Blanik: Zastanawiam się, dlaczego Najwyższy mi na to pozwolił

- To jest spełnienie mojej długiej kariery. Zastanawiamm się dlaczego Najwyższy pozwolił mi po 12 latach w ciągu 11 miesięcy stanąć na najwyższym stopniu podium: na mistrzostwach świata w Stuttgarcie, potem na mistrzostwach Europy w Lozannie, a teraz w Pekinie na igrzyskach - mówi Leszek Blanik, złoty medalista olimpijski w skoku. W poniedziałek w finale wykonał dwie niemal bezbłędne próby i o włos zdobył olimpijski laur.
Pekin w pigułce: Złoty Blanik »

Z Czuba komentuje 10 dzień »

Jakub Ciastoń: Zdjęcie syna nosi pan zawsze, czy wziął tylko na finał?

Leszek Blanik: - Pierwszy raz wziąłem. Synek Artur przed wyjazdem prosił, żebym przywiózł z Pekinu medal. Obiecałem, że tak właśnie zrobię. Niby miał być brązowy, ale jest złoty, więc potem pytałem się go przez telefon czy też może być. Powiedział, że może być.

Dużo osób już dzwoniło?

- Dużo, ale odbieram tylko od żony Magdy. Jest niezły młynek. Ale w sumie fajnie.

Miał pan trzeci wynik w kwalifikacjach. Wierzył pan w medal od początku finału?

- Na salę wychodziłem z wiarą, że zdobędę jakiś medal. Ale najpierw Rosjanin Golotsutskow skoczył bardzo dobrze, ustał i ładnie wylądował. Chwilę potem Francuz Bouhail też wykonał wszystko prawie jak należy. I troszkę się zdenerwowałem. Kurcze, myślałem, że jednak poziom będzie trochę niższy. Wiadomo, że w finale wszyscy wykonują same trudne skoki. Nie ma więc idealnych lądowań, niektórzy się przewracają. Dwóch pierwszych trochę więc napędziło mi stracha, ale potem się już uspokoiłem.

Bardzo się pan denerwował?

- Oj, bardzo. W gimnastyce właściwie w finale to są już same nerwy. Kwalifikacje były 9 sierpnia. Na finał czekałem więc ponad tydzień. Trenowałem, przygotowywałem się, ale ciężko się nie stresować jak się tak czeka. W dzień finału wstałem z bólem głowy, źle spałem od dwóch dni.

Kajakarska osada popłynie w finale »

Po swoim pierwszym skoku poczuł się pan lepiej?

- Tak. To był "blanik", czyli skok, który wziął nazwę od mojego nazwiska. Wykonałem go jako pierwszy na świecie. To dwa i pół salta w przód w pozycji łamanej, czyli na wyprostowanych nogach. Skok wyszedł bardzo dobrze, lądowanie było w porządku. Właściwie tym pierwszym skokiem załatwiłem sobie medal. To jest prawie najwyższa skala trudności. "Blanika" zawsze dobrze ląduję i lecę wysoko. Dostaję dobre noty od sędziów. W drugim skoku nie wiedziałem do końca, czy iść na 100 procent, czy jednak zrobić go trochę zachowawczo. Zrobiłem coś pośredniego i mało brakowało, że byłaby katastrofa. Nóżki mi lekko zadrżały w górze, trochę je ugiąłem. Ledwo ustałem, ale ustałem.

Rumun Dragulescu dostał za pierwszą próbę aż 16,800 pkt. Gdyby udał mu się ten drugi skok złota by nie było?

- Tak jak ja mam swojego "blanika", tak Marian ma swojego "dragulescu". Też supertrudny skok opracowany przez niego, o jeszcze wyższej niż "blanik" skali trudności. Trzeba przyznać, że wykonał go pięknie. Biłem brawo. Ale Dragulescu wraca do startów po długiej kontuzji. Widzieliśmy na treningach, że ma kłopoty przy lądowaniu w drugiej próbie. Miał minimalne braki w przygotowaniu. No i tak jak na treningach, tak na konkursie drugiego skoku nie ustał. Jak to się mówi po naszemu "przeskoczył" i się przewrócił.

Ale dla mnie Dragulescu też jest zwycięzcą. Wrócił do sportu po kontuzji kręgosłupa. I to na jakim poziomie. Do medalu zabrakło mu niewiele. Należy mu się wielki szacunek za to czego dokonał. To trzykrotny mistrz świata. Wielka postać w gimnastyce.

