Kijewski w Poznaniu chce odbudować koszykówkę. Czy przyjdą kibice?

- Naszym celem nie jest walka o medale, ale spokojne utrzymanie się i próba wejścia do ósemki - mówi Eugeniusz Kijewski, trener PBG Basket Poznań
W czwartek rusza Polska Liga Koszykówki - na inaugurację poznański beniaminek zagra na wyjeździe z Energą Czarni Słupsk (transmisja w TVP Sport od 19). Pozostałe mecze 1. kolejki odbędą się w weekend.

Kijewski, były znakomity zawodnik poznańskich klubów i reprezentacji Polski, wraca do rodzinnego miasta po 11 latach przerwy. Od 1997 roku jeden z najlepszych rozgrywających w historii polskiej koszykówki prowadził Nobiles Włocławek, a potem Prokom Trefl Sopot, z którym cztery razy z rzędu zdobył mistrzostwo Polski. W listopadzie 2007 roku, po serii słabych meczów w Eurolidze, Kijewski podał się do dymisji.

Andrzej Grupa: Dlaczego znów wraca pan do zawodu?

Eugeniusz Kijewski: Przesądziła osoba pana Jerzego Wiśniewskiego [prezesa PBG SA]. Spotkaliśmy się, porozmawialiśmy i uznaliśmy, że jest szansa wrócić do dawnych wspaniałych tradycji poznańskiej koszykówki. Lubię pracować z profesjonalistami.

Wszystko trzeba zaczynać od nowa, bo przez ponad dziesięć lat w Poznaniu nie było ekstraklasy.

- Na razie idziemy w dobrym kierunku. W tym mieście jest bardzo dużo zrozumienia i zapału wśród ludzi. Gdy trafiałem do Anwilu czy Prokomu, to te drużyny też zajmowały 11. miejsca w poprzednich sezonach. A jednak udało nam się wejść na szczyt. Podkreślam - w budowie drużyny ważne są chęci. Ja te u ludzi w moim środowisku widzę. Na całkowitą odbudowę poznańskiej koszykówki potrzebujemy trzy, cztery lata.

W PBG Basket jest silna piątka i słabe zaplecze. Nie za mało na ekstraklasę?

- Mam dobry zespół, taki na jaki było nas teraz stać, ale będziemy się zgrywać jeszcze przez jakiś czas. Nie lubię zmian, chciałbym zaufać tym zawodnikom, których mam. A jak będzie trzeba coś zmienić? No cóż, do 15 lutego, czyli końca okresu transferowego, jest jeszcze daleko. Nam też nie jest łatwo pozyskiwać klasowych graczy. Oni wolą iść do klubów z renomą, grających w pucharach. Zdobycie Rafała Bigusa, Miaha Davisa czy Wojciecha Szawarskiego to nasz spory sukces.

Kilka dni temu pana zespół grał w Arenie z mistrzem Polski, a na trybunach były tylko grupki kibiców. Nie jest pan zawiedziony frekwencją?

- Spokojnie, ludzie przyjdą, tylko my musimy ich zaprosić na ładne widowiska. Gdy zaczynałem trenować Prokom, to na pierwszych meczach ligowych było mniej niż 500 osób. A już po dwóch latach biletów nie można było kupić. O kibica trzeba walczyć - to sprawa także dla mediów, ale i klub musi pracować, nagłaśniać. Ja w Arenie zdobyłem cztery tytuły mistrzowskie i zawsze przy komplecie.

Na stronie PKOl w pana sylwetce można przeczytać, że był pan „pazerny na kosze”. Ma pan kogoś takiego w swoim zespole?

- Ech, to stwierdzenie jest trochę na wyrost, dla mnie zawsze najważniejszy był interes zespołu, a w drugiej kolejności moje punkty. Nie muszę mieć króla strzelców w zespole. Zresztą ostatnio król strzelców [Donald Copeland z Polpharmy] był w zespole, który później spadł z ligi. Po co mi to?

