Trzykrotny olimpijczyk kończy karierę. ?Chodzę po ścianach"

Zadecydowałem, że kończę karierę. Powrót do wioseł teraz, byłby już ucieczką od dorosłego życia. Nie chcę tego, okażę się wtedy słaby. Mógłbym to zrobić, walczyć o igrzyska, mieć znów pieniądze i na cztery lata spokój. Ale nie o to chodzi.
Rozmowa ze Sławomirem Kruszkowskim

Ma 33 lata, jako jedyny torunianin był na aż trzech igrzyskach olimpijskich - od Sydney (2000), przez Ateny (2004) do tegorocznych, w Pekinie. Był wicemistrzem globu, stawał na podium mistrzostw Europy. Trzykrotnie wygrywał w Pucharze Świata. Dziś Sławomir Kruszkowski oficjalnie kończy karierę. Wiosłował przez całe dorosłe życie. I dziś pyta: - Co dalej?



Paweł Rzekanowski: Warto było zajmować się sportem?

Sławomir Kruszkowski: Warto.

Mimo, że sport dał - materialnie - niewiele?

- Ale ile mnie nauczył...

Czego?

- Odpowiedzialności za to, co się robi. Samodyscypliny. Zasad fair play. Jaka inna dziedzina życia może czegoś takiego nauczyć? Dwa miesiące siedziałem w domu, zrobiłem wielki rachunek tego, co było, jest, będzie. Nigdy nie ma dobrego czasu na to, żeby kończyć karierę. Trzeba wrócić na normalne tory. Dzieciaki dorastają, żona musi znaleźć pracę, ja muszę ją znaleźć. Starczy tej zabawy.

Zabawy? Sport był zabawą?

- Tak.

Nie profesją?

- Nie do końca można tak na to patrzeć.

Ludzie myślą: facet, który był na trzech igrzyskach olimpijskich ma mnóstwo pieniędzy, kontaktów. Jest ustawiony do końca życia.

- Mit. Mogę go zburzyć.

Kiedyś w telewizyjnej sondzie starszy mężczyzna powiedział: „Opłaca się być sportowcem, bo taki to zarabia po kilkanaście tysięcy miesięcznie".

- Bzdura... (Kruszkowski bezradnie się uśmiecha, siedząca obok żona ironicznie kiwa głową)

Więc co z tym sportem? Faktycznie był zabawą?

- Złe określenie. Był zawodem, przecież zarabiałem dzięki niemu pieniądze.

Kilkanaście tysięcy?

- Taaaaak, akurat. 2700 zł miesięcznie - tyle miałem od państwa. Plus dodatki od sponsorów.

Za reprezentowanie kraju przez 10 lat - 2700 netto?

- Tak, "na rękę". Niedawno w jednej z gazet przeczytałem ile zarabiają hokeiści, koszykarki. Nie mówiąc już o żużlowcach, bo to zupełnie inna bajka. Ale ci pierwsi - po kilkanaście tys. zł. Koszykarki - po 20 tys. zł. Złapałem się za głowę. Nie miałem nawet ćwierci tego. Gdybym miał ze sportu, z igrzysk, wielkie pieniądze, nie rozmawialibyśmy teraz mieszkaniu na Skarpie, tylko w domku jednorodzinnym. Nie jeździłbym 8-letnim autem, tylko nowym.

Ludzie myślą, że dzięki sportowi miałem niewiadomo co. Kiedyś o 2 zł poprosił mnie człowiek na ulicy, koło bloku. Mówi: "Oj, panie Sławku, pan to zawsze ma kasę". Powiedziałem: "A ja skąd mam mieć"? Odpowiada: "No przecież pan to sportowiec. To zawsze pan ma!". Kokosów nie było. Ile łącznie zarabiałem? W latach 2000-2008 niech to będzie 3-3,5 tys. zł miesięcznie. Na 4-osobową rodzinę, bo żona przecież nie pracowała - skoro dzieciaki nie mają ojca, to dlaczego mają nie mieć też mamy?.

Co kraj dalej swojemu reprezentantowi idącemu na sportową emeryturę?

- Trzeba było zrobić medal olimpijski. Byłaby emerytura za sukces. A tak? Nic.

Bycie wioślarzem jest niewdzięczne. Pracujecie 200 dni w roku, a mówi się o tej dyscyplinie raz na cztery lata.

- Sport niedoceniany. Trudno. Akurat w Toruniu o wioślarstwie mówi się, pisze, całkiem sporo. Ale w Polsce? Niezauważalny sport. Nie zmieni tego grad medali, sukcesów. Musi być telewizja, musi być z tego show, reklama.

