Jak Klocek z "Fryzjerem" o szczotkach rozmawiał

Nie boi się pan, że w końcu po pana przyjdą i w kajdankach zawiozą do Wrocławia? - Spodziewam się tego. Ale się nie boję - mówi Henryk Klocek, który znów jest w zarządzie PZPN
Boniek wygryzie Listkiewicza z roboty przy Euro 2012 »

Grzegorz Kubicki, Maciej Drzewicki: Witamy Księcia Północy...

Henryk Klocek: No to od razu napiszcie - nie jestem, nie byłem i nie mam ochoty być księciem. Ani baronem czy wojewodą, bo tak też o mnie mówią.

"Henryk Klocek, prawa ręka prezesa PZPN Michała Listkiewicza, nazywany jest Księciem Północy. On tam niepodzielnie rządzi i dzieli" - tak mówił o panu "Fryzjer" na procesie korupcyjnym Arki Gdynia.

- Prawa ręka Listkiewicza? A wiecie, że miło to słyszeć. Szkoda tylko, że dowiaduję się o tym za późno. Listkiewicz miał ostatnio różne kłopoty, ale i tak chciałbym być jego prawą ręką. Duży zaszczyt. Moje relacje z Michałem były i są jednak takie jak z wami. Czyli słabe.

Jak pan poznał Ryszarda F. - "Fryzjera"?

- Poznałem go jako wiceprezesa Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. Kiedy powstawała nowa III liga, oni ją prowadzili i mieliśmy wtedy częste kontakty.

Zaprzyjaźniliście się?

- Nie nazwałbym tego przyjaźnią. Raczej dobrą znajomością. To gość kontaktowy, który ma jednak szorstki, rubaszny charakter. Jak wspominam jego zachowania - przechwałki, ile to on może - to sobie myślę, że próbował się w ten sposób dowartościować w towarzystwie.

I chwalił się panu, że może załatwić Arce awans do ekstraklasy?

- Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Jedna z gazet napisała kiedyś, że w Hotelu Nadmorskim w Gdyni odbyło się spotkanie, w którym uczestniczyłem rzekomo ja, F. i bodaj Marian D. Ukazało się nawet zdjęcie, jak wchodzę do hotelu w brązowej marynarce. Ale to nie byłem ja! Nawet takiej w domu nie miałem.

Dlaczego "Fryzjer" akurat o panu tak powiedział? Uwziął się czy co?

- Może dlatego, że jest to proces Arki. Więc dziwne, żeby "Fryzjer" mówił np. o baronie Rzeszowa, skoro sprawa dotyczy mojego terenu.

I tylko tyle? Może mu pan podpadł?

- Nie sądzę, żeby to była przyczyna, ale... Nasza firma produkująca meble współpracuje ze Szczotpolem z Wronek, który robi szczotki do czyszczenia rdzy. "Fryzjer" dzwonił do mnie i nalegał na spotkanie, bo chciał mnie przekonać, abyśmy zakończyli współpracę ze Szczotpolem i związali się z firmą jego brata, która zajmuje się tym samym. Mówiłem mu: Zobaczymy, proszę przysłać ofertę, a jak będę gdzieś przejeżdżał, to się spotkamy. Nie podpisaliśmy tej umowy.

To o szczotkach rozmawialiście przez telefon 296 razy w ciągu roku? Tak wynika z billingów, do których dotarła prokuratura.

- To tak dużo? Sami widzicie, że się nie chowam, nie uciekam. Każdy może do mnie zadzwonić, zawsze odbieram. A z F. o różnych rzeczach rozmawialiśmy. Nie tylko o piłce.

To o czym? O samochodach, kobietach?

- Przestańcie, bo mi w domu kłopotów narobicie. A o samochodach - owszem, bo miał mi sprowadzić auta z zagranicy.

I mimo tak dobrej znajomości nie podejrzewał pan, że pana kolega to szef piłkarskiej mafii?

- Kiedy tak się przechwalał znajomościami, to czasami zastanawiałem się, czy ich nie wykorzystuje. Choć z drugiej strony jego słów nigdy nie brałem do końca na poważnie. Bo on był taki... bajarz.

A Janusz Kupcewicz też pana nie lubi? Zeznał, że w 2002 r. i na początku 2003 r. przekazywał pan prezesowi Arki Jackowi M. kontakty do sędziów. A później tym arbitrom były wręczane pieniądze na ustawianie meczów.

- Mam numery telefonów do wielu osób i jeśli ktoś mnie poprosi o kontakt, a numer nie jest zastrzeżony, to mu go dam. Tak mnie wychowano. Kupcewicz rzeczywiście dzwonił do mnie po telefony do sędziów i mu je dawałem. Ale nie wiedziałem, że są dla prezesa M.

