Sport.pl

W San Marino nie grają kelnerzy

Choć eliminacje do mundialu dopiero ruszyły, przed polskimi piłkarzami już mecz o wszystko. W środę muszą za wszelką cenę pokonać San Marino, a w tamtejszej reprezentacji ponoć nie grają kelnerzy
Gmoch: Leo powinien odejść »

Kiedyś jeden grał, teraz nie wiadomo. Pracujący w San Marino włoski dziennikarz Gianluca Strocchi twierdzi, że wśród powołanych na Polskę raczej żadnego nie ma, ale przysiąc nie chce. - Są urzędnicy państwowi, mechanik, przedsiębiorca, listonosz, ktoś pracuje w banku, ktoś w klubie fitness - wylicza.

Zawodowców przeciwnik wystawi dwóch. Największą gwiazdę drużyny Andy'ego Selvę (z drugoligowego włoskiego Sassuolo) oraz czwartoligowego bramkarza Aldo Simonciniego. Ten ostatni przeszedł do historii dzięki słynnemu meczowi przeciw Niemcom sprzed dwóch lat, po którym udzielił opublikowanego na pierwszej stronie "La Gazzetta dello Sport" wywiadu pt. "Jak puścić 13 goli i żyć szczęśliwie".

Pozostali są amatorami, którym kopanie piłki nie zawsze wychodzi. W ostatnich 23 meczach ponieśli porażki, ale czasem stawiali rywalom twardy opór. Zwłaszcza na własnym boisku bywają groźni. Po tamtej zawstydzającej wpadce z Niemcami sprężyli się i jeśli nawet przegrywają, to po walce.

Na stadionie Serravalle - narodowym w sensie najściślejszym, tylko tam gra kadra, innego nie ma - strachu najedli się ostatnio m.in. Irlandczycy, Cypryjczycy i Walijczycy. Wszyscy odnosili minimalne, jednobramkowe zwycięstwa. A przecież prezentują mniej więcej poziom reprezentacji Leo Beenhakkera, przynajmniej jeśli oceniać ją na podstawie ostatnich spotkań - z Ukrainą oraz Słowenią.

Obawiać się nie trzeba tylko fanatycznego dopingu. - Reprezentacja własnych kibiców raczej nie ma i w środę wieczorem też wszyscy obejrzą w telewizji mecz Włochów z Gruzją - mówi Strocchi. - 12-tysięczny stadion wypełnił się raz, właśnie przy okazji pamiętnego 0:13. Zjechała masa Niemców, która spędzała w okolicy wakacje.

Asystent naszego selekcjonera Rafał Ulatowski mówi o rywalu z respektem. Nie dowierza tak wątpliwym źródłom, jak Wikipedia, według której "niemal wszystkie europejskie reprezentacje traktują mecze z San Marino jako czystą formalność i niskie wygrane uważają za wynik skrajnie negatywny". I statystykom, z których wynika, że środowy przeciwnik tylko raz strzelił w meczu (sparing z Liechtensteinem) dwa gole. W weekend Ulatowski powiedział PAP: - 90 minut meczu wiąże się z tym, że nie ma zdecydowanych faworytów. Ktoś może myśleć, że jesteśmy wyżej w rankingu i wystąpiliśmy w mistrzostwach Europy, a San Marino nigdy się do tego turnieju nie zakwalifikowało. To z pewnością stawia nas w uprzywilejowanej pozycji, ale nie zapominajmy, że oni też potrafią nieźle grać w piłkę. Trzeba zdawać sobie sprawę, że to nie będzie łatwy mecz - przestrzegł Ulatowski.

Jego ostrożność wybrzmi jeszcze rozsądniej, jeśli przeanalizować historię batalii polsko-sanmarińskich. Wszystkie cztery wygraliśmy, nie straciliśmy jeszcze gola, ale aż dwa wspominamy jako dreszczowce.

Reprezentację Andrzeja Strejlaua ocaliło 15 lat temu dotknięcie Jana Furtoka - napastnik niemieckiego HSV w 70. minucie wepchnął piłkę do bramki ręką. Jeszcze więcej nerwów kosztowało nas spotkanie w eliminacjach do Euro 2004, w którym pierwszy gol - Pawła Kaczorowskiego - padł dopiero na kwadrans przed końcem. Czekaliśmy przeraźliwie długo, choć ówczesny selekcjoner Zbigniew Boniek zagrał o pełną pulę i wystawił aż trzech napastników - Wichniarka, Olisadebe oraz Żurawskiego. Na szczęście chwile grozy piłkarze wynagrodzili nam wówczas wyższym zwycięstwem, bo tuż przed końcowym gwizdkiem nokautujący cios zadał rywalom Mariusz Kukiełka.

Czy dziś San Marino rzuci na ludzi Beenhakkera drużynę mocniejszą niż wówczas? Niełatwo ocenić.

Rywale na pewno wybiegną na boisko wypoczęci i głodni futbolu. Od porażki 0:5 ze Słowacją w listopadzie ubiegłego roku nie rozegrali ani jednego meczu. Większość piłkarzy nie miała czasu na sparingi (trenują też tylko wieczorami), a i chętnych do spróbowania się nie było wielu. Dlatego ich miejsce w rankingu FIFA nie oddaje rzeczywistej siły reprezentacji. Pozornie zajmuje ostatnie - otwiera trzecią setkę ex aequo z Guam, Anguillą, Timorem Wschodnim, Montserratem, Wyspami Cooka, Papuą-Nową Gwineą, a także Samoa Amerykańskim. Na dnie klasyfikacji tkwi jednak głównie z tego powodu, że zmieniono zasady naliczania punktów, a piłkarze San Marino nie mieli okazji, by zdobyć choć jeden. Wiosną, jeszcze przed regulaminową rewolucją, plasowali się na 199. pozycji, tuż pod Somalią oraz Republiką Środkowoafrykańską i tuż nad Wyspami Cooka oraz Bhutanem. Lekceważyć ich nie wolno. Półtora roku temu Irlandczycy zwycięskiego gola strzelili im w 95. minucie gry.

- Nie wyciągaj z tamtego wyniku pochopnych wniosków, bo osiągnęli go w zimie, gdy byli w pełni sezonu i formy - tłumaczy Strocchi. - Teraz nie mają siły biegać, w wakacje w ogóle nie trenowali. Rozgrywki amatorskie jeszcze nie rozpoczęły sezonu, a oni właściwie nie rozpoczęli jeszcze przygotowań. Nie musicie się obawiać. Będą słaniali się na nogach, jak zwykle we wrześniu. Wtedy z Niemcami grali prawie o tej samej porze...

Leo: Wichniarek gra dla Polski, nie dla mnie »

Za wcześnie na rzucanie ręcznika »

Więcej o: