Lepszy rozbrykany Boruc, niż niepewny Fabiański?

"Umarł król, niech żyje król między słupkami reprezentacji"? Upadek Artura Boruca nie musi osłabić drużyny, ale ryzyko jest duże. Łukasz Fabiański to wciąż niewiadoma
Ojciec Boruca: Szatan opętał brukowce  »

Decyzja Leo Beenhakkera, że w reprezentacji nie ma dziś bramkarza numer 1, była i spodziewana, i zaskakująca zarazem. Boruc - największy, właściwie nawet jedyny bohater kadry na Euro 2008 - w bardzo krótkim czasie zrujnował to, co zbudował. Najpierw afera lwowska, potem katastrofalny błąd ze Słowacją, kilka wybryków alkoholowych i słabiutkich meczów. Nawet tych wielkich (derby Glasgow i Liga Mistrzów), na które w przeszłości Boruc mobilizował się nadzwyczajnie.

Dziś pozostał bramkarzem o nieprzeciętnych umiejętnościach, który jednak problemów prywatnych nie potrafi zostawić poza boiskiem. Kiedy wydawało się, że zarabiający w Szkocji 30 tys funtów tygodniowo zawodnik zechce zrobić krok na najwyższy poziom (kilku wielkim klubom w Europie wciąż brakuje wielkich golkiperów), Boruc doprowadził do tego, że zaczyna być kwestionowany nawet w Szkocji. Tam, gdzie niedawno był jeszcze bardziej nietykalny niż w Polsce  ».

Można wierzyć, że bramkarz odbije się od dna i wróci na poziom, na którym był tak niedawno. Problem polega na tym, że Boruc to narcyz nie przyjmujący rad nawet od sprzymierzeńców. Uwagi na temat swojej tuszy zawsze zbywał lekceważeniem i niechęcią, ignorował ludzi uznawanych za autorytety w sprawach bramkarskich ("Szczęsny? Nie znam człowieka"). Nawet jego bliscy koledzy z kadry mówią, że na Artura wpływu nie ma nikt. Nie potrzebuje rad ani pomocy do tego stopnia, że nie ma menedżera, co na tym poziomie jest niespotykane.

Boruc zawsze był ekscentryczny i do pewnego czasu ta cecha zdawała się nie być wadą. Na mundialu w Niemczech rzucił ocierające się o wulgarność słowa o sobie i kolegach, przepraszając w ten sposób kibiców za wstyd, jaki przynieśli.

W specjalnym wywiadzie  udzielonym Sport.pl i Gazecie Wyborczej mówił, że czuje żal i frustrację. Wydawał się wtedy człowiekiem ambitnym i wymagającym, a już na pewno mającym odwagę spojrzeć prawdzie w oczy. Dziś takiego wrażenia nie ma nikt. Boruc nie uznaje, że kryzys formy na boisku może być efektem tego, co robi poza nim. Uważa, że bramkarz jak urzędnik pracuje do 15, a potem robi, co chce, na przykład pije piwo.

Dlatego w odrodzenie bramkarza Celtiku można wątpić, a są tacy, którzy twierdzą, że jego kariera znalazła się na równi pochyłej, i to w ostatnim stadium przed upadkiem.

Zwolennicy Boruca przypomną towarzyski mecz z USA w Kaiserslautern, kiedy przed mundialem w Niemczech o miejsce w bramce kadry Pawła Janasa rywalizowali Boruc i Jerzy Dudek. Bramkarz Liverpoolu w pierwszej połowie bronił dobrze, po czym zmienił go konkurent z Celticu i... zawalił bramkę. Na mundial do Niemiec pojechał jednak Boruc, by stać się największą indywidualnością drużyny. Bramkarz Celtiku wykazał wtedy sporo autorefleksji. Dwa lata temu jeszcze było go na nią stać.

Nawet jeśli Boruc wróci do formy zawsze będzie istniała obawa, że kiedyś przeżyjemy deja vu z Bratysławy deja vu z Bratysławy  ». Że uratuje kadrze jeszcze kilka punktów, po czym znów wcieli się w bohatera negatywnego, z powodu pychy kompletnie zawodząc i przywodząc zespół do klęski. Być może nawet boleśniej niż tamtego wieczoru na Słowacji - kolejny taki błąd w eliminacjach już na pewno będzie kosztował drużynę narodową awans do mistrzostw w RPA.

Boruc mógłby grać w kadrze do Euro 2012. Tylko czy znajdzie w sobie siłę i chęci, by poświęcić w tym celu przyjemności i przyjemnostki? Na razie do zakonnika surowej reguły bardzo mu daleko.

Alternatywą jest Łukasz Fabiański, bramkarz o zupełnie innej konstrukcji psychicznej. Ułożony, skromny (czasem za bardzo), poprawny. I ogromnie uzdolniony. Pracuje w lepszym klubie niż Boruc (w Arsenalu), choć jego wadą jest pozycja zaledwie numeru 2. I to bez widoków na szybki awans.

Fabiański już zasłużył się w eliminacjach MŚ, broniąc remisu ze Słowenią i karnego z San Marino, ale o tak wielkie mecze, jak jego upadający konkurent, nawet się nie otarł. Boruc bywał i bohaterem reprezentacji, i wieczorów Ligi Mistrzów na San Siro, Old Trafford czy Celtic Park (tam całymi seriami). Kiedy skakał do piłki, rywale odbijali się od jego kolan i łokci, a przecież jego atutem była zawsze gra na linii. I ten niewiarygodny spokój, luz - opinia, że jest jednym z najlepszych na świecie w sytuacjach jeden na jednego, nie wzięła się z kosmosu.

Fabiański? Patrząc na niego w towarzyskim meczu w Dublinie trudno nie mieć wątpliwości. W grze na przedpolu niezbyt pewny, w powietrzu raczej on odbijał się od rywali. Gdyby Dariusz Dudka nie wybił piłki z linii bramkowej, jednego gola dla Irlandczyków zapisalibyśmy na konto 23-letniego bramkarza. Nie można też powiedzieć, by był absolutnie bez winy przy bramce na 2:3, kiedy po dośrodkowaniu za krótko piąstkował piłkę.

Beenhakker był Fabiańskim zachwycony. Zapewne oglądał jego paradę roku  ».

Rozumiem, że nie bardzo może powiedzieć co innego. Ale za wcześnie ogłaszać, że w reprezentacyjnej bramce "umarł król, niech żyje król". Dziś można tylko marzyć, że Fabiańskiego stać na takie mecze jak Boruca na mundialu czy Euro. A skoro polska piłka bramkarzami stoi, mamy prawo oczekiwać, by między słupkami kadry stał zawodnik nie tylko dobry, ale wręcz wybitny. Na razie wiadomo, że wybitny był Boruc.

Piłka nożna: Cashback 55 PLN od BetClick.com - poleca Mateusz Borek » - reklama