Łukasz Fabiański: Satysfakcja jest wielka

Nie puściłem gola i to jest najważniejsze. A po tym, jak obroniłem strzał Amera Zakiego w ostatniej minucie lekko wybuchnąłem. Z moim temperamentem wyglądało to jak prawdziwa eksplozja - mówi bramkarz reprezentacji Polski i w ostatnim meczu kapitan Arsenalu Londyn. Jednak w sobotę z Aston Villą najpewniej znów usiądzie na ławce rezerwowych.
We wtorkowym meczu Curling Cup z Wigan Fabiański rozegrał 90 minut, był kapitanem Arsenalu. Gola nie puścił, jego zespół wygrał 3:0. Mimo tego Polak nie dostał wysokich ocen od angielskiej prasy. Wszystko przez dwa nieudane wyjścia do podań w pole karne.

- Spodziewałem się, że jeśli będzie jakiekolwiek zagrożenie ze strony Wigan, to tylko po wrzutkach z bocznych sektorów. Oczekiwałem przepychanek w polu karnym - opowiada nam Fabiański. - Przy pierwszej sytuacji, wyrzucie z autu, źle obliczyłem lot piłki, ale szybko udało się pozbierać. Przy drugiej wrzutce pomogli koledzy. Ale te sytuacje nie miały przełożenia ani na wynik, ani na moje dalsze bronienie. Początek nie był taki, jak oczekiwałem, później wszystko wróciło do normy. Takie sytuacje są i były wliczone w każde spotkanie, nie jestem ideałem.

Przez obie części spotkania Fabiański nie miał za wiele pracy. Jego koledzy strzelili trzy bramki i sprawa awansu była wyjaśniona. Średnia wieku graczy Arsene'a Wengera nie przekroczyła 20 lat (19,27). W 90. min Fabiański popisał się interwencją roku. Obronił strzał Holendra Daniela de Rijdeera i dobitkę z kilku metrów Egipcjanina Amera Zakiego.

- Odbiłem piłkę jak trzeba, do boku i, co było kluczowe, utrzymałem na nogach - opowiada. - Piłka spadła pod nogi nabiegającego Zakiego i uratowało mnie to, że chwilę wcześniej nie rzuciłem się na ziemię. Zdołałem odbić piłkę na poprzeczkę. To najlepsze, co mogło mnie spotkać w tym meczu. Nie puściłem i jeszcze wybroniłem w nieprawdopodobnej sytuacji. O straconego gola nikt nie miałby pretensji, i tak mieliśmy awans zapewniony. Ale satysfakcja jest wielka.

Po tej interwencji Fabiański aż eksplodował, zacisnął pięść i coś krzyknął do siebie. - Pokazałem, że Polacy nie gęsi - śmieje się. - Jak na mnie, spokojnego człowieka, to rzeczywiście dość żywiołowa reakcja.

To drugi z kolei występ reprezentanta Polski w barwach Arsenalu. W sobotę, z Manchesterem United, zagrał ostatni kwadrans, bo Manuel Almunia zszedł z boiska z urazem głowy. - Dostał porządnego kopniaka, myślał że wytrzyma do końca. Ale coś mu pulsowało w głowie, nie zaryzykował - opowiada Fabiański. - Nie miałem żadnego stresu, pokazałem, że boss zawsze może na mnie liczyć.

Almunia wznowił treningi i to prawdopodobnie Hiszpan zagra w sobotę z Aston Villą. Ale Fabiański jest coraz bliżej bycia numerem jeden. Na razie może być pewien jednego: 19 listopada zagra w reprezentacji przeciwko Irlandii w Dublinie.

Piłka nożna: Cashback 55 PLN od BetClick.com - poleca Mateusz Borek » - reklama