Noculak: Nie wykorzystano wielkiej energii w latach 90.

- Młodzi ludzie wyszli na boiska i praktycznie każdy bawił się w koszykówkę, ale nikt z zarządzających dyscypliną nie brał pod uwagę, że na bazie tego entuzjazmu można zbudować coś trwalszego - tłumaczy zapaść polskiej koszykówki Mirosław Noculak, trener i ekspert TVP Sport.
Łukasz Cegliński: Dlaczego koszykówka spadła z piedestału?

Mirosław Noculak: Przede wszystkim dlatego, że brakowało dobrych wyników reprezentacji. Ale jest też inna przyczyna - na początku lat 90. nie wykorzystano boomu na koszykówkę, kiedy do Polski zawitała NBA. To była wielka energia - młodzi ludzie wyszli na boiska i praktycznie każdy bawił się w koszykówkę, ale nikt z zarządzających dyscypliną nie brał pod uwagę, że na bazie tego entuzjazmu można zbudować np. system rywalizacji szkolnej. A to dawałoby później efekty.

Niezależnie od związku organizowano jednak letnie obozy, powstawały ligi amatorskie.

- To były spontaniczne, jednorazowe działania. Niektóre firmy świetnie wykorzystywały takie przedsięwzięcia do przyciągania fanów i promocji swojego sprzętu. Ale nic trwałego z tego nie wynikało.

Siatkówce trafił się jednak poważny sponsor Plus, który promując swoje usługi, budował także markę dyscypliny i wspierał ją organizacyjnie. Dlaczego żadna firma nie zaangażowała się tak w koszykówkę?

- Ponieważ w niej nikt nie potrafił niczego stabilnego zorganizować, a to jest podstawa wszystkiego. Boom siatkarski powstał dzięki rozgrywkom Ligi Światowej, co Plus znakomicie wykorzystał dodając swoją wiedzę z zakresu budowania silnej organizacji. Żaden ze sponsorów koszykówki tak daleko nie poszedł. Na siatkówkę dawano pieniądze, ale zarazem promowano poprzez nią konkretne produkty. Sponsor osiągał podwójny cel, był zadowolony i trwał przy dyscyplinie.

Ale przecież koszykówkę przez dwa lata wspierała Era, która oferowała identyczne usługi. Dlaczego nie kopiowała pomysłów Plusa? Bo nie trafiła w koszykówce na podobnie myślących ludzi?

- Era dawała pieniądze, które zresztą natychmiast były konsumowane, ale nie miała pomysłu na przekazanie lidze swojego know-how, który posłużyłby do tworzenia trwałych podstaw organizacji tak, aby koszykówka była ciągle na topie. Nie wykorzystano wówczas wszystkich możliwości. Wracając do siatkówki - organizacją meczów Ligi Światowej zajęli się specjaliści od marketingu, którzy doskonale wiedzieli, na czym polega energia 10 tys. kibiców podczas meczu. W koszykówce nigdy nie próbowano sterować tym zjawiskiem.

Nie próbowano, bo nie było możliwości. Reprezentacja gra rzadko, na dodatek nie ma koszykarskiej Ligi Światowej.

- W siatkówce koszt organizacji takiej ligi wyniósł kilka milionów dolarów, w koszykówce, aby stworzyć rozgrywki na podobnym poziomie, trzeba byłoby wydać kilka miliardów.

I tak by się to jednak nie udało, bo w międzynarodowej koszykówce wszystko zależy od NBA. Czyli co, polscy koszykarze mają pecha, bo nie mają gdzie reprezentować swoich kibiców?

- Tu nie chodzi o szczęście. Siatkówka po prostu nigdy nie miała i nie będzie miała na świecie takiej popularności, jaką ma koszykówka. Siatkarskie gwiazdy są gotowe poświęcać swój wolny czas w wakacje, żeby grać za symboliczną puszkę piwa. Koszykarze, na porównywalnym poziomie sportowym, nigdy tego nie zrobią. Genialny pomysł w siatkówce się sprawdził, ale polscy koszykarze w podobnej rywalizacji prawdopodobnie nigdy nie będą mieli okazji się wykazać. Na dodatek zdobycie pozycji na poziomie europejskim w koszykówce, jest dużo trudniejsze niż w siatkówce. Ale to nie umniejsza sukcesu siatkarzy, którzy najpierw zdobyli mistrzostwo świata juniorów, a potem wykorzystując Ligą Światową stworzyli przy pomocy sponsorów coś trwalszego. W koszykówce taka okazja się nie zdarzyła. Był boom NBA, ale jego wykorzystanie w Polsce było o wiele trudniejsze.

O upadku koszykówki decydowały okoliczności zewnętrzne - dyktat NBA, nowelizacja ustawy antyalkoholowej, ale i wewnętrzne - decydenci, którzy nie potrafili wykorzystać pieniędzy i możliwości wynikających ze sprzyjających sytuacji. Które przyczyny były ważniejsze?

- Gdyby w koszykówce wykorzystano w latach 90. nowoczesne narzędzia menedżerskie, to byłaby duża szansa na utrzymanie dyscypliny na topie. Ale poza siatkówką, która jest wyjątkiem, wiedza menedżerska w organizacjach sportowych przyswajana jest topornie - tak było w koszykówce, ale i piłce nożnej. W ligę piłkarską wpompowano dziesiątki milionów, ale jej poziom jest marny.

A jak Pan ocenia PLK w ostatniej dekadzie?