Czy ten sezon wykreuje zawodnika w lidze, który mógłby jeszcze wskoczyć do kadry na Eurobasket?

- Mamy sporo utalentowanej młodzieży, ale sam nie wiem, w jakim stopniu będą oni uczestniczyć w grze. To zależy od wizji każdego trenera. Nie spodziewam się, by ktoś z młodzieży zaatakował kadrę tak mocno, by już w przyszłym roku w niej być. Myślmy raczej o igrzyskach w Londynie w 2012 roku. Właśnie przez ich pryzmat trzeba patrzeć na graczy z rocznika 1986 i młodszych. To z myślą o nich jest przepis o wystawianiu młodego koszykarza w drugiej kwarcie. Jest to jakiś pomysł, na pewno kontrowersyjny i nie wiem czy się sprawdzi.

Bo rywale będą ustawiać swoje akcje na juniora wśród przeciwników?

- Będzie to jeden z elementów taktyki, także i mojej. Często będą się zdarzać sytuacje, że nagle w drugiej kwarcie jeden zespół ucieknie drugiemu. Z drugiej strony pokaże to, jak młodzież radzi sobie w takich sytuacjach i czy już jest w stanie wypełnić swoje zadania.

A może trzeba namówić do powrotu do kadry rzucającego 33-letniego Andrzeja Plutę?

- To jest pytanie do selekcjonera Mulego Katzurina.

A pan by namawiał?

- Ja bym chciał mieć w kadrze wszystkich najlepszych graczy z ligi. Nie patrzyłbym im w metryki. Mistrzostwa Europy były w Polsce tak dawno, że musimy w przyszłym roku wypaść w nich jak najlepiej. A do tego potrzebni są najlepsi polscy gracze, nawet jeżeli mają ponad 30 lat.

Co mogą osiągnąć młodzi rzucający Przemysław Zamojski lub Adam Waczyński? Pan ich miał obu w Prokomie.

- Owszem, są utalentowani. Waczyński poszedł do Górnika Wałbrzych i być może będzie tam u trenera Jerzego Chudeusza częściej grał. Zamojskiemu w Prokomie będzie trudniej, zwłaszcza w Eurolidze, ale też ma szansę. Liga pokaże, kto się nadaje do kadry, a kto jeszcze nie.

Pan zagrał w kadrze 220 spotkań, był pan królem strzelców ligi, świetnym graczem obwodowym. Co się stało, że teraz nie mamy klasowych zawodników na tej pozycji?

- W pewnym momencie zaczęto szukać zbyt wielu graczy wysokich, wzrost zdominował całą resztę. Kiedyś była większa weryfikacja graczy, no i więcej klubów, które dawały możliwości gry. Np. za moich czasów w Poznaniu mogłem wybierać między Wartą, Lechem, Olimpią, AZS i Grunwaldem, a i chyba jeszcze MOS Malta był. A dziś? Pyra i nic więcej. To jest odpowiedź na problemy polskiej koszykówki.

Prokom, Anwil, Turów - ta trójka powalczy o złoto?

- Dodałbym jeszcze do tego Czarnych, którzy mają najlepszy budżet w swojej historii.

A PBG Basket Poznań?

- Zobaczymy. Naszym celem nie jest walka o medale, ale spokojne utrzymanie się i próba wejścia do ósemki.

Kibicuje pan córce?

- Której?

Oldze. Przed nią odpowiedzialne zadanie, jest przecież dyrektorem generalnym mistrzostw Europy, a doświadczenia nie ma zbyt wielkiego.

- Ona ma 20-letnie doświadczenie koszykarskie, bo zawsze była ze mną przy parkiecie. Czuje ten sport. Skończyła renomowaną uczelnię, jest po marketingu na Akademii Ekonomicznej, a także po AWF, tworzyła ceremonię otwarcia pierwszej ligi rok temu. Jestem o nią spokojny, poradzi sobie.

Liczba Kijewskiego

66,2 proc.

Tyle spotkań wygrał jako trener Lecha, Nobilesu i Prokomu. Dokładny bilans to 400-204