Na kłopoty Anwilu - Igor Griszczuk

Sława polskiej ligi koszykarskiej zmierzy się z własną legendą. Igor Griszczuk został trenerem walczącego z kryzysem Anwilu Włocławek
Co robić, jeśli nie będzie wyników? Gwizdać mam na niego? - zastanawia się na internetowej liście dyskusyjnej jeden z kibiców Anwilu. Takich dylematów więcej fanów. Griszczuk, z pochodzenia Białorusin, ale od kilku lat właściciel polskiego paszportu, w latach 90. jako koszykarz włocławskiego klubu był jedną z największych gwiazd ekstraklasy, gdy ta biła rekordy popularności. We Włocławku traktowany jest niczym pół-Bóg. Na ulicznych murach widać wypisane spray'em hasła wysławiające Griszczuka, w hali - wzorem NBA - zawisła na pamiątkę jego koszulka z numerem 12., a przy głównym wjeździe do Włocławka przez kilka lat wisiał ogromny banner, z którego uśmiechał się Griszczuk trzymający piłkę koszykarską.

Teraz włocławski klub przeżywa kryzys - kibiców na trybunach mniej, wyniki są przeciętne, a w ub. tygodniu zwolniono dotychczasowego trenera Zmago Sagadina. W jednym z wywiadów stwierdził, że życzy mistrzostwa Polski swojemu koledze, Saso Filipovskiemu, szkoleniowcowi Turowa Zgorzelec. Anwil - główny sponsor zespołu - zażądał reakcji klubu. Kilka godzin później Sagadin był już zwolniony.

Griszczuk, w ostatnich latach trener Energi/Czarnych Słupsk, z którym zdobył trzecie miejsce w lidze, podpisał we Włocławku kontrakt do końca sezonu. - Nie żyję historią - mówi Griszczuk - Trenera bronią tylko wyniki. Jeśli je masz, to jesteś dobry. Decyzję podjąłem szybko, bo Włocławek jest moim domem, i zawsze będę tu wracał z sentymentem - mówi Griszczuk.