Tour de Pologne: Kolarska droga przez męke

Codzienny deszcz, dwa stopnie na plusie, na drodze ślisko jak na lodowisku, kolarze strajkują jak to było w Lublinie albo rezygnują z dalszej jazdy. Tour de Pologne w tym roku przypomina drogę przez mękę.
Voigt wygrał kolarską Golgotę  »

Szef wyścigu Czesław Lang wie, co to znaczy ściganie się w takich warunkach. Zła pogoda, kiedy woda zawija się na przednim kole i zalewa buty i brzuch, i na tylnym kole kiedy zalewa plecy. W 1988 roku wraz z Lechem Piaseckim przedzierali się przez śnieg w Giro d'Italia. - Na Passo Gavia (2621 m npm) ubierali nas kibice, piliśmy herbatę z rumem. Leszka nie można było wygonić z samochodu, w którym się ogrzewał. Potem zsunęliśmy się do Bormio. Po latach dowiedziałem się, ilu kolarzy zjechało do Bormio samochodami, a my zjechaliśmy na rowerach - mówił. - Nie było widać na 1,5 metra, z zimna nie można było dłońmi wcisnąć hamulca. Sygnał z mózgu szedł, ale palce nie chciały się zginać.

W Bormio Lang z Piaseckim przez godzinę siedzieli w jednej wannie z ciepłą wodą. Przez pierwsze 10 minut nie odezwali się do siebie, bo tak strasznie szczękali zębami. - Kiedy jechałem w wyścigu w Maroku spadł śnieg. Musieliśmy zejść z rowerów i szliśmy pod górę na nogach. Aż się nie dało, bo buty się ślizgały. Zdjęliśmy buty i szliśmy na bosaka. Organizatorzy zrobili na szczycie premii górskiej ognisko w jakiejś kazbie, gdzie się grzaliśmy,. W pewnym momencie wszedł jakiś niemal marokański kolarz. Był tak skołowany i zmarznięty na kość, że nie zauważył jak poparzył ręce. Zajęły się żywym ogniem - wspomina Lang.

Tylko że były to wyjątkowe etapy. W Tour de Pologne kolarze są załamani, bo wiedzą, że ten sam koszmar czeka ich następnego dnia. - Startowałem nieraz w klasykach na których padał śnieg, ale człowiek potrafił sobie wtedy wytłumaczyć, że następnego dnia sobie odpocznie. W naszym tourze w tym roku, najgorsza jest ta powtarzalność etapów. Z każdym dniem, jest tak samo zimno i mokro. Trudno to wytrzymać psychicznie - mówi Cezary Zamana, zwycięzca wyścigu z 2003 roku.

Gdy wygrywał swój Tour, na ostatnim etapie pod Orlinek w Karpaczu pogoda była równie fatalna. - Trzy stopnie na Orlinku, na dole trochę cieplej - sześć. Przygotowałem się na to. W kilku punktach rozstawiłem ludzi. Podawali mi ciepłe napoje, moją ulubioną herbatę z miodem. Odpowiednio się ubrałem. Założyłem dwie potówki, na to bluzę termiczną i ortalion, który zdejmowałem na zjazdach, a zakładałem przed podjazdami. Jechałem w spodniach. Normalnie ważę 70 kg, po założeniu wszystkich warstw wyglądałem jakbym był napakowanym kulturystą ważącym 100 kg. Wyścig ukończyło wtedy około 50 kolarzy. Kto nie wiedział jak będzie ciężko, nagle zsuwał się z roweru. Niektórzy na zjazdach nie mieli siły nacisnąć na hamulce. Reagowali tak, jakby ktoś rzucił ich do zimnego morza. Człowiek chce płynąć, ratować się, ale po dwóch minutach po prostu nie może i tonie - wspomina Zamana.

Przyznaje, że organizatorzy popełnili błędy, z czego - szczególnie teraz przy złej pogodzie towarzyszącej wyścigowi - wynikły kłopoty. - Etapy w TdP są za długie. W tym roku trzy miały ponad 200 kilometrów. Wyścigi ProTour od tego odchodzą, zwłaszcza w drugiej połowie sezonu. W Vuelcie liczą 160-180 kilometrów. U nas jest z tym duży problem. Kolarze nabierają awersji do długich dystansów, jadą wolno, burzy to ramówkę telewizyjną. W ostatnich latach jakieś 30 procent etapów zostało skróconych. Jak widać, to nie zdaje egzaminu. Wielkim nieszczęściem są rundy na końcówkach etapów. Nie ma tego nigdzie na świecie, bo wiąże się to z dużym ryzykiem upadków. Dlatego kolarze zaprotestowali w Lubinie i nie chcieli dalej jechać - mówi Zamana.

W środę umordowani 200 kilometrową jazdą, umorusani jak górnicy kolarze, na ulicach Lublina po przejechaniu dwóch rund zatrzymali się. Zastrajkowali. - Nikt nie chciał ryzykować ścigania się na rundach. Kolarze, którzy mogli się liczyć w klasyfikacji generalnej postanowili dać wolną rękę sprinterom. Wtedy oni przejechałaby sobie spokojnie z tym samym czasem, bez zbędnego ryzyka. Sędziowie się na to nie zgodzili. Zabrakło kontaktu organizatorów z zawodnikami - tłumaczy Zamana.

W piątek doszło do kolejnego zaburzenia harmonogramu Tour de Pologne. Etap miał ruszyć z Krynicy Górskiej, wystartował z Piwnicznej. Miał liczyć 201 kilometrów, został skrócony do 118. Zrezygnowano z morderczej nawet latem "pętli tatrzańskiej". Na niektórych odcinkach temperatura wynosiła ledwie 2 stopnie. Do tego deszcz. Mimo to ci co chcieli (wycofało się około 50 kolarzy) ścigali się w najlepsze.

W sobotę ostatni etap - 154 kilometrów z Rabki Zdrój do Krakowa. Na słońce nie ma co liczyć.

Cancellara: Źle dla kolarstwa, że Armstrong wraca  »