Sport.pl

Leo Beenhakker: Porażka ze Słowacją to moja wina

Marcowy mecz w Belfaście będzie kluczowy dla mnie i reprezentacji. Irlandię Północną musimy pokonać za wszelką cenę. Dlatego nie będzie eksperymentów. A oba mecze przygotowawcze będą tak ważne, jakbyśmy grali o punkty - mówi selekcjoner reprezentacji Polski "Gazecie Wyborczej" i Sport.pl
Ludzie Beenhakkera wracają do gry »

19 listopada kadra zagra w Dublinie z Irlandią, w lutym podczas zgrupowania w Portugalii rywalem Polski będzie Szkocja lub Walia. Rywale tacy, by jak najlepiej poznać wyspiarski styl przed eliminacyjnym starciem z Irlandią Płn.

Robert Błoński i Michał Pol: Po raz pierwszy, odkąd pracuje pan w Polsce, na mecz z Irlandią nie powołał pan ani jednego debiutanta. A przecież to gra towarzyska, idealna do eksperymentowania.

Leo Beenhakker: To najważniejszy mecz towarzyski ze wszystkich, jakie graliśmy. Bezpośrednie przygotowanie do meczu z Irlandią Północną w eliminacjach mundialu w RPA. Tamto spotkanie będzie kluczowe dla naszego awansu. Nie możemy sobie pozwolić na żaden błąd, koncentracja musi być pełna. Styl Irlandczyków nie jest nam najlepiej znany. Listopadowy mecz w Dublinie będzie bardzo podobny do tego marcowego w Belfaście. Także ze względu na atmosferę na trybunach. Dlatego chcę, żeby poznali ją ci kadrowicze, którzy decydują o naszym losie w tych eliminacjach.

Są mecze towarzyskie, których używam jak poligon do wypróbowania nowych piłkarzy na pozycjach, co do których nie jestem pewien. Do sprawdzenia, jakimi są ludźmi, jak sprawdzają się w drużynie. Ale tym razem nie miałbym czasu dla młodych piłkarzy. Sprawa jest zbyt poważna. To przygotowanie do arcyważnego meczu w eliminacjach. Dlatego będę starał się przekonać moich piłkarzy, żeby zagrali w Dublinie jak o punkty.

Ale spotkanie w Belfaście jest dopiero za pięć miesięcy. Może pan mieć wówczas do dyspozycji zupełnie innych piłkarzy.

- Na to nie mam wpływu. Skoro mamy okazję zagrać z Irlandią teraz, musimy ją wykorzystać. Jednocześnie cały czas staram się umówić na luty z inną drużyną z Wysp - Szkocją albo Walią. Bo kiedy ostatni raz reprezentacja Polski grała w meczu o punkty z drużyną z Wysp? W eliminacjach do poprzedniego mundialu. Dziś w kadrze gra inna generacja, niewielu z nich pamięta tamte spotkania. Nie mogę pozwolić sobie na sytuację, żeby piłkarze, którzy wyjdą do Belfastu, otwierali oczy ze zdumienia, co rywal wyprawia na boisku.

Polscy piłkarze szczyt formy zawsze mają jesienią, nie wiosną...

- Tak to wygląda, gdy się patrzy na historię występów Polaków w różnych eliminacjach, ale jest to coś, czego nie akceptuję i spróbuję zmienić. Bo dlaczego ma to być zasada? Moi zawodnicy to profesjonaliści tacy sami jak ich rywale na Zachodzie. Mają być na wiosnę tak samo przygotowani, jak jesienią. Zresztą sami się przekonali, że wszystko zależy od nich. Przecież potrafili rozegrać na wiosnę świetne wyjazdowe mecze z Portugalią i Finlandią. Zwłaszcza ten pierwszy był wybitny w ich wykonaniu.

Niewiarygodne przygody Jacka Krzynówka »

Teorie o słabej grze Polaków na wiosnę, syndromach drugiego meczu, to są może sprawy chwytliwe medialnie, ale niemające wiele wspólnego z rzeczywistością. To tak jak kreowanie konfliktu między mną i Pawłem Brożkiem, bo mu nie podziękowałem za występ ze Słowacją. Dziennikarze, którzy to opisali, nie rozumieją, że jeśli trener ściąga zawodnika z boiska i wprowadza na jego pozycję nowego, musi dać mu wskazówki. Ale jeśli nowego zawodnika wprowadza na nową pozycję, musi poinstruować cały zespół, bo cała gra się zmienia. I to właśnie robiłem, kiedy Brożek schodził, bo Smolarek musiał zejść do środka, a Krzynówek na lewą stronę. A potem czytam teorie spiskowe, jak ostentacyjnie okazuję niechęć Brożkowi.

