Sebastian Mila: Antykiler

O czym świadczy to, że Sebastian Mila jest od początku sezonu filarem Śląska? Ano o tym, że po pierwsze - nie jest to najlepszy zespół, skoro właśnie taki piłkarz w nim błyszczy. Po drugie - polska liga musi być rzeczywiście mocno przeciętna, jeżeli beniaminek jakoś wiąże w niej koniec z końcem. Dopiero na trzecim miejscu można ewentualnie pomyśleć, że sam Mila jest wielkim piłkarzem. Ale to argument jednak mocno naciągany.
Brożek obserwowany przez Włochów »

26-letni pomocnik od początku kariery nazywany był wielką nadzieją polskiej piłki. I właściwie do dziś jest na tym samym etapie. Z małą korektą - to talent niespełniony. Bardziej mięczak niż gladiator, częściej przewracający się w starciach z rywalami niż potrafiący chytrze faulować. Po kilku rzeczywiście wspaniałych występach w barwach śp. Groclinu Grodzisk Wlkp. i jednym fantastycznym golu wbitym Manchesterowi City utonął w morzu słabeuszostwa, nietrafionych transferów i własnych rozterek charakterologicznych. Nawet jego własne liczby świadczą przeciw niemu - przez trzy lata na obczyźnie zagrał w Austrii Wiedeń i Valerendze Oslo (czyli klubach symbolach średniactwa!) 50 ligowych meczów i strzelił 3 gole. W obu prędzej czy później przyznawał, że to nie miejsce dla niego, w obu w najmniejszym stopniu się nie spełnił, z obu chciał jak najszybciej odejść.

Wreszcie wrócił do ojczyzny - i to wcale nie w glorii zdobywcy najsilniejszych lig. Co zrobił od tego czasu? Najpierw, wiosną 2008 r., pomógł uratować od spadku z ekstraklasy ŁKS. W Łodzi nazwano go królem koła środkowego, bo rzadko decydował się podreptać w inne rejony boiska. Jak dawniej nie był agresywny, grał tak, jaką minę zazwyczaj nosi na obliczu - płaczliwie. Od początku tego sezonu zakotwiczył we Wrocławiu. I tam - fakt - na razie w niezłym tempie nabija prywatne statystyki. Tyle że pokonał bramkarzy Odry Wodzisław, Jagiellonii Białystok i Arki Gdynia, a jego Śląsk jeszcze nie mierzył się ani z Wisłą Kraków, ani z Legią Warszawa, ani z Lechem Poznań. A z wyprawy do Polonii Warszawa wrócił rozbity 0:3.

Tak jak nigdy Mila nie zawojował Europy - tak nigdy nie wybił się w reprezentacji Polski. Dość powiedzieć, że Leo Beenhakker powołał go tylko raz - latem 2006 roku, kiedy najpierw postanowił przyjrzeć się tym, którzy przegrali mundial. Milę obejrzał i... o nim zapomniał. A przecież wszyscy wiemy, że Holender jest niedoścignionym mistrzem zauważania w naszej lidze kandydatów na gwiazdy reprezentacji. Mili jakoś nie widzi, mimo że ten od niemal roku pracowicie kopie piłkę na polskich boiskach...

Popularne ostatnio nazywanie wrocławskiej ekipy "piątą siłą ligi" jest nawet bardziej komiczne niż ulubione przez komentatorów powiedzenie, że "czwarte miejsce jest najgorsze dla sportowca". Inna sprawa, że z jednej strony Mila chyba rzeczywiście jak nikt nadaje się do czwartych miejsc i piątych sił, z drugiej zaś - on sam uważa takie osiągnięcia za wielkie, na jego miarę szyte sukcesy. Bo to jest właśnie największy problem Sebastiana Mili - brak mentalności nie tylko kilera, ale i w ogóle zwycięzcy.

Franciszek Smuda: Lech jest takim samym faworytem jak Wisła czy Legia »

Cytat kolejki (wypowiedzi nieautoryzowane)

- Jak ci, kurwa, zaraz przypierdolę!

- Spierdalaj, chuju!

- O ty w kurwę jebany!

Taką rozmowę stoczyli w drodze do szatni po meczu ŁKS Łódź - Legia Warszawa bramkarz stołecznej drużyny Jan Mucha z obrońcą Dicksonem Choto. Polszczyzna Słowaka i obywatela Zimbabwe była nienaganna. Gorzej z manierami - obaj panowie dosłownie skoczyli sobie do gardeł. Czoła oraz nosy Muchy i Choto już się stykały, a pięści były zaciśnięte, kiedy Bartłomiej Grzelak rozdzielił strony. Trener Legii Jan Urban bagatelizował sprzeczkę. - Na pewno nie poszło o wynik - dowcipkował.

Kulturalnie jak na Polonii

Niejako w opozycji do obrazka z Łodzi - kolejny mecz na stadionie warszawskiej Polonii upłynął bez bluzgów z trybun. Najcięższe hasła, jakie rzucili wściekli kibice pod adresem arbitra, brzmiały: "Sędzia kalosz!" oraz "wiedzą to wszyscy, liniowy do okulisty!".

Zobacz wszystkie bramki Ekstraklasy w Ekstraklasa.tv »

Liczby

8

przedstawiciele tylu narodowości grali w meczu ŁKS - Legia. W ekipie łódzkiej - 10 Polaków, 2 Czarnogórców, Albańczyk z Kosowa i Węgier. W Legii - 8 Polaków, 2 obywateli Zimbabwe, Słowak, Hiszpan i Nigeryjczyk.

4

tyle kolejnych zwycięstw ma PGE GKS Bełchatów

od tylu kolejek nie potrafi wygrać ŁKS

Pechowiec kolejki

Thiago Cionek

Obrońca Jagiellonii Białystok nie dość że ma polskie korzenie i niemożliwe do wymówienia dla swoich rodaków z Brazylii nazwisko - to jeszcze w piątek podarował Odrze Wodzisław remis. Najpierw widowiskowo się poślizgnął we własnym polu karnym, a po chwili jeszcze bardziej widowiskowo usiadł na tyłku. Z tej pozycji mógł się już tylko przyglądać - jak rywale przejmują piłkę i strzelają gola. Akcja miała miejsce w 18. minucie, a już w 26. dość Cionka miał trener Jagiellonii Michał Probierz i zdjął go z boiska.

Przed hitem jesieni

W następnej kolejce (niedziela 26 października godz. 17) hit jesieni - w Warszawie Legia gra z Wisłą. Obie drużyny zdobyły do tej pory niemal tyle samo goli (Legia - 15, Wisła - 16), ale drużyna ze stolicy aż w trzech meczach nie potrafiła strzelić gola, podczas gdy Wisła zdobywa bramki w każdej kolejce.

9. kolejka Ekstraklasy: Czwarte z rzędu zwycięstwo Bełchatowa »