Dołęga bez medalu »

Wygrał pan mając taką samą notę jak Francuz Bouhail.

- Wtedy decydują noty pojedynczych sędziów. Musiałem dostać jedną wyższą. Pokonałem go minimalnie. Można powiedzieć, że o włos.

Mówił pan przed wyjazdem na igrzyska, że żeby przywieźć medal, trzeba walczyć o złoto.

- Bo nastawianie się od początku na brąz, czy na srebro, nie ma sensu. Trzeba przygotować skoki na złoto, a jak coś nie wyjdzie, wtedy można zadowolić się mniejszą nagrodą. Gdy pierwszy z Rumunów Flavius Koczi zepsuł lądowanie i było wiadomo, że mam co najmniej brąz, ja już wtedy byłem przeszczęśliwy.

Groźny miał być też Białorusin, Rosjanin. Okazało się, że nie ma mocnych na Blanika.

- Trzeba przyznać, że rywale trochę pomogli psując skoki. Chyba pierwszy raz w dużej imprezie nie było na podium żadnego z Rumunów. Powiem tak, prosiłem Boga przed tymi igrzyskami, żeby medale rozdał uczciwie, według zasług. Wydaje mi się, że ja na medal zasłużyłem. Ale Dragulescu też zasłużył. Szkoda, że zajął czwarte miejsce.

Co pan myślał wchodząc na podium?

- Że to jest spełnienie mojej długiej kariery. Zastanawiałem się dlaczego Najwyższy pozwolił mi po 12 latach w ciągu 11 miesięcy stanąć na najwyższym stopniu podium: na mistrzostwach świata w Stuttgarcie, potem na mistrzostwach Europy w Lozannie, a teraz w Pekinie na igrzyskach. Zdałem sobie sprawę, że jestem szczęśliwy, ale nawet nie ze względu na siebie. Ja sam ze sobą byłbym zadowolony nawet z brązu. Cieszyłem się, że mogłem dać tyle frajdy rodzinie, polskim kibicom, przyjaciołom. Ja już tak jakoś mam, że nie lubię zawodzić innych ludzi. To złoto jest dla was!

Mówił pan, że Najwyższy patrzył na pana łaskawym okiem z góry. Wie pan dlaczego?

- Jego trzeba pytać.

Anna Jesień w finale 400 m przez płotki »

Dzień wcześniej wioślarze powiedzieli, że trzy mistrzostwa świata są nic nie warte przy jednym olimpijskim złocie.

- Rozmawiałam z Adasiem Korolem parę miesięcy temu i powiedziałem mu, że trzeba być cierpliwym. Że jak ciężko pracujesz, to medal w końcu przyjdzie. I przyszedł. Do nich, i do mnie też. Wioślarze w niedzielę wieczorem odlecieli już do Polski, ale przed odjazdem z polskiej wioski w Pekinie zostawili mi na kartce parę słów otuchy. Dzięki.

Cztery lata temu był pan w ścisłej czołówce światowej skoku, miał szansę na medal, ale nie pojechał na igrzyska do Aten przez niesprawiedliwy system kwalifikacji, który faworyzował wieloboistów. Czuje pan teraz satysfakcję?

- Taką malutką. Nie było we mnie chęci rewanżu. Zazwyczaj było u mnie tak, że zdobywałem medale na MŚ czy Europy raz na dwa lata. Nie mogłem utrzymać równej formy. Teraz po raz pierwszy mi się udało.

Ile to kosztuje pracy zdobyć złoto olimpijskie?

- Jakieś 500, może 700 skoków rocznie. Pięć godzin na treningu sześć dni w tygodniu.

Polacy zaczęli te igrzyska słabo. Teraz medale się posypały.

- W wiosce mieszkam w jednym mieszkaniu razem z Szymkiem Kołeckim, więc już trochę wiem o atmosferze medalowej. Fajnie, że są medale. Sądzę, że będzie ich więcej niż 10.

Złoto MŚ, złoto ME, złoto na igrzyskach. Co dalej?

- W przyszłym roku zacznę się żegnać ze sportem. Mistrzostwa świata w 2007 r. i Europy w 2008 r. były moimi ostatnimi dużymi imprezami, na których startowałem. W 2009 r. pojadę na kilka Pucharów Świata, a rok później oficjalnie kończę karierę.

Czyli do Londynu już pan nie pojedzie?

- To 2012 rok. W 2010 r. olimpiada jest w Vancouver. Kto wie, tam też skaczą...