Boks: Calzaghe znów upadł, i znów wstał

Joe Calzaghe wygrał na punkty z Royem Jonesem jr. w krwawej walce w Madison Square Garden w Nowym Jorku, choć w pierwszej rundzie leżał na deskach
- W tym roku pobiłem dwie legendy, Bernarda Hopkinsa i Roya Jonesa jr. Aby to zrobić, podjąłem ryzyko, przyjechałem do nich, do USA. Nie mam w boksie nic więcej do udowodnienia - powiedział niepokonany Walijczyk, który wcześniej twierdził, że z Jonesem po raz ostatni wchodzi do ringu. Po walce uznał, że musi jeszcze raz sprawę przemyśleć.

Prawdopodobnie to samo oświadczy Amerykanin.

Walijczyk nie dodał, że były to dwie szybko starzejące się legendy - Hopkins ma 43 lata, Jones 39. On sam 36.

Jones jr, fenomenalny przed dekadą pięściarz, dysponujący nieosiągalną dla przeciwników szybkością, przez lata tracił najważniejszą swoją cechę. Mimo to bohatera ringów z lat 90. witała 15-tysięczna sala skandowaniem "USA! USA!", licząc, że coś z tamtego czasu zostało. Ale Jones spotkał się z przeciwnikiem, który ma pięści niemal równie szybkie, ale był bardziej zdeterminowany, wytrzymały, pracowity. I dysponował wielką przewagą w boksie - jest leworęczny (Jones tego nie lubi, odkąd mańkut Antonio Tarver znokautował go w drugiej rundzie i pokonał w rewanżu na punkty).

Calzaghe pokazał po raz kolejny, że potrafi się podnieść z desek i ruszyć do walki jak gdyby nigdy nic. Podobnie jak w kwietniowej walce z Hopkinsem Walijczyk zrobił to samo w starciu z Jonesem. - To był dobry cios. Stałem się po nim silniejszy - drwił na konferencji po walce, choć po mocnym prawym ciosie przewrócił się i krwawił do końca walki.

Po nokdaunie wywierał ciągłą presję na Jonesie, harował jak stachanowiec na 300 proc. normy, spychał przeciwnika na liny i do narożnika, a jak tylko cofał się na środek ringu, Amerykanin, który sądził, że zostaje mu darowana chwila odsapnięcia, nadziewał się na kolejną huraganową serię ciosów.

W siódmej rundzie pękł łuk brwiowy Jonesa, co spowodowało krwawą łaźnię. Lekarz jednak pozwolił kontynuować pojedynek. W środkowych rundach zdarzało się, że Calzaghe (46 zwycięstw, 32 nokauty, 0 porażek) drwił sobie z Jonesa dokładnie w sposób, w jaki Amerykanin upokarzał kiedyś swoich słabszych przeciwników - opuszczając ręce, tańcząc, uśmiechając się. - Nie wiem, co się stało, ale po prostu on wygrał tę walkę - powiedział Jones (52 zwycięstwa, 38 nokautów, 5 porażek).

Wszyscy sędziowie dali przygniatające zwycięstwo Walijczykowi 118-109.