Upadek sztafety

Polska sztafeta 4x400 m, która miała walczyć o medal, przybiegła siódma w finale
Maratońska klęska Polaków, złoto dla Kenijczyka »

Miarą upadku sztafety jest nie tylko siódme miejsce drużyny, która do Sydney i Aten jechała po medal. W sobotę aż 17 biegaczy innych drużyn pobiegło szybciej niż kończący bieg Marek Plawgo, a 15 było szybszych niż Piotr Klimczak, najlepszy w polskiej sztafecie. Byli wśród nich również dwaj Australijczycy, dwaj Belgowie, czyli zawodnicy z krajów, które dotąd nie liczyły się w stawce. Australijczycy po zdobyciu zaskakującego srebra w Atenach, w mistrzostwach świata albo nie wchodzili do finału, albo zajmowali w nim ostatnie miejsce. Belgów po prostu nie było na żadnej imprezie.

- Świat nam ucieka szybciej niż myśleliśmy. Bieg w czasie 2,59 - 3 min dawały medale na każdej imprezie. W Pekinie zespoły z takimi rezultatami były poza podium - powiedział Rafał Wieruszewski, najwolniejszy ze wszystkich otwierających bieg finałowy, który jednak sprytnym manewrem spowodował, że Piotr Klimczak pobiegł w drugiej zmianie jako przedostatni.

Piotr Kędzia mimo najsłabszego czasu spośród siedmiu rywali na bieżni, utrzymał siódme miejsce, które obronił z trudem Plawgo. - Biegliśmy na maksa. Dziś nic więcej urwać się nie dało - mówił Klimczak.

Problem w tym, że nie tylko inni uciekają, ale też Polska zostaje z tyłu. 10 lat temu rekord Polski ustanowili Piotr Rysiukiewicz, Tomasz Haczek, Piotr Haczek i Robert Maćkowiak. W Pekinie zabrakło do niego dobrze ponad dwie sekundy, ponieważ do Chin przyjechali biegacze bez formy, lub kontuzjowani, lub i jedno i drugie.

Daniel Dąbrowski, planowany do startu w sztafecie, w eliminacjach indywidualnych na 400 m miał czas niemal o 3,5 sekundy gorszy niż życiówka. Tylko czterech z 56 biegaczy miało czas gorszy od niego. Byli to: zawodnik z wysepki w Zatoce Gwinejskiej St. Tome i Principe o populacji 150 tys. ludzi, biegacz z San Marino gdzie mieszka 30 tys, olimpijczyk z jednego z najbiedniejszych krajów Afryki Liberii i Chińczyk ze zwichniętą stopą. Plawgo, który nawet z kontuzją stopy biega wystarczająco szybko, aby mieć miejsce w sztafecie, musiał wystartować w pięciu wyczerpujących wyścigach, bo w Polsce brakuje zmienników.

Dzień wcześniej sztafeta kobiet 4x400 m przybiegła dopiero szósta w eliminacjach i miała czas niemal cztery sekundy słabszy niż podczas biegu na rekord Polski w mistrzostwach świata w Helsinkach w 2005 roku. Obie sztafety na 4x100 m zostały zdyskwalifikowane: kobiety w finale, mężczyźni w eliminacjach.

Jednak na bieżni miały też miejsca wydarzenia superciekawe.

Była siedmioboistka i pięcioboistka w hali, Belgijka Tia Hellebaut pokonała w skoku wzwyż stuprocentową faworytkę Chorwatkę Blankę Vlasić, która w tym roku miała osiem z 10 najlepszych skoków na świecie. Belgijki w dziesiątce nie było. Wilfried Bungei po latach prób zdobył wreszcie tytuł mistrza olimpijskiego. Ten najlepszy biegacz na 800 m ostatnich lat zawsze był drugi, czwarty, nigdy pierwszy. Kiedy już wydawało się, że jego kariera wygasa, zdobył złoto. Na 5000 metrów wygrał - jakżeby inaczej - Etiopczyk Kenenisa Bekele, zwycięzca również we wcześniejszym finale na 10000 m. Cztery lata temu w Atenach został upokorzony na swoim ulubionym dystansie przez Hichama el Guerrouja, króla 1500 m. Wczoraj Marokańczyka nie było - po Atenach zakończył karierę. Rzut oszczepem wygrał Norweg Andreas Thorkildsen, który nawet przez sekundę nie był zagrożony przez trzech Finów, a w ostatnim rzucie ich znokautował bijąc rekord olimpijski. W obydwu sztafetach 4x400 m Amerykanie odbili się od niezwykłego pecha prześladującego ich w sztafetach sprinterskich i wygrali je. Sprinterzy i sprinterki nie dobiegły do mety.

Jednak te wydarzenia Polacy omijali szerokim łukiem.

Pięc powodów dla których Usain Bolt jest niepokonany »