Schodzącego Rogera pan wyściskał...

- Bo w jego miejsce wchodził Robert Lewandowski jako drugi napastnik. Wszyscy znali swoje role, wszystko było ustalone, więc miałem chwilę, żeby podziękować schodzącemu piłkarzowi. Nie było w tym żadnej manifestacji.

Nie martwi pana, że kilku podstawowych zawodników kadry, jak Jacek Krzynówek, Mariusz Lewandowski czy Ebi Smolarek, rozegrało w tym sezonie w reprezentacji więcej minut niż w klubach?

- Zawsze się martwię, kiedy moi piłkarze nie grają, zwłaszcza ci, których ciężko zastąpić, bo to dodatkowy kłopot dla mnie i dla drużyny. Chciałbym to zmienić, ale nie mogę nic zrobić. Dzwoniłem do trenera Feliksa Magatha, wypytywałem o sytuację Jacka i dlaczego nie gra. Co więcej? Staram się im pomagać, kiedy jesteśmy razem, dawać ekstra treningi, więcej rozmawiać.

Zresztą różnie to bywa. Po jednym piłkarzu widać, że brakuje mu pewności, ogrania, wiary w siebie, i wtedy wiem, że niewiele jest w stanie dać drużynie. Ale po innych, i tak jest w większości w przypadku polskich piłkarzy, widać niesamowity głód gry. Mają dodatkową motywację. Po prostu dlatego, że znów mają okazję zagrać. Dlatego przy powołaniach nie kieruję się, ile kto czasu gra w klubie, bo wówczas musiałbym machnąć ręką na wielu wartościowych piłkarzy. Ale jest to poważny problem dla mnie.

Dlaczego tak bardzo chciałby pan wygrać z Irlandią?

- Trener jest tak dobry, jak jego ostatni mecz. Co z tego, że na początku roku po dobrym meczu wygraliśmy z Czechami. Dziś nikt nie mówi nawet o tym wygranym pojedynku z nimi w eliminacjach MŚ 2010. Choć zagraliśmy świetnie, na naszym najwyższym poziomie. Niestety, liczy się ostatni mecz, dlatego wszyscy mają w głowach tylko porażkę ze Słowacją, która tak skomplikowała naszą sytuację w grupie. I to jest naturalne, ja na to nie narzekam. Chodzi o to, żeby po porażce szybko się otrząsnąć. Tymczasem moja drużyna ma przed sobą aż pięć miesięcy do ewentualnej rehabilitacji. Przez pięć miesięcy będzie towarzyszyła nam atmosfera porażki. Dlatego tak bardzo byłem rozczarowany klęską w Bratysławie.

Podobno nosił się pan z zamiarem, by zrezygnować z funkcji?

- Nie, i nie wiem, skąd się wzięła taka plotka. Byłem totalnie załamany, bo bardzo zależało mi na wygranej w Bratysławie. Przecież jedną nogą bylibyśmy już w RPA. Gdybyśmy byli słabsi i przegrali 0:3, łatwiej byłoby się pogodzić. Ale prowadziliśmy, mieliśmy zwycięstwo we własnych rękach, nie mieliśmy prawa przegrać. Ale stało się. I bolało. Czułem się odpowiedzialny za tę porażkę. To moja wina. Musiałem podjąć trudną decyzję, wybrać między Borucem i Fabiańskim. I Artur popełnił błąd. To był też mój błąd, bo ja na niego postawiłem. Dlatego byłem taki wkurzony na siebie.

Nienawidzę trenerów, którzy za porażki obwiniają piłkarzy, a jak wygrywają, robią bohaterów z siebie. Tymczasem to ja odpowiadam za to, jak grali ci, na których postawiłem. Do tej pory numerem jeden w bramce był Artur. Teraz nie ma już numeru jeden. Artur i Łukasz są na tym samym poziomie. W Dublinie zagra Łukasz, powiedziałem o tym Arturowi wprost.

Chcemy zapytać także o... wybory. USA będzie rządził pierwszy w historii ciemnoskóry prezydent. Dla Holendra to chyba żadna niespodzianka.

- Oczywiście. Niedawno burmistrzem Rotterdamu został Marokańczyk. Ma dwa paszporty, ale jest Arabem. Amerykanie są o wiele bardziej konserwatywni pod tym względem, pewnie dlatego, że mają o wiele krótszą historię niż kraje Europy. Ale kolor, rasa, płeć nie ma znaczenia. Liczy się fachowość, umiejętności i zdolności kierowania mocarstwem.

W Polsce też były wybory. W PZPN...

