Drzewiecki: Zakręcę kurek z pieniędzmi dla związków sportowych!

Problem polskiego sportu to związki nieprzystające do wymogów współczesnego świata. Jeśli nie będzie zmian, nie będzie pieniędzy. Nie cofnę się przed tym - zapowiada minister sportu Mirosław Drzewiecki
We wtorkowej Gazecie Wyborczej ukazał się wywiad Rafała Steca i Radosława Leniarskiego z Tomaszem Marcinkowskim, dyrektorem w Ministerstwie Sportu. Urzędnik w konwencji filmów Stanisława Barei zdradza cel swojej ciężkiej misji w Pekinie.

Na pytanie dziennikarzy o choćby wstępną analizę występu Polaków wypalił: - Mamy taką samą liczbę medali co w Atenach, ale oczywiście są one wartościowsze. Ta sama liczba medali złotych, ale medali srebrnych jest sześć, a tam były dwa. Czyli start jest lepszy niż w Atenach.

Wnioski, których mógł dokonać uczeń szkoły podstawowej dziennikarzy nie satysfakcjonują więc przyciskają Marcinkowskiego i po raz kolejny pytają co z analiz wynika? W końcu dyrektor odpowiada: - Od razu mówię: zwiększenie środków finansowych, bo one zostały zwiększone, spowodowało, że mimo dziesięciu medali, mamy więcej miejsc w finałach, i to daje do myślenia, że poszliśmy w dobrym kierunku. A sprawa czwartych miejsc - no, tutaj to są sprawy mentalnościowe. Psychiczne. Widocznie w mentalności polskiej jest to, że Polacy nie muszą wygrywać. Trzeba to zmienić w wychowaniu dzieci i później dobór do sportu będzie taki, że dzieci widzą cel - mistrzostwo sportowe.

Więcej złotych myśli w wywiadzie Rafała Steca i Radosława Leniarskiego z Tomaszem Marcinkowskim: Ministerstwo dziwnych punktów, czyli latający cyrk ministra Drzewieckiego  »

A co na to minister sportu?

Przemysław Iwańczyk: "Gazeta Wyborcza" i Sport.pl opublikowały wywiad z Tomaszem Marcinkowskim, dyrektorem departamentu sportu kwalifikowanego i młodzieżowego Ministerstwa Sportu i Turystyki, który razem z dwiema innymi osobami pojechał do Pekinu liczyć punkty i medale zdobywane na igrzyskach. Wypowiedzi pana pracownika są tak absurdalne, niemal żywcem wyjęte z Latającego Cyrku Monty Pythona.

Mirosław Drzewiecki: Mam swoje zdanie na ten temat, ale ani ja, ani moje ministerstwo nie zasłużyło na to, by nazywać nas cyrkiem.

Ma pan świadomość tego, że tacy ludzie pracują u pana w resorcie?

- To była pierwsza misja od wielu lat, która w pełni wypełniła swoje zadanie. Nie było niedociągnięć, kłopotów ze sprzętem, organizacją treningów dla zawodników, spotkań sparingowych, zapewnieniem dojazdu na zawody, skandali z dopingiem. Niestety, brak zdolności medialnych pana Marcinkowskiego ośmieszył ogromny wysiłek ludzi pracujących w misji olimpijskiej.

Nie ma w Polsce kompetentnych ludzi, którzy zastąpiliby Marcinkowskiego i jemu podobnych? I nie musiałby pan wysyłać ich do Pekinu, bo punkty i medale policzyliby sprzed telewizora i internetu. Zresztą organizatorzy igrzysk podsumowali już olimpiadę w najdrobniejszych szczegółach...

- Każda reprezentacja, która była w Pekinie, miała misję olimpijską, w większości wypadków znacznie liczniejszą od naszej. Zadania wykonywane przez tych ludzi mogą wydawać się mało znaczące, ale w rzeczywistości są niezbędne dla sprawnego przeprowadzenia zawodów. Muszą oni zapewnić warunki organizacyjne dla zawodników startujących w igrzyskach, począwszy od zapewnienia transportu zawodników i sprzętu, organizacji treningów, meczów sparingowych, potwierdzania zgłoszeń do startu poszczególnych dyscyplin i konkurencji, weryfikacji terminów, bieżącej wymiany informacji z WADA i komitetem organizacyjnym igrzysk, na sprawach związanych ze strojami sportowymi, odbiorem numerów startowych i rejestracją wyników skończywszy. Teraz ja zapytam: po co wysyłaliście do Pekinu dziennikarzy, skoro można było pisać sprzed telewizora?

Z bliska widać więcej, sprzed telewizora nie da się porozmawiać ze sportowcami. I gdyby nie pojechali do Pekinu, nie spotkaliby dyrektora Marcinkowskiego. Ilu takich Marcinkowskich ma posady w pana w ministerstwie?

