Szymon Ziółkowski opowiada jak szprycują się na Wschodzie

- Ich szkoła trenowania opiera się na tym, co w Polsce też pewnie miało miejsce w latach 70., 80. Jest odgórne przyzwolenie na koks, zgoda na takie przygotowania i rozciągnięty parasol państwa. I wszyscy z niego korzystają - tłumaczy w wywiadzie dla ?Gazety? Szymon Ziółkowski.
Mityng IAAF w Rieti: troje Polaków na podium »

Radosław Leniarski: Na dopingu przyłapano białoruskich medalistów olimpijskich w rzucie młotem Wadima Diewiatowskiego i Iwana Tichona. To dla pana niespodzianka?

Szymon Ziółkowski, mistrz olimpijski z Sydney 2000 r. i mistrz świata w Edmonton w 2001 r.: Byłem święcie przekonany, że w końcu ich złapią. Mówiłem o tym już w czerwcu, że gdzieś muszą wpaść. Jak nie przed igrzyskami, to w Pekinie. Dla trzykrotnego mistrza świata Tichona ta wpadka jest kompromitacją, Diewiatowski dostanie dożywotnią dyskwalifikację, gdyż miał już pozytywny wynik kontroli w 2000 r. przed startem w igrzyskach w Sydney, gdzie zdobyłem złoty medal.

Proceder, który trwał od wielu lat, został wreszcie ukrócony. Dlaczego Tichon zdecydował się na coś takiego, pozostanie dla mnie zagadką. Na Białorusi jest narodowym gierojem i nie musiałby nic w życiu robić. Pewnie zresztą i tak nim pozostanie, bo w kraju powiedzą, że to zły Zachód chciał się za coś zemścić.

Miał pan jakieś sygnały, że coś jest u nich podejrzane?

- Na Wschodzie, na Białorusi spędziłem bardzo dużo czasu, byłem tam często na zgrupowaniach i wiem o tym, choć za rękę nikogo nie złapałem. Z Wadimem trenowałem blisko pół roku i w tej sytuacji pewne sprawy są trudne do ukrycia.

Ich szkoła trenowania opiera się na tym, co w Polsce też pewnie miało miejsce w latach 70., 80. Jest odgórne przyzwolenie na koks, zgoda na takie przygotowania i rozciągnięty parasol państwa. I wszyscy z niego korzystają.

Na przykład trudno nie zauważyć, że tam musi istnieć coś takiego jak czarna kasa. Nakreślił nam sytuację mój niedawny trener, Białorusin Piotr Zajcew. Jak ktoś na Białorusi nie chce być badany, raz w roku - w okolicach października, czyli przed przygotowaniami do sezonu - daje odpowiednią do zarobków działkę. Jej wysokość jest zależna również od statusu zawodników na świecie i w Białorusi. Trener przysyła następnie zebraną kwotę wyżej, do związku, i dalej jego zawodnika już nic nie obchodzi.

Na Białorusi, tak jak i w Polsce, próbki pobierają lokalni fizjologowie. Nie wyobrażam sobie, aby wpuszczono tam międzynarodową kontrolę, która potrzebowałaby wiz, odpowiednich pozwoleń, na przykład na wywóz próbek. Zaraz celnik by chciał otworzyć, sprawdzić. Na Białorusi działają tylko Białorusini. Zresztą nawet jeśli przyjechałaby kontrola z zagranicy, to już za chwilę zainteresowani by o tym wiedzieli.

Tak więc zawodnik albo nie jest badany, albo dostaje cynk o kontroli i ulatnia się. Tak było na zgrupowaniu w 2004 r. Zawitał do naszego pokoju Diewiatowski i powiedział, że musi natychmiast jechać do Moskwy, bo stamtąd białoruska kamanda wyjeżdża na zgrupowanie i on musi się tam odhaczyć na liście. Nam - była tam też Kamila Skolimowska i Wojciech Kondratowicz - wydało się to dziwne. Dlaczego z Moskwy, a nie z Mińska? Sytuacja się wyjaśniła, gdy następnego dnia na zgrupowanie przyjechała białoruska kontrola antydopingowa. Nie było Wadima, więc kontrola zbadała Wojtka. Następnego dnia wrócił Wadim, ale jak dla żartu pytaliśmy, ile kosztował bilet z Nowopołocka, gdzie byliśmy, do Moskwy, nie umiał nam odpowiedzieć.

