Czy Fabiański czuje się już nr 1?

- Jest tylko jedno lekarstwo, by poprawić klimat wokół drużyny. Nazywa się zwycięstwo - mówi ?Gazecie? bramkarz Arsenalu, który rozegra dziś dziesiąty mecz w kadrze
Słoweńcy - rywal Polaków. Nie ma się kogo bać? »

Robert Błoński: Ile razy podczas tego zgrupowania słyszał pan pytanie, czy czuje się numerem jeden polskiej bramki?

Łukasz Fabiański: Sporo, nawet nie liczyłem. Takie pytania muszą być jednak zadawane komuś, kto ma stanąć w bramce w ważnym meczu. Nie zaskoczyły mnie. Ze względu na szacunek dla Artura Boruca odpowiadałem dyplomatycznie.

Za pana odpowiedział już selekcjoner. Przed meczem z Ukrainą powiedział jasno: numer jeden w Polsce to Boruc, numer dwa to Fabiański. A skoro bramkarza Celticu nie ma...

- Są inni. Przyjechałem do Wronek jak na każdy wcześniejszy mecz. Trenowaliśmy przez tydzień bez oszczędzania się. Nie wyobraża pan sobie chyba, że nic nie robiłem, bo wydawało mi się, że i tak zagram? To był intensywny czas.

Ale to zgrupowanie jest pierwszym, na które przyjechał pan jako zawodnik mający największe szanse na grę.

- Nawet jeśli tak jest, to nic to nie zmienia. Z mojej strony wszystko było tak samo. Jeśli już miałoby to mnie jakoś zmotywować, to pozytywnie. Na pewno świadomość, że mogę zagrać, nie jest stresująca. Zdaję sobie sprawę, że szansę mam ogromną. Ale nie będę się z tego powodu specjalnie pompował. Nie ma sensu. Ja już miałem w życiu taki mecz, w którym za bardzo chciałem i nie wyszło mi to na dobre. To było w Legii, w rewanżowym meczu o awans do Ligi Mistrzów z Szachtarem Donieck. W poprzednich eliminacjach zagrało aż czterech bramkarzy w czternastu meczach. Nikt nie wie, jak będzie w tych.

Atmosfera wokół kadry nie jest za dobra...

- Wiem. Jak siedzę spokojnie w hotelu, wszystko jest fajnie. Jak tylko zajrzałem do gazety czy internetu, miałem wrażenie, że ktoś z zewnątrz próbuje coś popsuć. Lekarstwem jest zwycięstwo. Sami od siebie tego oczekujemy, każdy inny wynik będzie w sobotę fatalny.

Plan minimum na dwa mecze jest taki sam jak maksimum. Sześć punktów.

- Nasza drużyna to naprawdę mieszanka zawodników doświadczonych z młodzieżą. Ci starsi już wiedzą, jak sobie radzić w takich sytuacjach. Oni tworzą trzon zespołu. W ważniejszych meczach grali. Liczę, że my - ci, którzy mają mniej doświadczeń w kadrze - dostosujemy się do nich.

Pan ma dziewięć występów w reprezentacji, z tego jeden o punkty, 53 w lidze polskiej i kilka w Arsenalu...

- Jeszcze trochę grałem w europejskich pucharach. Doświadczenia mi nie zabraknie, nie martwię się o nie. To żadna przeszkoda.

Słoweńcy to...

- ...przede wszystkim ten wysoki napastnik - Novakovicz. Duży, silny, grają na niego większość piłek, a on strąca je na boki. To ich najmocniejszy punkt. Wiemy, czego można się po nich spodziewać. Kontry albo daleka piłka na tego wysokiego napastnika.

A po Polakach czego mogą spodziewać się kibice?

- Dobrej, skutecznej gry i zwycięstwa.

Pomoże wam w tym czwartkowy wypad integracyjny?

- Fajnie było, ale nie byliśmy w Poznaniu, jak podała prasa. Pojechaliśmy trochę się zrelaksować, odstresować.

Paintball?

- Między innymi. Dobrze się bawiliśmy.

Leo: Próbujemy zrobić dwie rzeczy na raz


Trener Słowenii: Będziemy bardzo szczęśliwi jeśli zdobędziemy punkt »