Po kilku dniach siedział pan na meczu Arki i widział, że sędziuje akurat ten arbiter, do którego dał pan numer Kupcewiczowi. Nigdy to pana nie zastanowiło?

- Takie skojarzenie nie przyszło mi do głowy. Nigdy nie pomyślałem, że dzieje się coś złego.

"Fryzjer" zeznał też, że przekazywał dla pana kopertę z 20 tys. zł od przedstawicieli Arki - Wiesława Kędzi i Kupcewicza. Podobno po pieniądze jechał pan do Kołobrzegu, do jednego z mieszkań "Fryzjera". Ryszard F. mówił też, że jako szef związku wchodził pan czasami do szatni i żądał pieniędzy od sędziów.

- Powiem tylko tyle: czekam, aż sąd to wyjaśni.

A sam nie poda pan "Fryzjera" do sądu?

- I ile lat by taka sprawa trwała? Nie chce mi się bawić w sądy, szkoda nerwów.

W ostatnich latach oglądał pan niemal wszystkie mecze Arki, a w latach 2003-06 aż 41 z nich było ustawionych. Żaden mecz nie wydawał się panu podejrzany?

- Nie wypowiem się w tej sprawie. Sąd jest od tego, żeby rozstrzygnąć, który mecz był podejrzany.

Ale nie pytamy o sąd, ale o wrażenia eksperta, byłego sędziego i obserwatora.

- Nigdy nie miałem podejrzeń i żadnej wiedzy.

A Listkiewicz nie miał do pana pretensji, że na pana oczach Arka przekręciła 41 meczów, a pan był ślepy i nic nie zauważył?

- Listkiewicz zadzwonił tylko raz, po meczu Arki z Mławą w II lidze, bo o nim było głośno w mediach. Pamiętam to spotkanie, które potem było zresztą na liście meczów podejrzanych. Arka wygrała po karnym w ostatniej minucie, ale ten karny był słusznie podyktowany. Ręka była ewidentna. Tak też zresztą powiedziałem wtedy Listkiewiczowi. Nie popadajmy w paranoję. W tym sezonie Arka prowadziła np. u siebie do przerwy z Polonią Bytom 1:0, a mecz przegrała 1:3. Co to znaczy?

Że Polonia kupiła w przerwie mecz?

- A tam... Polonia nie ma pieniędzy. Zresztą nie wierzę, że po tych wszystkich zatrzymaniach ktoś coś jeszcze kombinuje. To jest sport. Są zwroty akcji, zaskakujące rozstrzygnięcia, które czasem mogą wyglądać dziwnie. A jak Boruc zawalił ostatnio bramkę na Słowacji, to co? Też puścił mecz?

Dlaczego 22 października nie stawił się pan we Wrocławiu na przesłuchaniu w sprawie Arki?

- Bo o nim nie wiedziałem. Wezwanie do mnie nie dotarło. Ale w każdej chwili mogę tam jechać, w celu ułatwienia kontaktu wysłałem nawet do sądu pismo z moim komórkowym numerem telefonu.

Nie dziwi pana, że pojawia się pan w zeznaniach "Fryzjera" czy Kupcewicza, a tak długo nikt pana nie wzywał do Wrocławia?

- Sprawa korupcji w polskiej piłce toczy się ponad dwa lata i gdybym rzeczywiście był Księciem Północy, to prokuratura już dawno by się mną zainteresowała. Zwłaszcza że jestem w zarządzie PZPN.

To może jest pan świadkiem koronnym?

- W prokuraturze czy sądzie we Wrocławiu nigdy nie byłem, nikt mnie nie wzywał i nie przesłuchiwał. Ostatni raz byłem we Wrocławiu, jak jechałem z rodziną na wycieczkę do Pragi.

A nie boi się pan, że w końcu po pana przyjadą i w kajdankach zawiozą do Wrocławia?

- Nie boję się, ale się tego spodziewam. Ale nie dlatego, że jestem winny, tylko dlatego, że będzie to okazja na kolejny pokazowy numer. Zareaguję spokojnie, pojadę tam, gdzie mnie zabiorą. Od dwóch tygodni sąsiedzi mi mówią, że jakiś samochód codziennie rano stoi pod naszymi oknami. I kiedy tylko wyjadę do pracy, on znika. Nie wiem, o co chodzi, ale podejrzewam, że w tym aucie siedzą dziennikarze, którzy jako pierwsi chcą mieć zdjęcia z zatrzymania Klocka. Czekają na show.