- W większości jest to kompetentny zespół, choć mam świadomość, że są tam też ludzie, którzy nie powinni pełnić odpowiedzialnych stanowisk. Opierając się tylko na rozmowie dyrektora Marcinkowskiego z dziennikarzami "Gazety", można by zakwestionować jego przydatność jako szefa departamentu sportu kwalifikowanego. Ale słowo "cyrk" obraża wielu rzetelnych pracowników ministerstwa. Obejmując urząd ministra sportu, postawiłem sobie za cel wprowadzenie wysokich standardów, czego przykładem jest stworzony od podstaw zespół spółki PL.2012. Jego praca jest bardzo wysoko oceniana przez międzynarodowy zespół ekspertów UEFA. Trudno po kilku miesiącach zmienić mentalność ludzi pracujących w resorcie od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat, ale jestem przekonany, że wkrótce zmiany będą widoczne. Doszły nowe zadania, np. Euro 2012, Orliki, a ilość liczba jest praktycznie ta sama.

Ile ma pan etatów?

- W ministerstwie sportem zajmuje się 121 urzędników.

W większości tacy jak Marcinkowski, który kompromituje urząd, opowiadając takie bzdety?

- Nie oceniajmy braku zdolności medialnych pana Marcinkowskiego. Na pewno ocenimy merytorycznie jego pracę. Jednakże takie wypowiedzi go dyskwalifikują.

Dlaczego pan go nie zwolni?

- Sam powinien wyciągnąć wnioski, ja - jak wcześniej powiedziałem - ocenię merytorycznie jego pracę w trakcie przygotowań do igrzysk i podczas igrzysk.

Takich Marcinkowskich w polskim sporcie jest bez liku.

- Poważne zmiany w polskim sporcie są absolutnie konieczne i na tym teraz chcę się skupić. W przygotowywanej nowej ustawie zamierzam stworzyć mechanizmy zapewniające zmianę kadr zarządzających polskim sportem.

A z igrzysk w Pekinie jest pan zadowolony?

- Nie tylko jako minister, ale również jako kibic i Polak, wolałbym, żeby nasi reprezentanci uzyskiwali lepsze wyniki. Uważałem natomiast, że w okresie bezpośrednio poprzedzającym igrzyska nie należy dokonywać rewolucyjnych zmian, bo wprowadziłoby to zamieszanie w cyklu przygotowań. Skończył się Pekin, teraz myślimy o Londynie. Konieczne są radykalne zmiany po to, by pieniądze publiczne przeznaczane na sport były wydawane efektywnie i uczciwie. Teraz jest najlepszy czas, by ich dokonać. Problemem jest sposób zarządzania związkami sportowymi, nieprzystający do wymogów współczesnego świata, i struktura finansowania poszczególnych dyscyplin sportu. Większe dofinansowanie powinno być kierowane do sportów, które mogą być uprawiane przez całe życie, kosztem tych, które tracą zainteresowanie wśród młodzieży.

Przecież to ministerstwo dotuje sporty nic nieznaczące.

- Dlatego zmienimy strukturę wydatków. Nie będziemy dawać pieniędzy na 300-dniowe zgrupowania, bo to bzdura. Koniec z niewolnictwem sportowców w Spale, Cetniewie czy Zakopanem. Siedzą tam na odludziu, w gronie kilku czy kilkunastu tych samych osób, które zaczynają się nienawidzić. Sport to nie są obozy pracy.

Wstydził się pan w Pekinie za pijanych działaczy?

- Jak każdemu Polakowi było mi wstyd. Chciałbym, żeby działacze sportowi i trenerzy byli autorytetami dla młodych sportowców.

Pan jest zwierzchnikiem Jerzego Sudoła, wiceszefa Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, którego znaleziono pijanego na trawniku w olimpijskiej wiosce.

- Pan Sudoł wyciągnął wnioski ze swojego zachowania i podał się do dymisji. Mam nadzieję, że inni działacze, którzy mają podobne problemy, ustąpią ze stanowisk, zanim zostaną opisani w mediach. Nie jestem zwierzchnikiem związków. Są autonomiczne. Nie mogę decydować, kto jest prezesem.

Ale może pan zakręcić im kurek z pieniędzmi.

- I zapowiadam: będę to robił! Tak samo jak wprowadzę kadencyjność na stanowisku prezesa związków. Nie będzie już takich, co rządzą po 30 lat. Jeśli nie dokonają odpowiednich zmian w statutach, nie dostaną pieniędzy publicznych. Nie cofnę się przed tym. Jednak za pijanego Sudoła odpowiadać nie mogę. Jest mi jedynie wstyd za to, że ktoś kompromituje Polskę.

Od czego pan zacznie naprawę polskiego sportu?

- Już zacząłem. Trwa kontrola w PZPN. Dokonujemy szybkiej oceny naszego występu w Pekinie. Trzeba ocenić, kto wypadł dobrze, a kto zawiódł. Liczę na to, że pod rządami nowej ustawy związki zaczną być zarządzane w sposób menedżerski.

Te związki to PZPN w skali mikro. Ale z futbolowymi działaczami nie może pan sobie poradzić, a Michał Listkiewicz ciągle pana wodzi za nos.

- PZPN jest trudnym przeciwnikiem, który w dodatku często fauluje i nie dotrzymuje zobowiązań. Poczekajcie państwo, bo każdy mecz, nawet z doliczonym czasem, ma swój koniec.

Ma pan asa w rękawie?

- Mam.