Marcin Dołęga czwarty

Mierzący w złoto Marcin Dołęga podźwignął w dwuboju 420 kg. Do medalu zabrakło mu 70 gram. Tyle waży 25 piłeczek pingpongowych
Polak uchodził za absolutnego pewniaka do podium. Bój o najwyższy stopień miał stoczyć z Białorusinem Andriejem Aramnauem. Najgroźniejszy przeciwnik czaił się ponoć w jego własnej głowie. Fachowcy zastanawiali się, czy człowiek, któremu medal zawieszono na szyi jeszcze przed wylotem do Pekinu, wytrzyma presję. Na ubiegłorocznych mistrzostwach świata spalił wszystkie trzy próby w rwaniu.

Teraz tylko zaczął jak wielki czempion. Na początek zaordynował 200 kg, ciut więcej niż rekord świata. Z czasem zmienił zdanie. Wyrwał sztangę pięć kilo lżejszą.

Najpierw przespacerował się wzdłuż pomostu, ryknął, długo układał dłonie na gryfie. - Już z tą próbą miał kłopoty - opowiadał mistrz olimpijski Zygmunt Smalcerz. - Kiedy jest w formie, widać u niego lekkość. Dlatego później przedobrzył, chciał zbyt wiele. Gdyby grał bezpiecznie, walczył o jakikolwiek medal, to by go miał. On szedł po złoto.

Smalcerz miał na myśli drugie i trzecie podejście. W drugim Dołęga miał nad głową 200 kg, z trybun usłyszał już nawet polskie brawa, ale sztangi nie utrzymał. I za chwilę zażądał 201 kg. I tę próbę spalił.

- Sugerowałem, by dźwigał 197 kg - rozkładał ręce Smalcerz. - Igrzyska to nie czas na bicie rekordów, tutaj trzeba zbierać kilogramy. Niestety, nie mam pełnej władzy. Jak zawodnik się upiera, to dajemy mu szansę. Zakładamy, że zna siebie lepiej, choć ja podświadomie mu nie dowierzałem, spodziewałem się niedobrego. Już na początku zażyczył sobie ogromnego ciężaru, choć prosiłem, by działać spokojnie i rozważnie, przypominałem, że mamy czas. Trochę był z nim urtudniony kontakt, zabrakło mu realistycznego podejścia do swoich możliwości. A kiedy Marcin zorientował się, że musi walczyć choćby o brąz, zrobiło się za późno.

Szymon Kołecki, wicemistrz olimpijski z niedzieli, który osiem lat temu w Sydney ze wstrętem patrzył na wywalczone srebro, miał inne zdanie. - Marcin nie popełnił żadnego taktycznego błędu - powiedział. - Ja też bym podszedł do 201 kg, w ogóle powtórzyłbym wszystkie jego ruchy. Są takie rzeczy w sporcie, które po prostu musisz zrobić. Zawsze walczy się o zwycięstwo. Inne medale są tylko słodzikiem dołożonym do bólu, który czujesz dlatego, że przegrałeś złoto.

Polak grał ambitnie, bo jego największy rywal okazał się nieludzko mocny. 20-letni Aramnau wygląda, jakby był sztangistą z genetycznego rozdania. Mu króciutki tułów, króciutkie ręce. Chwycona przez niego sztanga ma króciutką drogę do przebycia, by znaleźć się nad jego głową. W poniedziałek poprawiał ją sobie niemal od niechcenia - trzymając na wysokości barków - jakby układał krawat. Białorusin ustanowił rekordy świata w rwaniu (200 kg), w podrzucie (236) i dwuboju.

Już po rwaniu wydźwigał pięć kg przewagi nad Dołęgą. Polak znów podniósł tylko pierwszy ciężar. Dwie ostatnie próby spalił. I spoglądał, jak ścigają go ci, którzy mieli się nie liczyć - Rosjanie Dmitrij Kłokow i Dmitrij Łapikow.

- Tak mnie z nóg ścięło... Nie mam nic na wytłumaczenie. Nic - wzdychał zrozpaczony Polak. - Może co najwyżej tyle, że przez uraz operowanego kolana nie potrenowałem jak chciałem. Przed podrzutem już na rozgrzewce czułem się katastrofalnie, modliłem się, by zaliczyć cokolwiek. Kontuzja pewnie też miała jakieś znaczenie. Adrenalina zagłusza ból, w trakcie zawodów go nie czujesz, ale nogi miałem jak z waty. Wysyłały sygnały, że kolano nie daje rady - opowiadał Dołęga.

Nie tylko on cierpiał. Chyba nigdzie slogan "sport to zdrowie" nie brzmi tak groteskowo jak przy pomoście. - Spokojnie, proszę się nie obawiać, lekarz jest w pobliżu - powtarza w Pekinie spiker, zwłaszcza w niższych kategoriach wagowych, gdy kolejny sztangista po nieudanej - albo i udanej - próbie chwyta się za którąś kończynę. - Nic się nie stało, wszystko będzie w porządku - słyszymy po chwili, choć widzimy co innego. Np. grupkę Chińczyków, którzy wskakują na pomost, stają wokół leżącego zawodnika i otaczają go tabliczkami z godłem pekińskich igrzysk. Zupełnie jakby ukrywali rozrzucone członki, które trzeba naprędce posklejać. Bo sztangista w każdej próbie ryzykuje zdrowiem.

- Jestem pewien, że i uraz Marcina miał znaczenie, moje kłopoty nie były niczym przy jego - mówił Kołecki, który sprawiał wrażenie nie mniej zdruzgotanego niż przegrany kolega. - Ostatnie tygodnie to były punkcje, ściąganie wody z kolana, blokady. Pewnie sam by nie zliczył, ile razy go nakłuwali. Przecież 200 kg to nie jest dla niego duży ciężar! Siedem na dziesięć razy go wyrwie! Ale mi żal... Ale żal... - wzdychał Kołecki.

Dołęga przegrał brąz z Łapikowem, bo jest od niego 70 gram cięższy. Na ostatnich mistrzostwach Polski uzyskał w dwuboju - startując w wyższej kategorii - ten sam wynik, który dał złoto Aramnauowi.