I tak spokojnie pan o tym mówi?

- I śpię też spokojnie, choć wiem, że pewnego dnia policja może do mnie zapukać o 6 rano.

Ma pan już gotowy garnitur i szczoteczkę do zębów?

- Garnitur na szafie zawsze wisi. A nawet dwa - czarny i brązowy. Żona kupiła mi brązowy zaraz po tej pomyłce z Hotelu Nadmorskiego. Przed nikim nie uciekam, nie chowam się, nie zmieniam numeru telefonu, jak ktoś napisał. Mam mocne nerwy, bo nie mam nic za uszami. Już raz słyszałem zresztą w radiu, że właśnie jadę busem z Warszawy do Wrocławia na przesłuchanie do prokuratury. A ja w tym czasie przejeżdżałem mostem Lewoniewskich w Gdańsku, w drodze do pracy.

Był pan zaskoczony, kiedy zatrzymywano sędziów, obserwatorów, działaczy?

- Zabolało mnie zatrzymanie Kazimierza F., prezesa Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej, byłego sędziego i obserwatora. Miał rodzinę w Gdańsku, często tu przyjeżdżał, rozmawialiśmy jak prezes z prezesem. Kiedy dowiedziałem się, że go zamknęli, był to dla mnie duży cios. A właściwie szok. W życiu nie rozmawialiśmy o korupcji, w życiu bym go o to nie podejrzewał.

A inni?

- Nasza konstytucja mówi jasno, paragraf chyba 42... Dopóki nie ma prawomocnego wyroku i człowiek nie jest skazany, to jest niewinny.

Ale nie pytamy o konstytucję, ale o normalne, ludzkie odruchy. Przecież zatrzymani to pana koledzy ze związku, z pracy. Nie wstyd panu?

- Radość jest żadna. Człowiek się źle czuje, że się w takim towarzystwie obraca. Zwłaszcza że kolejne zatrzymania źle wpływają na wizerunek naszej organizacji. Ale nie tylko my jesteśmy źli. Przez trzy lata zatrzymano ok. 160 osób z polskiej piłki, a tylko w tym roku z powodu korupcji odsunięto od pracy ok. 1600 policjantów.

Argument "a u was biją Murzynów" naprawdę poprawia panu humor?

- Nie o to chodzi. Idę np. do lekarza, ale nie mam czasu stać w kolejce i czekać, aż zostanę zbadany za pół roku, bo wtedy mogę już umrzeć. W związku z tym idę prywatnie, biorę ze sobą koniak lub pióro. I co? Wtedy to już jest korupcja. Tak być nie może, trzeba zmienić przepisy.

Dlaczego zarząd PZPN nie odcina się od korupcji? Dlaczego nie powiecie zatrzymanym: zjeżdżajcie stąd, bo robicie nam obciach.

- Przecież zarząd ma poczucie winy i podjął szereg uchwał odcinających się od korupcji. Ci ludzie nie funkcjonują już w PZPN.

Wojciech Wąsikiewicz w procesie Arki przyznał się do winy, a teraz trenuje drużynę w A klasie.

- Nie powinien tego zrobić.

Przez wiele lat był pan sędzią, pod koniec lat 80. nawet pierwszoligowym. Wtedy też była korupcja?

- Wyglądało to inaczej. Ktoś komuś punkty oddawał za przysługę, ale nie było wielkich pieniędzy. Nie było też takiej podejrzliwości jak teraz.

Zapytamy wprost - czy jako sędzia miał pan propozycje korupcyjne?

- Gdy ktoś mnie częstował obiadem, zawsze szedłem. Kiedyś sędziowałem mecz III ligi, grały dwie drużyny z jednego miasta. Jednych i drugich znałem, jedni i drudzy zapraszali mnie na obiad. Powiedziałem wtedy: Panowie, dwóch obiadów nie zjem. I zaproponowałem, żebyśmy zjedli wspólnie.

A sklepy, w których za darmo mógł pan wybierać towar, się zdarzały?

- Takie szczęście nigdy mnie nie spotkało. Oczywiście, przychodzili do mnie przed meczem i prosili: Panie sędzio, pomóż nam pan, spójrz łaskawym okiem, mamy trudną sytuację, ale pieniędzy nigdy nie było. Zawsze ich wysłuchałem, nie mówiłem "nie", ale potem robiłem swoje.

I jak potem taka drużyna wygrała, to jak się odwdzięczała?

- Przyszli i podziękowali.

Z pustymi rękami?

- Nawet jak przyszli z flaszką koniaku czy whisky, to co w tym wielkiego?

