"Świat nam ucieka" - czyli największe grzechy polskiego sportu

Kiedy cztery lata temu nasi sportowcy zdobyli w Atenach 10 medali, ogłosiliśmy klęskę. Teraz powtórzyli tamten wynik, ale prezes PKOl wmawia nam, że igrzyska były udane. Pewnie też uznał, że jeśli Polak przegrał, to nie wytrzymała mu głowa
Kto tropił węże, a u kogo zawodziła głowa - alfabet igrzysk »

- Panowie, może lepiej z nimi nie rozmawiajcie. Nie wytrzymują presji. Coś tam u nich nie jest OK - poprosił nas szef wioślarskiego związku Ryszard Stadniuk, znacząco wskazując głową wioślarzy, którzy właśnie przyjechali do wioski olimpijskiej.

O przykrej słabości sportowców wspominał już drugi raz. Wcześniej przestrzegał o niej, zanim do Chin wylecieli.

Jak głęboko tkwi w mentalności polskiego działacza, trenera, sportowca przeświadczenie o nieuchronności klęski, skoro szef związku przypisuje słabość swoim najbardziej wartościowym zawodnikom? Najlepsza osada globu ostatnich lat - jedna z trzech w historii, które zdobyły między igrzyskami wszystkie trzy tytuły mistrzów świata, po drodze ustanawiając rekord świata - miałaby odczuwać strach przed startem do wyścigu o olimpijską chwałę? Niekwestionowanym czempionom miałyby nie wytrzymać głowy? Dlaczego?

Jeśli choć chwilę porozmawiać z wioślarzami, od razu wiadomo - ci ludzie się nie łamią, są pewni swojej siły i władczo wiosłują po złoto. Obawiali się co najwyżej jednego - by...

Seks w wiosce olimpijskiej - temat tabu »

...nikt nie zmarnował ich pracy.

Wątpili, czy dzięki wysiłkowi włożonemu na treningach wypracowali sobie wystarczającą przewagę, by zniwelować błędy spowodowane przez innych. Np. na źle przygotowanym przez działaczy zgrupowaniu.

Jeśli Stadniuk miał wątpliwości co do psychiki załogi czwórki podwójnej, to co gra w duszy - głowach - sportowców, którzy w swoich konkurencjach nie dominują w świecie? Albo tych, którym bardzo daleko nawet do miejsc średnich, ewentualnie ulubionych przez wielu działaczy tzw. nieprzynoszących wstydu?

Nie wiemy na pewno, czy i ilu naszych olimpijczyków przegrało w Pekinie wskutek niewystarczającego - lub wręcz kiepskiego - przygotowania fizycznego. Nasłuchaliśmy się za to, że fundamentalna ułomność tkwiła w tej niepojętej sferze, jaką jest ludzka psychika.

To po startach. Przed startami Polacy prognozowali, że o wyniku zadecyduje głowa. Wytrzyma czy nie? - denerwowali się.

Już pierwszego dnia szablistka Aleksandra Socha tłumaczyła, że nie wytrzymała psychicznie roli cichej - precyzyjnie będzie powiedzieć: cichutkiej - faworytki. Florecistka Sylwia Gruchała też koncentrowała się na psychice: - Nie potrafię wykrzesać z siebie dawnego walczaka.

Jednej z największych polskich przegranych Otylii Jędrzejczak nie odstępowała na krok psycholog Beata Mieńkowska. Odprawiała ją na start, potem czekała na nią przy basenie, jeździła z nią na zakupy. Pamiętamy Otylię z czasów, gdy zdobywała tytuł mistrzyni olimpijskiej - sportowego psychologa nie potrzebowała. Była wytrenowana, zdeterminowana, głodna sukcesu. Teraz - z różnych przyczyn, również osobistych dramatów i chorób - nie miała formy. Psycholog jej nie zbuduje.

Symbolizujący w naszym sporcie zaciekłe parcie wyłącznie po złoto Hubert Wagner mawiał, że nie ma słabych psychicznie, że są tylko źle wytrenowani.

W Pekinie były na to dowody. - Mógłbym przeczytać książkę podczas konkursu. Niech przeciwnicy się denerwują - mówił Tomasz Majewski po konkursie pchnięcia kulą, w którym pobił kolejny rekord życiowy i zdobył złoty medal. - No, bo po to są igrzyska, aby bić życiówki - dziwił się gratulacjom Majewski.