Jak ze skokami narciarskimi.

- Ech, najnudniejsza dyscyplina jaka może być. Jaka to frajda stać na mrozie, wiatr, minus 20 stopni. I patrzeć, jak ktoś leci na nartach. Nie widać, gdzie spadnie. Nie widać niczego. A zrobiono z tego dyscyplinę narodową. A Formuła 1? Nic się nie dzieje przez 70 okrążeń.

Na zachodzie najlepsi sportowcy kończący karierę zostają trenerami i dzielą się doświadczeniem.

- Owszem, chciałbym pracować z młodzieżą. Ale sprawa rozbija się o pieniądze. Trener w klubie dostaje za to 300 zł. Mogę iść do pracy, a potem zająć się pracą z młodymi. Ale podstawowy dochód? W Polsce niemożliwe. Abstrakcja.

W zawodowym sporcie jest dziura. Nie ma w nim miejsca dla tych, którzy kończą kariery.

- Droga się zamyka, nie ma dalszego etapu. Nie chcę odchodzić od sportu, nie chcę rzucać wioślarstwa. Jestem już na nie skazany do końca życia. Kocham to, dla mnie frajdą będzie zobaczyć, jak młodzi ludzie noszą łódki w klubie. Więc będę chodził do klubu po pracy. Właśnie - pytanie tylko, co z pracą.

Po radę przychodzi wysoki, silny 20-latek i mówi: „Chcę być wioślarzem". Co usłyszy?

- Powiem mu: "Brnij w to".

Dla własnej satysfakcji?

- Nie można wszystkiego przekładać na pieniądze.

Zadowoleniem nie wykarmi się rodziny.

- Dobrze, żyjemy w takich, a nie innych realiach. Racja, pieniądze są ważne. Dlatego młodych ludzi jest zwyczajnie trudno zachęcić do sportu niszowego, bo wiedzą, ile zarobią. A właściwie, że nie zarobią. Ale jeśli faktycznie znalazłby się taki zapaleniec, namawiałbym go. Wioślarstwo? Jeden z najwspanialszych sportów na świecie.

Co w nim takiego fanstatycznego?

- To, jak fantastyczną sprawą jest zejście z przystani do łodzi o 6 rano w Bachotku (miejsce zgrupowań wioślarzy - red.). Lekka mgiełka, obok ptaki, łabędzie patrzą. Rozkosz.

Czwórka podwójna, z którą cztery lata temu był pan o sekundę od brązowego medalu igrzysk w Atenach, dziś jest gwiazdą mediów. Musiał pan odejść z osady, bo uznano, że jest pan za stary. Ale młodszy od tych, którzy teraz zdobyli mistrzostwo.

- Z dzisiejszej perspektywy decyzja była słuszna. Zrobili wynik. Już beze mnie.

I jest rozchwytywana. Wywiady, sesje zdjęciowe, zaproszenie do programy Kuby Wojewódzkiego.

- Oni bardzo tego chcieli. Przynajmniej jeden z nich.

Marek Kolbowicz.

- Dla niego to była bardzo ważna sprawa, on chciał być ponad wszystko. Nie mógł się pogodzić z tym, że Tomek Kucharski z Robertem Syczem (najlepsi polscy wioślarze ostatnich lat - red.) są notowani wyżej. Dążył by być gwiazdą. I spełniło się. Czwórka? Nie oglądam ich, nie patrzę. Nie darzę tych ludzi sympatią. Pogratulowałem im złota. To, co zrobili, jest naprawdę wielkie. Ale mam nadzieję, że nasze drogi się już nigdy nie zejdą. Że nie będziemy musieli na siebie nigdy wpaść.

Bo by zaiskrzyło? Sporo było podtekstów podczas rezygnacji z pana.

- (śmiech) Nie, nie jest tak, że dalibyśmy sobie po mordzie. Nie o to chodzi. Byłoby po prostu niezręcznie. Nie interesuje mnie co robią, nie chcę ich słuchać, ani na nich patrzeć.

W Polsce jest coś takiego, jak sport zawodowy?