Jak to co! A gdyby był pan prezesem klubu, który ten mecz przegrał, i dowiedział się potem, że po spotkaniu sędzia poszedł na obiad z prezesem drużyny, która pana ograła, to jak by się pan czuł?

- ...

No jak?

- Źle. Miałbym podejrzenia. Ale nie róbmy z tego afery, to było sporadyczne.

Często zdarzały się te koniaki?

- Nie pamiętam. Może raz, może kilka razy.

Panie prezesie, nie pamiętać to można np., czy 10, czy kilkanaście razy. Ale jakby to było tylko raz, to chyba by pan zapamiętał?

- Raz, dwa, może trzy.

Wielkiej kariery jako sędzia pan nie zrobił.

- W I lidze sędziowałem jako główny tylko pięć czy sześć spotkań. Zapamiętam mecz GKS Katowice - Ruch Chorzów w 1988 r. Przekonałem się, że jak człowiek ma miękkie serce, to musi mieć twarde co innego. W Ruchu grał wtedy taki Zając, był kapitanem i cały czas mi pomagał - uspokajał drużyny, bo walka była na kości. Potem trzeba mu było dać ewidentną żółtą kartkę, ale nie zrobiłem tego. Opiórkowałem go tylko, a obserwator zaniżył mi potem przez to ocenę. Po tym meczu mocno spadłem w rankingu i musiałem za karę czekać dwie czy trzy kolejki. Potem miałem jeszcze tylko jeden mecz, Śląsk - Szombierki. Dostałem w nim notę 11,5 na 12, ale było już za późno, żeby nie spaść z I ligi.

Jeśli spadł pan z ligi tylko za brak jednej żółtej kartki, to chyba niezbyt sprawiedliwie pana potraktowali?

- Mam swoje refleksje, dlaczego tak się stało... Byłem tylko stoczniowcem, a co można zrobić ze statkami? Przecież nie da się ich pociąć na kawałki i komuś w prezencie zanieść.

To w jakiej branży trzeba było pracować, żeby się utrzymać wśród sędziów pierwszoligowych?

- Znowu mnie ciągnięcie za język, ale nic nie powiem. Zostawmy to już.

[Po raz kolejny podczas naszej rozmowy dzwoni telefon Klocka].

O, przepraszam, tym razem muszę odebrać. Trener Michał Globisz dzwoni...

Żeby tylko nie chciał od pana numeru do sędziego, który - jak się potem okaże - będzie prowadził najbliższy mecz jego drużyny.

- A dlaczego? Niech pyta. Jak mam, to dam.

Rozmawiali Grzegorz Kubicki i Maciej Drzewicki

PS Kiedy wychodziliśmy z budynku Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, na korytarzu dogonił nas Klocek i wręczył krawaty związkowe zapakowane w gustowne pudełka. - Macie i koniecznie napiszcie, że Klocek was skorumpował - powiedział na pożegnanie.

Jak nowy prezes rozdawał karty, czyli Lato i Greń proszą do pokoju zwierzeń »

Kim jest Henryk Klocek, czyli plebania dla papieża i kuchnia dla Kwaśniewskiego

Ma 63 lata, średnie wykształcenie. Pochodzi ze Staszowa, ale w 1962 r. przyjechał do Trójmiasta do pracy. Zakwaterowano go w stoczniowym hotelu dla samotników - mieszkał na pierwszym piętrze, na parterze był Gdański Związek Piłki Nożnej. Klocek postanowił zostać sędzią, w 1966 r. skończył kurs.

- W Choczewie w Boże Ciało sędziowałem mecz Pucharu Polski. W pewnym momencie kibice wnieśli na środek boiska kalosze. Potem było spokojniej, ale pod koniec podyktowałem karnego przeciwko gospodarzom. I mecz się nie skończył. Karny się należał, ale musiałem uciekać do autokaru gości - wspomina Klocek.

W 1990 r. miał już 45 lat i nie mógł być dalej arbitrem. Wyjechał do stoczni do Niemiec. Kiedy wrócił do Polski w 1998 r. został obserwatorem w PZPN. Dziś zaklina się, że żadnej propozycji korupcyjnej jako obserwator nie miał. I zżyma się na atmosferę podejrzeń, jaka panuje w polskiej piłce.

- Na spotkaniu obserwatorów w Spale powiedziałem otwarcie, że nigdy nie będę unikać kontaktów z ludźmi. Jak przyjadę na stadion dwie godziny przed meczem, to nie wejdę na drzewo i nie ukryję się wśród liści. Jak ktoś mi zaproponuje kawę, to na pewno z nim wypiję.

