Arsene Wenger - Wielki eksperymentator

Kiedy Wenger zaczyna odmawiać wydawania milionów wciskanych mu przez desperacko pragnących triumfów przełożonych, a zarazem coraz rzadziej wygrywa, staje się ekscentrykiem. Ryzykuje, że wkrótce przekroczy granicę, poza którą innowator zmienia się w nieszkodliwego dziwaka
Leo: Porażka ze Słowacją to moja wina »

Arsene Wenger lubi chłopców. Lubi też przechwalać się, jak niewiarygodnie młodzi są chłopcy wysyłani przezeń na potwornie wymagające batalie w lidze angielskiej i Lidze Mistrzów. Nie wspominając o rozgrywkach mniej prestiżowych - we wrześniu w krajowym pucharze wystawił trener Arsenalu grupę o średniej wieku minimalnie przekraczającej 19 lat. Jego drużyna uwodzi Europę tyleż czarem ofensywnego, zorientowanego na zabawianie publiki stylu gry, co właśnie buziami lansowanych przez Francuza bajecznie uzdolnionych efebów, którzy potrafią na boisku pokonać załogę najbardziej zaprawionych w bojach rutyniarzy.

I czynią Arsenal zjawiskiem w powszechnym odczuciu wręcz romantycznym, nieprzystającym do realiów brutalnego, bezideowego futbolowego biznesu naszych czasów. Kibice jak świat długi i szeroki z nie całkiem rozpoznanych powodów rozkoszują się zwycięstwami drużyn młodzieńczych nad drużynami rzekomych staruchów, piłkarzy po trzydziestce uznając prawdopodobnie za ludzi w wieku podeszłym. A w londyńskich młokosach widzą często wychowanków klubu, choć do podstawowej jedenastki Arsenalu rzadko trafiają wychowankowie w sensie ścisłym, którzy dorastali w jego szkółce od czasów przedjuniorskich. Tutaj wzorem powinna być raczej - biorąc pod uwagę drużyny z europejskiej czołówki - pełna gwiazd uczonych w Katalonii od dziecięctwa Barcelona.

21-letniego Samira Nasriego, który w sobotę strzelił dwa gole Manchesterowi United, wziął przecież Arsenal długo po obwołaniu go następcą Zinedine'a Zidane'a. Wcześniej spędził Nasri dwa lata w Pennes Mirabeau i aż dziesięć w marsylskim Olympique.

Idea Wengera pozostaje fenomenem dla współczesnej piłki bezcennym, czyniącym ją bogatszą i z każdym zwycięstwem londyńczyków bardziej fascynującą. Idzie ten trener wbrew wszystkim, konsekwentnie utrzymując drużynę - wielokrotnie skazywaną na nieuniknioną przeciętność - w czołówce i rozgrywek krajowych, i międzynarodowych. Ba, swój koncept wciąż rozwija i radykalizuje, niekiedy zachowuje się, jakby odmładzanie podstawowej jedenastki stało się celem samym w sobie. - Możliwe, że w następnym meczu Pucharu Ligi zobaczycie najmłodszy zespół kiedykolwiek wystawiony przez Arsenal - stopniował napięcie przed wspomnianym ustanowieniem rekordu klubu, prawdopodobnie również rekordu całych rozgrywek. I zgraja jego nastolatków (często podebranych biedniejszej konkurencji) rozbiła Sheffield United 6:0.

Lech - najbardziej zapracowany polski klub »

Im bardziej jednak Wenger się radykalizuje, tym częściej przegrywa. Im częściej przegrywa, tym donośniej wybrzmiewają apele, by jego samowolę ograniczyć lub wręcz - rzadziej - arsenalską zabawkę mu odebrać. Londyńczycy przez blisko dekadę zdobywali mistrzostwo lub wicemistrzostwo Anglii (1998-2005), do którego regularnie dokładali jakiś puchar. Od czterech lat nie wygrali żadnego trofeum (udało się to nawet Portsmouth), w lidze miotają się między miejscem trzecim a czwartym.

Częściowo zapaść tłumaczy najazd na Londyn niepohamowanego inwestora Romana Abramowicza. Częściowo. Sukcesu Liverpoolu, który również zdystansował Arsenal, już finansami tłumaczyć nie sposób.

Wypada natomiast tłumaczyć go mentalnością upartego Wengera. Wielkiego eksperymentatora, który z wolna przestaje reagować jak normalny trener, czyli człowiek dążący do zapewnienia drużynie maksymalnego powodzenia, dla którego ostatecznym celem jest wygrywanie. Dopóki klub zaciska pasa i nie przeznacza fortuny na transfery oraz pensje piłkarzy, bo buduje stadion, dopóty skąpstwo szkoleniowca jest zrozumiałe. Kiedy Wenger zaczyna odmawiać wydawania milionów wciskanych mu przez desperacko pragnących triumfów przełożonych, a zarazem coraz rzadziej wygrywa, staje się ekscentrykiem. I dzisiaj to właśnie ryzykuje - że wkrótce przekroczy granicę, poza którą innowator zmienia się w nieszkodliwego dziwaka.

