David Bedford: Przebiegłem maraton, bo byłem podpity

- W ostatnich latach biegacze z zachodniej Europy stali się bardzo miękcy, bo w ich krajach żyje się dobrze. Ludzie zwyciężają w sporcie, kiedy nie mają łatwego życia. Gdy sport jest drogą do lepszego życia - mówi David Bedford, dyrektor Maratonu Londyńskiego
Gebrselassie: Pobiłem rekord maratonu? Nawet się nie zmęczyłem »

Wojciech Staszewski: Był pan rekordzistą świata na 10 km, świetnym biegaczem. Czy kiedykolwiek przebiegł pan maraton?

David Bedford, dyrektor Maratonu Londyńskiego: Nigdy nie biegłem maratonu na serio, jako zawodowy biegacz. Przebiegłem natomiast pierwszy maraton w Londynie w 1981 r. Poprzedniego dnia wieczorem siedziałem w nocnym klubie, piłem piwo. O 23 zdecydowałem się na start. Postanowiłem, że już nie zamawiam piwa, tylko pina coladę, to mi się wydało w tamtym momencie zdrowsze przed biegiem. O 2 klub zamykano, poszedłem do indyjskiej knajpki na curry. Spałem dwie godziny i chociaż byłem kompletnie nieprzygotowany, poszedłem na start.

Dlaczego zdecydował się pan na ten start?

- Bo byłem podpity. Wydawało mi się to w tym stanie dobrym pomysłem. Zacząłem dobrze, pierwszą połowę zrobiłem w 1 godzinę i 20 minut. Ale skończyłem maraton w 3 godziny 45 minut, coraz wolniej i wolniej. Nie polecam. Dzięki temu wiem, jak czują się na trasie ludzie, którzy nie przygotują się do maratonu.

Polacy w Anglii też biegają?

- W ostatnim maratonie było 300 Polaków. Część przyjechała z Polski, część mieszka w Anglii. Ale tych ostatnich nie jest dużo, pracują na budowach, ciężko, dużo dłużej niż angielscy robotnicy. Kiedy kończą pracę, mają tylko siłę, żeby zjeść, wypić piwo i iść spać. O trenowaniu nie ma mowy.

Kojarzy pan Polaków w czołówce maratonu?

- Teraz nie. Pamiętam Jana Huruka, który był drugi na mecie, ale to było kilkanaście lat temu. Teraz nie macie tak dobrych zawodników. Tak samo jak my. Mamy tylko dwie kobiety, słynną Paulę Radcliffe i Marę Yamauchi, która była szósta w Pekinie.

Zadam niepoprawne pytanie: dlaczego biali teraz przegrywają z czarnymi?

- To nie jest niepoprawne pytanie. W ostatnich latach biegacze z zachodniej Europy stali się bardzo miękcy, bo w ich krajach żyje się dobrze. Ludzie zwyciężają w sporcie, kiedy nie mają łatwego życia. Gdy sport jest drogą do lepszego życia.

Powinniśmy się cieszyć, że mamy słabych biegaczy, bo to świadczy o naszym dobrobycie?

- W pewnym sensie tak. Młodzi ludzie na Zachodzie wolą teraz grać na komputerze. Mój syn jako nastolatek był dobrym biegaczem. Teraz ma 25 lat, zaczęło się picie, kobiety i granie na okrągło na komputerze. Gra w internecie z ludźmi z USA. To jest sport młodych ludzi z bogatych krajów.

Ale jednak macie w Londynie wielki bieg maratoński, w zeszłym roku do mety dobiegło 35 tys. ludzi. Jak to robicie?

- Londyn to nie jest maraton tylko dla ludzi, którzy serio się ścigają. Sportowców z prawdziwego zdarzenia jest może 2 tys. Reszta biegnie z wielu różnych powodów - własnych albo wręcz dla celów charytatywnych, zbierają pieniądze dla fundacji. To karnawał biegowy, ludzie odnajdują się w tym biegu w różnych rolach. Jaki jest limit biegowy na maratonach w Polsce?

Zwykle sześć godzin.

- No właśnie. W Londynie mamy dziewięć godzin. Między szóstą a dziewiątą godziną do mety dociera 15 tys. ludzi. Po dziewięciu godzinach zamykana jest trasa i biegacze, którzy jeszcze są na trasie, muszą przejść na chodnik, ale mogą dokończyć bieg, cały czas ktoś na nich czeka na mecie. W ten sposób do mety dociera jeszcze 500 osób, które nie zmieściły się w limicie dziewięciu godzin. Spacerkiem.

To inne podejście do biegania. Maraton Londyński nie jest tylko dla tych, którzy mocno trenują. Też dla tych, którzy zobaczą transmisję w telewizji i pomyślą sobie, że za rok zrobią to sami, chociaż raz w życiu.

Dla wielu ludzi maraton stał się kolejnym etapem w życiu. Pierwsza dziewczyna, seks pierwszy raz, małżeństwo, dzieci i przebiegnięcie Maratonu Londyńskiego.

Ilu ludzi kibicuje biegaczom? W Polsce ulice są puste.

- Mnóstwo. W mieście jest atmosfera festiwalu. Wzdłuż trasy znajduje się 70 pubów, które na ten dzień przygotowują dla widzów specjalną ofertę. Oprócz tego po drodze gra 50 zespołów, jest powód, żeby wybrać się na trasę. Wśród biegaczy są ludzie w dziwnych kostiumach, jest co oglądać. To święto biegania.

Czy bieganie nie zamienia się przez to w happening?

- Nie, jest jedno i drugie. Startują też świetni biegacze. Żeby ich sprowadzić i na nagrody wydajemy co roku 3 mln dol. A z drugiej strony biegacze zbierają 46,7 mln funtów na cele charytatywne. To nasza siła - sport i karnawał w jednym.

Czy nie chciałby pan przebiec jeszcze kiedyś maratonu?

- Serce by chciało, ale kolana nie pozwolą. Kiedy trenowałem, przebiegałem tygodniowo 320 km, czyli codziennie więcej niż maraton. To wystarczy.

Robert Korzeniowski wystartuje w maratonie poznańskim »