Gdyby się uważnie rozejrzał po polskiej ekipie, to by się nie dziwił. Nasi życiówki bili rzadko. W pływaniu debiutanci i Katarzyna Baranowska. W lekkoatletyce fantastyczny Artur Noga i właśnie Majewski. Tymczasem to osobiste rekordy bywają dla sportowców miarą sukcesu, nie zajęte miejsca. Jeśli poprawiasz własne szczytowe osiągnięcie, to wiesz, że w najważniejszym momencie wypracowałeś najwyższą formę. I że się rozwijasz.

Polscy sportowcy czują, że się nie rozwijają. Wiedzą, że świat im ucieka. I przez tę wiedzę nie wytrzymują im głowy.

Ostatni raz - kolejny raz, ten uporczywy olimpijski refren wybrzmiewał w co drugim wywiadzie - kwestię o uciekającym świecie usłyszeliśmy od członka sztafety 4x400 m Rafała Wieruszewskiego. Usłyszeliśmy ją w sobotę, kiedy aż 17 zawodników innych drużyn pobiegło szybciej niż Marek Plawgo na ostatniej zmianie, a 15 było szybszych niż najlepszy z Polaków Piotr Klimczak. I teraz się niepokoimy, że po tej traumie przed następnym wyścigiem nie wytrzymają im głowy.

Nasi sportowcy wiedzą, że...

Haker znalazł dowody - złota medalistka ma 14 lat »

...nie mają naukowego wsparcia.

i na tle konkurencji otacza ich prowizorka. Chętnie poddają się badaniom fizjologicznym, eksperymentują nawet tutaj w Pekinie, bo rozumieją, że nauka daje przeciwnikom ogromną przewagę. Leszka Blanika zastaliśmy w wiosce olimpijskiej w komorze hiperbarycznej, w której położył się po raz pierwszy. Komora czy namiot tlenowy to pomysły zakontraktowanego przez związek pływacki lekarza Roberta Śmigielskiego, który powiedział nam, że gdyby nie kupił ich i nie przywiózł na koszt swojej firmy medycznej, tego nowoczesnego sprzętu na igrzyskach by nie było. Zasługa związku pływackiego polegała na tym, że się zgodził.

W Polsce nie istnieje współpraca między trenerem i naukowcami, bo na palcach jednej ręki można policzyć sportowych naukowców nadążających za światem. Tymczasem Tomasz Wylenzek, polski kanadyjkarz, który dla Niemiec zdobył już trzy medale olimpijskie, powiedział nam, że w ciągu ośmiu lat została skompletowana gruba na 15 cm teczka z jego badaniami. Dzięki nim wie, co poprawiać, kiedy trenuje obok domu.

Właśnie, obok domu. Polacy katują się, wyjeżdżając na 250- lub 300-dniowe zgrupowania - przeżytek sportu komunistycznego. Nie mają potem sił i pasji, które stracili po drodze do Pekinu. Są wypaleni, wymęczeni, często skłóceni. - Gdy miałem wyjechać z domu na cztery tygodnie, nie zgodziłem się. Mogę jechać najwyżej na trzy - mówi Wylenzek. Trener Otylii Jędrzejczak Paweł Słomiński zauważył dopiero teraz, że tzw. centralne szkolenie może zadusić w sportowcu energię.

Trzeba uważać, bo czołowi polscy zawodnicy mają tylko sport. Większość nic innego w życiu nie robi. Wspominany Wylenzek jest policjantem, mistrz olimpijski w jedynce Tim Brabants lekarzem, choć na przygotowania do igrzysk zawiesił praktykę. - Wyrzygałbym się, gdybym miał dla siebie tylko sport - mówi Wylenzek. O zwariowaniu mówi też Majewski. Nic dziwnego, że mniej odpornym niż oni nie wytrzymują głowy.

Co oczywiście nie znaczy, że zgrupowania i długie przygotowania z definicji szkodzą. Chodzi o to, że w nowoczesnym sporcie trenuje się z sensem, niekoniecznie na okrągło i umartwiając się w pustelni. Jedni umartwianie znoszą świetnie, inni od niego usychają. Nie ma jednego patentu na sukces. Patentów jest wiele. Patentów dzięki badaniom naukowym wciąż udoskonalanych.

Udoskonalenia nie wywołują rewolucji, na nią przy osiągach zbliżonych do granicy ludzkich możliwości nie ma miejsca. Pracuje się nad detalami, które przesądzają o wynikach. Jak sztafeta naszych sprinterów mogła zgubić pałeczkę, skoro tylko na jej przekazywaniu biali biegacze są zdolni zyskać przewagę nad genetycznie uprzywilejowanymi? Dlaczego akurat tego nie wytrenowali do perfekcji?

Selekcję opiera się już na wyszukiwaniu idealnych typów anatomicznych dla danej dyscypliny, bez specjalizacji trudno zaistnieć. Jako trener w USA Bartek Kizierowski wespół z trenerem Mike'm Bottomem chodził po basenach i szukał pływaków, którzy sylwetką odpowiadają wzorcowi: krótkie nogi, szeroki tors, bardzo długi tułów, bardzo długie ręce. Takie wzorce istnieją w każdym sporcie: kajakarze powinni być drobnokościści i szczupli, mieć do 188 cm wzrostu. Dopiero wtedy warto obudowywać im kościec mięśniami.

Chińczycy badają kościec dzieciom, aby wiedzieć, gdzie się zatrzyma ich wzrost. Oczywiście nie wszystkie metody stosowane gdzie indziej - zwłaszcza przez gospodarzy igrzysk - warto naśladować. Niektórych ze względów etycznych wręcz nie wolno. Przywołujemy je, by uświadomić, jakie wyrafinowanie osiągnęła nauka wspierająca sport. Gałąź wiedzy u nas niemal martwa, zagadywana tezą, że sportowcom nie wytrzymały głowy.

Choć istotnie wielu nie wytrzymały. Nie wytrzymały w tym sensie, że nie bili rekordów życiowych, wypadali słabiej niż na mniej ważnych turniejach, zachowywali się, jakby nie pojmowali, iż igrzyska to...

Lekarz Otylii i jego wynalazki »

...wyzwanie ponad wszystkie.

Supergwiazdor siatkówki, od wczoraj mistrz olimpijski, Lloy Ball mówił nam: - Nigdy i nigdzie, w klubie, ani reprezentacji nie gramy tak jak tutaj. Na igrzyskach stajemy się innymi ludźmi. Znajdujemy w sobie coś więcej.

Mógłby coś na ten temat dorzucić Riley Salmon, który w AZS Częstochowa grał słabo lub beznadziejnie. W finale igrzysk przeciw fenomenalnej Brazylii się sprawdził.

Fundamentem amerykańskiego modelu jest jednak wyraźne hierarchizowanie celów. Kapitan siatkarzy Tom Hoff zwierzał się, że cztery lata temu trener McCutcheon ogłosił początek drogi na igrzyska i żadne niepowodzenie ich nie zrażało, bo w głowach kołatały im się tylko myśli o Pekinie. I te głowy w Pekinie wytrzymały.

Każdy sportowiec na olimpijskim starcie powinien z definicji pragnąć zwycięstwa jak nigdy wcześniej, ale motywację warto jeszcze stymulować. Byśmy wciąż nie oglądali scenariusza znanego kajakorzom - z mniej prestiżowych MŚ przywożą stos medali, na igrzyskach z trudem uciułają jeden. Polski mistrz może wręcz nieświadomie czuć satysfakcję jeszcze przed olimpiadą, jeśli za medale MŚ dostał 65 tys. złotych. I co miesiąc kasuje 7 tys. zł stypendium. Nawet nie zauważa, kiedy sport staje się dla niego dobrze płatnym rzemiosłem, a nie pasją i dążeniem ku nieśmiertelności. A w dobrze płatnym rzemiośle można sobie pozwolić od czasu do czasu na dzień pracy mniej intensywnej lub pozorowanej. Tę postawę na igrzyskach niekiedy widać, słychać i czuć.

Wszystkie wymienione i niewymienione detale razem wzięte pozwalają wycisnąć z zawodnika maksimum potencjału. A niekiedy nawet - patrząc na siatkarzy USA - ciut więcej. Polacy uzyskują wyniki odległe od rekordów życiowych. I jeden medal przypada na 26 naszych olimpijczyków. Z 17 pływaków tylko trójka dopłynęła do finałów.

To wynik bardzo słaby.

Amerykanie, których stać na przysłanie na igrzyska i miliona swoich ludzi, przysyłają tylko zwycięzców lub prawie zwycięzców. Nie słyszeli o miejscach nie przynoszących wstydu. I zdobywają jeden medal na pięciu olimpijczyków. A nie odliczyliśmy w tej statystyce sportów drużynowych - gdybyśmy to zrobili, przepaść między amerykańskim maksymalizmem a polskim minimalizmem zrobiłaby się jeszcze większa.

Oby nie wyliczyli tego nasi sportowcy. Bo w Londynie nie wytrzymają im głowy.

Igrzyska w Pekinie zakończone »