Tak, nieszkodliwego. Z sobotniego zwycięstwa nad Manchesterem United - po meczu zgodnie z tradycją spektakularnym (to była trwająca 96 minut eksplozja) - wynika dla prognozowanych rozstrzygnięć w lidze angielskiej niewiele. Pojedyncze szlagiery wygrywa Arsenal często, ale do szczytu tabeli nie doskakuje. Jego niemowlęce gwiazdy nie umieją utrzymać pełnej koncentracji na dystansie wielu miesięcy, czasem nie umieją też wykończyć broniącego się desperacko, znacznie słabszego piłkarsko przeciwnika. Biegają bez wytchnienia wokół pola karnego, ładnie wymieniają piłkę, wdzięczą się do fanów w każdej sekundzie gry i w ogóle wszystko robią cudownie. Ale przypominają przeglądającego się w lustrze narcyza, który widzi tylko siebie, zapominając o rywalu, którego trzeba pobić. Od wygrywania są w Arsenalu kobiety - w żeńskim futbolu angielskim bardziej utytułowanej drużyny nie ma.

czy Polonia może być mistrzem? »

Ktoś obwołał już Wengera transferowym superagentem. Spełnieniem marzeń księgowych, handlarzem chcącym tanio kupić i dobrze sprzedać. Wrogiem nagradzania megagwiazd megapensjami, wrogiem podpisywania kontraktów dłuższych niż jednosezonowe z graczami po trzydziestce. Dlatego Francuz ważnych piłkarzy notorycznie traci. Kiedy z dumą wspomina o swoich przedwcześnie dojrzałych młodych, to właściwie wiadomo, że nie doczeka się, aż pod jego okiem wyrosną na tytanów. Podczas minionych wakacji odeszli Hleb i Flamini (za darmo!), podczas następnych być może odejdzie Fabregas. W kilkudziesięcioosobowej kadrze ostała się ledwie trójka trzydziestolatków (Almunia, Gallas i Silvestre urodzili się w 1977 r.). Dziś, gdy kariery niezwykle się wydłużyły i coraz więcej futbolistów zdaje się nieśmiertelnych.

Wenger cierpliwie tłumaczy, że o triumfach nie decyduje metryka, lecz inteligencja. Albo sam sobie przeczy - wszak właśnie on kieruje się kryterium wieku, albo uznał, że po trzydziestce graczy dotyka demencja. A kiedyś miał w kadrze weteranów fantastycznych - Adamsa, Bergkampa, Piresa etc.

Choć pojedyncze zwycięstwa nad Manchesterem nie zaspokajają ambicji szefów Arsenalu, zwolnienie trenerowi raczej nie grozi. On zbudował potęgę klubu, on rozsławił go wysublimowanym stylem gry. Jeszcze długo będzie zasługiwał na nietykalność, nawet jeśli cała Anglia rozdyskutuje się nad fenomenem drużyny, której zbawca jest zarazem oprawcą. Uczy ją zachwycającego futbolu i więzi osobliwymi przekonaniami. Kiedy Wenger oburza się publicznie na panujący dziś terror wyniku, trudno nie zastanawiać się, czy w szatni również dopinguje piłkarzy sloganem, że wynik nie jest najważniejszy.

Wygra francuski filozof czy nie wygra? Udowodni reszcie świata, że on ma rację, czy będzie przypadkiem z pogranicza folkloru, nieuleczalnym, z lekka oszołomowatym oryginałem? Gdzie dotrze w próbach permanentnego odmładzania? Zejdzie do żłobka?

A zejdzie może jeszcze niżej? Umiem go sobie wyobrazić w przyszłości: już z dala od boiska, w laboratoryjnych goglach i kitlu, mieszającego w parującym kotle z genami, poszukującego mieszanek idealnych dla przyszłych, nienarodzonych jeszcze gwiazdorów futbolu. Innej dla idealnego stopera, dla bocznego obrońcy, dla rozgrywającego, napastnika etc. Jeśli genową miksturę doskonałą kiedyś opracuje, tytułów dzięki niej zdobytych raczej nie doczeka, nawet gdyby Arsenal zaczął wygrywać przedszkolakami. Co najwyżej zostanie - na taką sławę wielcy eksperymentatorzy wyprzedzający epokę są zawsze gotowi - pierwszym trenerem, który mistrzostwo Anglii zdobędzie pośmiertnie.