- Liga zmienia się w zależności od pieniędzy, które mają kluby, ale ogólnie rzecz biorąc jest produktem ciekawym i świadczą o tym niewielkie, ale pełne hale w większości miast. Ludzie chcą oglądać ligę. Trzeba też przyznać, że pieniądze są coraz lepiej wykorzystywane - ostatnio są mniejsze, a poziom rozgrywek drastycznie nie spada. Widać niewielki postęp w zarządzaniu budżetami, choć to ciągle mało. Poza nielicznymi wyjątkami brakuje np. dyrektorów sportowych, którzy zajmowaliby się wyszukiwaniem graczy, doborem trenerów, organizowaniem szkolenia w młodszych grupach - moim zdaniem ci, którzy kierują klubami, nie rozumieją potrzeby posiadania takich ludzi. Energia tzw. działaczy skupia się na zdobywaniu pieniędzy, ale cierpi na tym sztuka ich wydawania. Choć, jak mówiłem i tak jest z tym coraz lepiej.

Kilka dużych miast z tradycjami koszykarskimi nie ma zespołów w dwóch najwyższych ligach. To duży problem?

- Tak, bo to wpływa na zasięg odbioru koszykówki. W dużych miastach są szanse na wybudowanie dużych hal, które już zresztą gdzieniegdzie powstają, no i są tam potencjalni odbiorcy. Gdyby np. Polonia Warszawa była w stanie stworzyć zespół, który zapełniłby 5-tysięczny Torwar, to świadczyłoby o tym, że i klub jest dobrze zorganizowany, i dyscyplina jest w dobrej kondycji. Kilka lat temu Polonii udawało się sporadycznie tą halę wypełniać, ale zabrakło elementu przyciągania kibica. Metropolie są jednak wymagające, bo oferują dużo więcej atrakcji niż np. Włocławek czy Ostrów Wlkp., gdzie mecze koszykówki są wydarzeniami tygodnia. W Warszawie takich propozycji są setki. Poza tym, jeśli mówimy o zawodowej koszykówce, to mówimy o widowisku. Ktoś, kto zdecyduje się na nie pójść, chce się ogrzać w cieple gwiazd. Także tych, które usiądą na trybunach. O tym kilka lat temu w Polonii nie pomyślano. Były pieniądze i niezły zespół w dwumilionowym mieście, ale z zapełnieniem hali były problemy.

We Wrocławiu udawało się to przez 10 lat, ale teraz nie ma tam drużyny.

- Tam, pod koniec lat 90., do koszykówki podchodzono bardzo nowocześnie. Stawiano na marketing i mechanizmy rynkowe, aby pozyskać wiernego kibica. Ale potem nie potrafiono tego utrzymać, bo łaska kibica na pstrym koniu jeździ i nie jest dana raz na zawsze. Dotyczy to nie tylko wyników, ale i widowiska. Wracając do większego obrazu - Polacy nie kochają koszykówki, bo nie mamy w niej sukcesów, które umocniłyby nas w skali świata. Przykładem tego jest Adam Małysz, który był najlepszy na świecie, choć w niszowej dyscyplinie. Ilu Polaków uprawia skoki? 100? A z pasją oglądają je miliony. To nie jest kwestia atrakcyjności dyscypliny, tylko sukcesu reprezentanta i jego umiejętnego sprzedania.

A co z magią NBA? Czy ona dalej istnieje? A może polski kibic już się na nią uodpornił? Te rozgrywki też chyba straciły na popularności.

- Proszę przypomnieć sobie finał igrzysk w Pekinie - gwiazdy NBA rozegrały fantastyczny mecz z Hiszpanią, która też ma zresztą wielu przedstawicieli za oceanem. Gdyby ci, których nie stać na płacenie za kanały kodowane oglądali kilka razy w tygodniu takie widowiska w otwartej telewizji, to osiedlowe boiska znów by się zapełniły. W NBA ciągle jest ogromny potencjał, ale NBA pokazywana w telewizyjnych - nazwijmy to umownie - podziemiach nie będzie nośnikiem popularności.

W podziemiach telewizyjnych jest też koszykówka ligowa.

- Ale to problem nie tylko koszykówki, lecz całego sportu zawodowego, który jako towar kupowany jest przez tych, których na to stać, czyli stacje komercyjne. To nie jest problem społeczny, tylko rynkowy i niestety na to recepty nie ma. Powoływanie się na misyjność telewizji publicznej, która miałaby pokazywać NBA, wywoła od razu sprzeciw, bo pewnie są sprawy ważniejsze do zrealizowania w misji. W Chinach NBA pokazywana jest w 24 stacjach, ale ten kraj jest na innym etapie rozwoju gospodarczego i - bagatela - mieszka tam trochę więcej ludzi. W Europie wszystkie ligi pokazywane są w kanałach zamkniętych - różnica jest tylko taka, że w Polsce liga pokazywana jest w jednym, a w Hiszpanii w kilku.

Widzi Pan jakieś światełko w tunelu?

- Odpowiem filozoficznie: naturą sportu, podobnie zresztą jak życia, jest zwycięstwo i porażka. Ktoś, kto nie umie przegrywać, nie ma szans na wygrywanie. Skoro my w koszykówce przegrywamy, to mamy szansę zwyciężyć. Taką okazją będą mistrzostwa Europy w Polsce - obszernie pokazywane w telewizji publicznej, których czepiamy się jak tonący brzytwy albo pijany słupka, ale uważam, że to będzie dobry moment. Jeśli uda się osiągnąć jakiś sukces narodowy, co w Polsce jest wyjątkowo ważne, to nadzieja na odrodzenie będzie. Ale to i tak nic nie zmieni, jeśli za tym nie pójdą działania organizacyjne. To podstawa sukcesu w każdej dziedzinie życia.