- Zawodnicy by tego chcieli. Ale nie dają niczego w zamian. Przeczytałem wywiad z jednym siatkarzem. Mówił, że mu się nie chce, że jest zmęczony. Przecież on dostaje nasze pieniądze! Dla kogo to robi? To jego zawod. Albo to kocha, albo nie. Skoro sprawia mu to mnóstwo nieprzyjemności, niech zrezygnuje - sprawa załatwiona. Patrzyłem na zachowanie ludzi na igrzyskach. Nie ma w Polsce sportowców, którzy oddają się temu co robią w 110 proc. Widzę nastawienie konsumpcyjne, zbyt szybko przyszły duże pieniądze. Brak szacunku do kibiców, do otoczenia. Ktoś się pojawia, dostaje kupę forsy (Żaneta Kruszkowska, siedząca obok żona, dodaje z przekąsem: - I już jest gwiazdą). Właśnie, jest gwiazdą... Patrząc na ogrzyska, stwierdziłem, że coś jest nie tak.

Gwiazdki telewizyjne?

- Tak. Może to naiwne, ale sportowcy powinni dawać przykład, jak się zachowywać, co robić. A robią odwrotnie. Przerażające. Przez całą karierę starałem się, żeby z piwem mnie nikt nie widział - jak już, to w domu. Bo nie wypada. Papierosy? Nie, dziękuję. Pewnych rzeczy po prostu sportowcowi nie wolno. Jak się denerwuję, bo ktoś mi zajedzie drogę w korku - żona mówi: "Uspokój się". Źle by to wyglądało: olimpijczyk kłócący się z kierowcą. Chciałem dawać przykład, że można trochę inaczej.

W punkcie bukmacherskim na ul. Św. Ducha jest pańskie zdjęcie oprawione w antyramę - w honorowym miejscu. Czuje się pan postacią wyjątkową dla Torunia?

- Zbyt mocno powiedziane.

Więc kim jest pan dla miasta?

- Sławkiem Kruszkowskim. Jednym z 200 tys. obywateli. Nie zrobiłem niczego wielkiego.

Nikt inny w mieście nie był na trzech igrzyskach olimpijskich.

- Są ludzie, którzy mają większe zasługi i sukcesy. Jestem rozpoznawalny, to miłe. Ludzie mnie kojarzą. Ostatnio byliśmy z żoną na imprezie. Do rozmowy chętnych było tylu, że właściwie się z nią nie wybawiłem (śmiech). Kiedyś oglądałem Ligę Mistrzów, mecz Realu Madryt. I ktoś powiedział, że ojciec Ikera Casillasa (bramkarz Realu - red.) stwierdził: "To, że jesteś wielkim sportowcem, nie oznacza, że jesteś wielkim człowiekiem". To esencja wszystkiego. Naszego pseudozawodostwa, naszego sportu.

Toruń to miejsce, w którym można szybko znaleźć pracę po dziesięcioletniej, świetnej karierze wioślarskiej?

- Trzeba szukać.

Przez lata miał pan cykl treningów i zawodów rozpisany na kilka miesięcy do przodu. Niezwykle intensywne życie. A teraz - rewolucja. Nuda.

- Wrzesień mi zleciał. Zrobiliśmy remont mieszkania, pojechaliśmy na wczasy. Był spokój i odprężenie. Zaczął się październik, listopad. Już dosłownie chodzę po ścianach. Nie wiem, co będzie dalej. Zadecydowałem, że kończę karierę. Powrót do wioseł teraz, byłby już ucieczką od dorosłego życia. Nie chcę tego, okażę się wtedy słaby. Mógłbym to zrobić, walczyć o igrzyska, mieć znów pieniądze i na cztery lata spokój. Ale nie o to chodzi. Nie wiem, co będzie, ale kiedyś koniec musi nadejść. Teraz mam 33 lata. Lepiej szukać nowego życia teraz, niż jako 37-latek. Jeszcze nie jestem stary. Trzeba będzie nauczyć się życia od nowa. Ale w czym problem? Przecież nie będę budował mostów, albo dróg. Do jakiej pracy nie pójdę, nauczę się jej. Tak, jak wioślarstwa.

Dla Gazety

Żaneta Kruszkowska

żona toruńskiego olimpijczyka

Zwykle na początku listopada Sławek już wyjeżdżał na zgrupowania do cieplejszych krajów. Musiałam się przez lata uczyć samodzielności, bo go nie było - treningi, wyjazdy, zawody. Razem ponad 200 dni w roku. Czasami były kryzysy. Patrzy się w niedzielę przez okno, małżeństwa z dziećmi idą do kościoła. Zwykła rzecz. A ja bez niego. Ale nie żałuję, że on się podporządkował wioślarstwu. Nie mam pojęcia, jak sobie bez niego poradzi po kilkunastu latach, jak będzie żyć w tej chwili. Nawet na balkonie nie da się ergometru (symulator wioślarski - red.) wstawić (śmiech). Za mało miejsca.

not. rz