- Liczę, że coś się zmieni w polskiej piłce. Ale z Grzegorzem Latą jest jak z Barackiem Obamą. Na pewno będzie inaczej, ale kto wie, czy to zmiana na lepsze?

Przed wyborami, spośród czterech kandydatów, Lato wydawał się pana największym oponentem.

- To nie do mnie pytanie. Dla mnie od samego początku ważne było tylko jedno: pełne wsparcie w drodze na mundial w RPA. Awans to mój cel i ambicja. Prezes Lato zapowiedział, że nie będzie mi przeszkadzał. A ja nie chcę się mieszać w żadne gierki czy politykę. Interesuje mnie tylko reprezentacja.

Jak to jest w Holandii? Selekcjoner nie martwi się, kto jest prezesem i jak wybór wpłynie na jego pozycję?

- Nie. Prezes ma świadomość, że federacja jest zależna od drużyny narodowej. Im lepszy jej wizerunek, tym większy splendor dla związku. Dlatego jest zaangażowany w sprawy kadry, ale tylko pod tym względem, że chce dla niej i selekcjonera jak najlepiej. Awans do wielkiej imprezy to miliony euro dla federacji, to pieniądze ze sprzedaży praw do transmisji, sponsorzy... Wszędzie jest tak, że drużyna narodowa jest flagowym okrętem federacji. W Polsce jest tak samo. Ale spraw technicznych, zgrupowań, organizacji meczów nie załatwia się z prezesem, tylko z sekretarzem generalnym albo dyrektorem generalnym związku. Zarząd nie ma z tym nic wspólnego.

Jakiej pierwszej decyzji nowego Zarządu, dotyczącej kadry, pan oczekuje?

- Może budowy boiska treningowego w Warszawie? Przydałoby się nam. W 2008 roku nie mamy warunków, by przygotowywać się do ważnych meczów w stolicy Polski.

Na razie prezes Lato co chwilę powtarza, jakim jest wielkim zwolennikiem Beenhakkera. Ale z Zarządu płyną zarzuty, że pan za dużo zarabia. Pan Piechniczek narzeka, że przestaliśmy grać z kontry... Mamy wrażenie, że chcą pana zniechęcić drobnymi złośliwościami...

- Mam identyczne wrażenie. Ale czy to mój problem? Nie. Ja dbam tylko o kadrę, o drużynę, o zawodników. Tak długo, jak mi pozwolą pracować z drużyną, niech mówią, co chcą. Każdy ma prawdo do swojej opinii, a na końcu i tak ja podejmuję decyzje. Pan Lato, prezes PZPN, zapewnił, że mam jego poparcie. Mówił to przy wielu osobach, dlaczego miałbym nie wierzyć?

Jest pan cierpliwy?

- Tak, ale wszystko ma swoje granice. Na razie mogę zajmować się tylko futbolem, czyli robić to, co kocham. I to mnie trzyma w Polsce. Uwielbiam tych chłopaków, ludzi, którzy są z drużyną. Wiele się zmieniło w ostatnich dwóch latach, stworzyliśmy lepsze warunki dla zespołu.

A co z raportem dotyczącym Euro 2008?

- A co ma być?

Zarząd czeka na sprawozdanie.

- Naprawdę?

Tak.

- Ciekawe. Mnie nikt o tym nigdy nie wspomniał słowem. Kto się domaga raportu?

Panowie Engel, Strejlau, Piechniczek... Chcą wiedzieć, czemu przegraliśmy?

- Myślicie, że oglądali Euro?

Tak.

- To o czym my mówimy. Wszyscy widzieli, czemu nie wyszliśmy z grupy. A poza tym nikt nie zwrócił się do mnie o ten raport. Nikt. Jeśli mnie zapytają, powiem, czemu przegraliśmy.

Chcą mieć to na piśmie.

- OK. Jak zapytają, odpowiem, dlaczego nie napisałem.

Andrzej Strejlau ma wręcz obsesję na punkcie raportu, a jego innym konikiem jest kadra B. Dlaczego jej nie ma?

- Tuż po Euro była rozpatrywana ta sprawa. Pan Engel powiedział: "Biorę to na siebie, zorganizuję wszystko". Byłem zachwycony. I co? Gdzie jest ta kadra? A ja powołuję taką drużynę od dwóch lat. W grudniu czy lutym biorę ligowców, gdzie na dziesięciu dziewięciu ma mniej niż 23 lata. Grają, są sprawdzani... Ale powiedziałem, że idea powołania kadry do lat 23 w perspektywie Euro 2012 jest świetna. Tylko to zróbcie.

Więcej o: