Sport.pl

Leo Beenhakker: Nie mamy syndromu drugiego meczu

- Nie wierzę w syndrom drugiego meczu. Przecież z Portugalią wygraliśmy cztery dni po spotkaniu z Kazachstanem. Wszystko jest kwestią podejścia piłkarzy i czasu, jaki mamy, żeby doszli do siebie - mówi przed meczem ze Słowacją trener Leo Beenhakker
Beenhakker sztorcuje Rogera: To nie jest Sao Paulo! »

Michał Pol: Przeżywa pan déja vu? Jak przed meczem z Portugalią atmosfera wokół kadry nie była dobra, część mediów i działaczy szykowała się do zwalniania trenera, a tu reprezentacja pokonała wyżej notowanego rywala, i to w wielkim stylu.

Leo Beenhakker: Rzeczywiście, nic nowego. W 2006 r. mówiłem, że potrzebuję trochę czasu na poznanie polskich piłkarzy i zbudowanie z nich drużyny. Tym razem musiałem trochę zmienić zespół po Euro 2008, wprowadzić do kadry kilka nowych twarzy i najpierw poznać je lepiej, dotrzeć do nich. Ale i wtedy, i teraz wierzyłem, że z tych piłkarzy da się zbudować silny zespół, który będzie osiągać właśnie takie rezultaty. Potrzebowaliśmy tylko czasu. Zaskakuje mnie, że tak wielu ludzi nie rozumie, iż trener nie jest w stanie osiągnąć wszystkiego, co sobie zakłada, podczas pierwszych trzech, czterech dni treningu. Jeszcze bardziej zdumiewało mnie, że nie rozumieją tego tak zwani eksperci. Więc teraz cieszę się z wygranej z Czechami i jej stylu, ale też i z tego, że wreszcie znów będę mógł się koncentrować na futbolu.

Co pan zrobił przez te cztery dni zgrupowania, że przeciwko tak silnemu rywalowi jak Czechy Polacy zagrali tak odmiennie w porównaniu np. z meczem ze Słowenią?

- Mam w ręku tylko dwa narzędzia - ćwiczenia na treningu i rozmowy. Tych kilka dni zgrupowania to był taki krótki proces budowania formy fizycznej, mentalnej i przygotowania taktycznego. Dokładnie taki sam jak dwa lata temu przed meczem z Portugalią. I znów wszystko zadziałało.

Postawił pan na Pawła Brożka. Tłumaczył pan, że dorósł, by grać na poziomie reprezentacyjnym i przesądzać o losach meczu, i to się sprawdziło. Zastanawiam się, jaka to zmiana zaszła w napastniku Wisły Kraków przez wakacje?

- Nie oceniam piłkarza na podstawie tego, jaki był jego ostatni mecz. Patrzę na jego możliwości, potencjał, który dzięki odpowiedniemu ustawieniu może dać efekt. Wyobrażam sobie, co ten piłkarz będzie mógł dać mojej drużynie na boisku. Na podstawie tych kryteriów do kadry trafili: Garguła, Łobodziński, Murawski, Bronowicki czy właśnie Brożek. Nieważne, jaki był ich ostatni mecz. Ważne, jaki dzięki ich potencjałowi może być następny mecz kadry. Każdy piłkarz dojrzewa, zmienia się.

Ale akceptuję to, że ludzie inaczej podchodzą do sprawy. Ktoś gdzieś strzeli gola, więc zaraz bierzmy go do kadry! To nie jest moja metoda.

Z wyborem Artura Boruca też pan trafił. Dlaczego zdecydował się pan na niego, a nie na Łukasza Fabiańskiego?

- Decyzja, czy przeciwko Czechom wystawić Boruca, czy Fabiańskiego, była jedną z najtrudniejszych w mojej karierze trenerskiej. Mogę ją porównać tylko z posadzeniem na ławce Realu Madryt Emilio Butragueno, który był wtedy absolutną gwiazdą "Królewskich". Do dziś wypomina mi żartem w wywiadach, że w całej jego karierze byłem jedynym trenerem, który się na to zdobył. Fabiański niczym nie zasłużył sobie, żeby usiąść na ławce rezerwowych. Znakomicie wypadł w spotkaniach przeciwko Słowenii i San Marino. Długo konsultowałem z moim sztabem tę kwestię. Ostatecznie znalazłem osiem argumentów za Fabiańskim i dziewięć za Borucem, dlatego zagrał ten ostatni.

Jerzy Dudek o Borucu, maczu z Czechami i decyzjach Leo »

Jaki argument przeważył?

- To dobre pytanie, ale odpowiedź zachowam dla siebie.

Tak jak pan chciał, zagraliśmy z Czechami w październiku, bo to według pana najlepszy okres dla polskiego piłkarza. Ale jest też inna zasada, tzw. syndrom drugiego meczu. Obliczyliśmy w "Gazecie", że od eliminacji do mundialu w 1998 r. reprezentacja Polski wygrywa w soboty 75 proc. meczów, a cztery dni później w środy już tylko 45 proc.

- Po pierwsze, nie wierzę w żaden syndrom i nie obawiam się meczu ze Słowacją akurat z tego względu. Przypomnę, że zwycięstwo z Portugalią odnieśliśmy cztery dni po meczu z Kazachstanem. To kwestia podejścia do swoich obowiązków i kwestia czasu, jaki mamy, żeby kluczowi zawodnicy doszli do siebie po wysiłku. Piłkarze muszą nauczyć się sobie z tym radzić. Cały czas pracujemy nad tym, by poprawić nasze występy w tym drugim meczu. Nawet dziś rano rozmawialiśmy z drużyną na ten temat. Nie da się jednak załatwić całej sprawy w pół godziny. Ale trzeba rozmawiać, trzeba wymagać odpowiedniego podejścia, bo reprezentacja to nie polski klub, w którym między meczami jest siedem dni w tygodniu. Ja do dyspozycji mam cztery dni, i to raz na sześć tygodni.

Jak piłkarze czują się po meczu z Czechami? Czym będzie się różnił skład w meczu ze Słowacją?

- Wiemy już, że nie będzie mógł zagrać Kuba Wawrzyniak. Kontuzje leczą Kuba Błaszczykowski, Rafał Murawski i Ebi Smolarek - w sobotę zostali mocno poobijani. Dlatego nie uczestniczyli w niedzielnych i poniedziałkowych treningach. Boruc narzeka na ból pachwiny. Ale liczę na to, że te kontuzje nie wyeliminują chłopaków ze środowego meczu.

Lewa obrona to najbardziej feralna pozycja w kadrze. Nie dość, że tak długo szukał pan tam odpowiedniego piłkarza, to znów kolejny doznał panu kontuzji.

- Nie zgadzam się, nie ma żadnego problemu lewej strony. Wawrzyniak wykonał kawał świetnej roboty w sobotę, Jacek Krzynówek, który go zastąpił, też wypadł bardzo dobrze. W odwodzie mam jeszcze Grzegorza Wojtkowiaka. A przecież gdyby nie kontuzja, grałby tam Grzegorz Bronowicki.

Nie dziwi pana sytuacja w naszej grupie? Faworyzowani Czesi tylko z jednym punktem...

- Absolutnie nie dziwi. Od początku mówiłem, że Słowenia to silna drużyna. I Słoweńcy to potwierdzają, są wraz z Polską liderami grupy. Czesi mają tylko jeden punkt, bo zremisowali z Irlandią Północną. To pokazuje, jak bardzo wyrównał się poziom w międzynarodowym futbolu. Wystarczy spojrzeć na wyniki z weekendu. Słyszałem narzekania, że Polska wygrała "tylko" 2:0 z San Marino. W sobotę Holandia wygrała "tylko" 2:0 z Islandią, i to u siebie. A Austria zremisowała 1:1 z Wyspami Owczymi. Ta sama Austria, która ostatnio pokonała Francję. Naprawdę nawet w meczach z tymi teoretycznie słabszymi drużynami coraz trudniej strzelić dziś gola.

Leo: Czułem się jak g...