Następna wskazówka - dla Tichona start w Pekinie był dopiero drugim startem w sezonie. Pierwszym były mistrzostwa Białorusi, gdzie rzucił najlepszy wynik w tym roku. Choćby z czysto materialnego punktu widzenia jest bez sensu, bo przecież jako aktualny mistrz świata mógłby dostać od organizatorów każdego mityngu, w którego programie jest rzut młotem, bardzo dobre warunki startu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie siedzi w kraju, rezygnując z udziału w mityngach i tym samym zarobienia chociażby tysiąca dolarów.

Wreszcie podejrzany był ich start w Pekinie. Fizjologowie mówią, że starty na innym kontynencie wymagają długiej aklimatyzacji, a Diewiatowski i Tichon przybyli do wioski olimpijskiej o godz. 14 dnia poprzedzającego zawody. Bezpośrednio z Mińska, bo pytałem ich o to. Jak spytałem Tichona podczas konkursu, skąd ma takie dziury na brzuchu, to odpowiedział, że od klamry pasa.

Wygląda na to, że rzut młotem jest zainfekowany dopingiem.

- Szkoda, że mamy drugie igrzyska z rzędu, gdzie medaliści igrzysk olimpijskich w rzucie młotem oddają medale. Cztery lata temu przez kilka godzin mistrzem olimpijskim był Węgier Adrian Annusz. A teraz zmieniają właścicieli srebrny i brązowy medal. Kontrola powinna być dokładniejsza, tak aby konkurs nie był wypaczony dopingiem, tak aby do zawodów dopuszczano zawodników, którzy są w 100 proc. czyści.

Nie obawia się pan, że sprawa Białorusinów rzuci cień na pana, trenowanego przez Białorusina?

- Ja w tym roku byłem kontrolowany kilkanaście razy. Startuję w zawodach, można mnie sprawdzić na treningach. W każdej chwili mogę się poddać kontroli. Od trenera Zajcewa nie brałem żadnych odżywek. Sam trener Zajcew nigdy otwartym tekstem nie sugerował, że trzeba brać doping. Przed sezonem powiedział, że plan pracy jest sprawdzony. Ponieważ widziałem, że w planie jest więcej obciążeń niż kiedykolwiek, zapytałem, czy ktoś sprawdził ten plan, nie używając koksu. Na to trener tylko się uśmiał gromko. Nigdy nie odpowiedział mi na to pytanie. Dla mnie jest to jednoznaczne. Zawodnicy, którzy wspomagają się dozwolonymi metodami, w tym jego planie nie uczestniczyli.

Ale kiedy zaczęliśmy współpracę, powiedział, że odpowiada mu sytuacja, kiedy może spać spokojnie i nie denerwuje się wynikami kontroli, jak to miało czasem miejsce, gdy trenował Białorusinów. Przecież Wadima przyłapano, kiedy on był jego trenerem - w 2000 r. Oni wszyscy twierdzą z uporem maniaka, że wtedy to był jakiś przekręt, ktoś im coś podrzucił. Słyszałem głosy, że akurat wtedy Wadim powinien być czysty. Całe to gadanie jest w kontekście ostatnich wpadek śmieszne. Po to, aby rzucać 85 metrów, trzeba brać koks? To się da zrobić bez tego. Wolę mieć zdrowe dzieci i rzucać dwa metry mniej.

O swojej pracy z Zajcewem mogę powiedzieć tyle, że pracowałem więcej niż kiedykolwiek i więcej niż z trenerem Cybulskim. Skończyłem współpracę w kwietniu, bo nie widziałem sensu w wykonywania tak wielkiej pracy, która nie daje efektów. Młot nie leci, ja nie czułem tego, co robię. Uważam, że rozstałem się z trenerem o miesiąc za późno. Bo start w Pekinie był moim najlepszym startem, zabrakło niewiele do zajęcia piątego miejsca, które teraz byłoby medalowe.

Dla Kamili Skolimowskiej obciążenia stosowane przez Zajcewa okazały się zabójcze. Niedawno przeszła zabieg chirurgiczny. Kiedy zaczęło ją boleć, trener powiedział, że ten ból to z powodu podróży, a nie obciążeń.

Złota Liga w Brukseli: Jelimo zdobyła milion dolarów »