Rodzice kajakarki zawiedzeni, ale z nadziejami

- Zabrakło tak niewiele. Szkoda, było tak blisko. Może w sobotę będzie lepiej - mówili Henryka i i Sławomir Mikołajczykowie po wyścigu czwórek kajakowych na 500 m w Pekinie. Ich córka Beata Mikołąjczyk poprowadziła w nim polską osadę tylko do czwartego miejsca. Tylko, bo do brązu zabrakło zaledwie 48 tysięcznych sekundy.
Na ten dzień rodzice naszej zawodniczki czekali od pierwszego dnia Letnich Igrzysk Olimpijskich. - Gdy okazało się, że nasza córka wystartuje na olimpiadzie, to sporo czasu spędziliśmy przed telewizorem. Dopingowaliśmy wszystkich polskich sportowców, ale z niecierpliwością czekaliśmy na start kajakarzy - przyznaje tata Beaty.

W piątek z żoną Henryką w domu w podbydgoskich Lipnikach już od 6. rano oczekiwali na finałowy wyścig żeńskiej czwórki na 500 m. - Wzięłam urlop, żeby razem z mężem oglądać start córki - zdradza mama reprezentantki UKS Kopernik Bydgoszcz. - Chyba bardziej się denerwuje od męża. Z tego stresu nie nic jeszcze nie jadłam - dodała.

Rodzice Beaty, gdy tylko mogą, to na żywo dopingują swoją córkę. Byli już m.in. na zawodach w Mediolanie, Duisburgu, czy Pradze. - Do tego oczywiście dochodzą jeszcze wszystkie regaty rozgrywane w naszym kraju - dodaje tata Beaty.

Pięć minut przed finałowym wyścigiem w domu pojawił się także inny wielki kibic bydgoszczanki - owczarek niemiecki Kora. - To pies Beaty. Są bardzo zżyci. Razem biegają po lesie. Zawsze podczas zawodów wa Brdyujściu jest z nami na trybunach - opowiada Sławomir Mikołajczyk.

Wraz z żoną nie potrafił ukryć emocji, gdy rozpoczął się wyścig finałowy i niedosytu po jego zakończeniu. - Zabrakło tak niewiele. Szkoda, było tak blisko. Może w sobotę będzie lepiej - podsumowuje.

W sobotę o godz. 11.20 drugi i ostatni start Beaty Mikołajczyk w finale kajakowych regat w Pekinie. Z Anetą Konieczną spróbuje popłynąć po medal w dwójce na 500 metrów.