Za wcześnie na rzucanie ręcznika

Kwadrans nadziei, potem 75 minut pogłębiającego się z każdą chwilą przygnębienia. Nowa prawda o naszej piłce jest taka: mecz nie układa się nie tylko wtedy, gdy polscy piłkarze pierwsi tracą gola, ale również wtedy, gdy pierwsi go zdobywają. W sobotę szukająca rewanżu za fatalne kilka miesięcy reprezentacja Polski prowadziła po bramce z karnego w 17. minucie
Błaszczykowski: To dla nas porażka »

Słoweńcy wyglądali na przestraszonych i zdezorganizowanych, co jak się okazało nie zaszkodziło im, ale Polakom.

Drużyna Leo Beenhakkera grała potem tak, że nawet swych najwierniejszych kibiców zmusiła do gwizdów. Miotający się w ataku Piszczek, człapiący Roger, nieradzący sobie z rolą lidera Lewandowski i dziurawa obrona. Znów najlepszy w zespole był bramkarz. Łukasz Fabiański ratował drużynę od porażki kilka razy, podczas gdy jego rywal w bramce Słowenii niepokojony był wyłącznie przez Kubę Błaszczykowskiego. Ale nawet rajdy skrzydłowego Borussii stały się z czasem mało groźne. Szybko było jasne, że będzie kiwał do upadłego, bo nie ma do kogo podać.

To wszystko złożyło się na obraz przygnębiający, który można było jednak uratować jedną akcją i bramką. Choćby przypadkową. Ale nawet na to drużyny narodowej nie było stać.

Powie ktoś, że i tak jest postęp, bo na starcie eliminacji do Euro 2008 Polacy grali z Finami tak samo źle, a jeszcze nie byli zdolni do uratowania punktu. Beenhakker pozbierał potem swoich piłkarzy, by sukcesem zakończyli eliminacje. Ale wpadka z Finami sprzed dwóch lat była dla Holendra mniej bolesna niż sobotni remis. Wtedy pracował w Polsce ledwie kilkanaście dni.

Dziś polski futbol i jego potencjał dobrze zna, robił wielokrotny przegląd kadr, ogłaszał, że talentu jest u nas pod dostatkiem, brakuje tylko kontaktu z wielką piłką, który ułatwiłaby ostatni krok na "international level". Gdzie są dziś Zahorscy i Pazdany, których Leo uznał za tak dobrze rokujących, by zabrać ich już na Euro 2008? Nawet teraz w czasach kryzysu kadry nie znaczą w niej nic.

Nie bardzo też rozumiem, dlaczego wobec tak fundamentalnych kłopotów z napastnikami Beenhakker uparł się, by nie powoływać Wichniarka, który został właśnie piłkarzem miesiąca w Bundeslidze i ze Słowenią mógłby być kołem ratunkowym rzuconym tonącemu. Pytań uzbierało się sporo. Nie wiem, co zrobi Beenhakker, ale coś zrobić musi, bo jego "zdolnych" chłopaków dopadł znów wtórny analfabetyzm. Mecz ze Słowenią miał przerwać łańcuch nieszczęść w polskiej piłce, tymczasem był ich ponurą kontynuacją.

Poszukajmy jednak czegoś, co mogłoby wyrwać kibica z przygnębienia i depresji. O spotkaniu z San Marino myśleć nawet nie wypada (zwycięstwo obowiązkowe), ale w październiku są mecze z Czechami w Chorzowie i ze Słowacją w Bratysławie. Na Euro zaczepił mnie dziennikarz z Czech, mówiąc, że co prawda mają o niebo lepszą drużynę, to jednak jakoś tak jest, że z Polakami ostatnio głównie przegrywają. I tego proponuję się trzymać. Przynajmniej tym, których nadzieja nie opuściła jeszcze całkowicie. Na rzucanie ręcznika po pierwszym meczu eliminacji jest mimo wszystko za wcześnie.

Listkiewicz: Z San Marino nie będzie spacerek »

Oceny za Słowenię bardzo niskie »