W 1999 r. został prezesem Gdańskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej, od 2000 r. - od czasu jego powstania - jest szefem Pomorskiego Związku Piłki Nożnej. W maju tego roku wybrano go na kolejną kadencję. Nie miał kontrkandydata, za jego wyborem opowiedziało się 108 delegatów (jeden wstrzymał się od głosu).

- Piłka to moja druga miłość, po rodzinie - deklaruje Klocek. - Jestem jej oddany, poświęcam jej czas. I nigdy nic od niej nie brałem. Żadnej pensji, ryczałtów czy funduszów reprezentacyjnych. Od czasu do czasu wykładam nawet z własnej kieszeni na kwiaty czy flaszkę, jak trzeba coś załatwić.

A do jakich związkowych spraw potrzebna dziś flaszka?

- Do różnych rzeczy. Dajcie spokój.

Jaką Klocek ma opinię w środowisku? - Wszyscy się go boją. I dobrze, bo kiedy go nie ma, związek kuleje. Znam wszystkich ludzi w pomorskiej piłce i nie ma drugiego faceta, który wszystko potrafiłby załatwić. A na pewno nie zrobiłby tego lepiej niż Klocek. Np. sędziowie. Kiedy są słabi albo gwiżdżą przeciwko nam, nie robimy im awantur, nie rzucamy się do gardła. Dzwonimy do Klocka. A on mówi: Napiszcie, wyjaśnijcie, o co chodzi. Piszemy i prosimy, aby ten sędzia więcej nie prowadził naszych meczów, przynajmniej w tej rundzie. I Klocek to załatwia w wydziale sędziowskim - mówi prezes jednego z pomorskich klubów.

Inny dodaje: - Klocek dominuje na północy, bo otacza się ludźmi małymi - pozbawionymi kompetencji, niepotrafiącymi działać i podejmować decyzji. Dlatego jest przy nich taki wielki.

Klocek o swoim rządzeniu związkiem: - Przed każdym zarządem przypominam - nie kluby są dla nas, ale my dla nich. I wszystkich traktuję jednakowo. Jak przyszedłem, wiele się zmieniło. Nie może być tak, że zawodnik klubu z Trójmiasta za kopnięcie rywala dostaje jeden mecz kary, a piłkarz np. z Kościerzyny za takie samo przewinienie - trzy mecze. Kluby z Trójmiasta miały mi to za złe, ale teraz rozumieją.

W grudniu 2004 r. Klocek został wybrany do zarządu PZPN. Dostał 123 głosy, więcej miał tylko Rudolf Bugdoł, szef śląskiego związku, dziś wiceprezes PZPN. W ostatni czwartek Klocka znów wybrano do zarządu i znów miał drugi wynik. Dostał 46 głosów, o dwa więcej miał Kazimierz Greń.

Dlaczego wystartował? - Minister Drzewiecki nie dał mi wyboru. Powiedział: Wszyscy, którzy mają coś za uszami, muszą się usunąć w cień. I zrobił mi kłopot. Bo nie chciałem kandydować. Choćby dlatego, że w ciągu czteroletniej kadencji straciłem na spotkania zarządu 48 dni urlopu. Musiałem jednak startować, bo gdybym uciekł, to odebrano by to tak, jakbym przyznał się do winy.

Jak ocenia wybór Grzegorza Laty na prezesa?

- Lato nie jest ze stolicy, długo miał kontakt z małą piłką, więc liczę, że wzrośnie rola okręgów, zarząd zajmie się bardziej piłką w regionie. Grzesiu jest może małomówny, czasem nawet nieśmiały, ale spokojnie, nabierze ogłady - ocenia Klocek.

Klocek zarabia na życie w produkującej meble firmie Fast. Jest jednym z czterech dyrektorów.

- Pod koniec lat 80. w stoczni działo się coraz gorzej, więc z kolegami z działu malarskiego i stolarskiego założyliśmy firmę. Z naszych mebli korzystał nawet papież - wyposażyliśmy w meble plebanię w Kołobrzegu, w której podczas pielgrzymki do Polski gościł Jan Paweł II. Wykonaliśmy też meble kuchenne do rezydencji prezydenckiej w Helu. Ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski nie miał specjalnych wymagań, nawet nie dał nam wytycznych. Mieliśmy tylko zrobić meble o wysokim standardzie - wspomina Klocek.

Fast zatrudnia ok. 400 osób. W firmie pracuje też rodzina Klocka - żona Lucyna w księgowości, córka Anna w sekretariacie, a syn Krzysztof jest wiceprezesem, czyli przełożonym ojca. Firma robi meble na eksport - do Niemiec czy Norwegii.

Drzewiecki: PZPN znów napluł społeczeństwu w twarz »