowych potęg, porywające pucharowe mecze zacząć wygrywać.

Piłka nożna: Cashback 55 PLN od BetClick.com - poleca Mateusz Borek » - reklama