Sport.pl

Szymon Kołecki wicemistrzem! "Sześć tygodni temu byłem zerem"

Osiem lat temu w Sydney srebro było kolorem rozpaczy, w niedzielę oznaczało cudowny triumf nad przeciwnościami losu. Szymon Kołecki po raz drugi wicemistrzem olimpijskim
Polak trzymał nad głową ważącą 224 kg sztangę dłużej niż ktokolwiek inny tego wieczoru na pomoście, jakby obleciał go strach, że sędziowie będą mieli wątpliwości, czy rzeczywiście jest aż tak silny.

Gdy szarpnął za 228 kg i nie dał rady, oparł się o sztangę. Znieruchomiał, tym razem chyba najdłużej ze wszystkich nie schodził z pomostu. Wiedział już, że przeciwnicy się wykruszyli i medalu nie straci, ale chyba nie całkiem godził się z oddaniem złota.

- Musiałem spróbować wygrać. Powiedziałem sobie przed zawodami, że jedno podejście zostawiam sobie na zapas, że jak będzie trzeba, to chwycę nawet 240. Że bez względu na ciężar przynajmniej spróbuję. 228 było do wzięcia, ale zarzuciło mnie na pięty. I w siadzie oczywiście od razu mnie zaćmiło. Jak zaczynałem wstawać, to z każdym ułamkiem sekundy słabłem - opowiadał.

Sześć tygodni temu byłem zerem

Kołecki to sportowiec w naszym kraju najrzadszego gatunku. Zawsze nienawidził drugich miejsc, nazywał je z obrzydzeniem klęskami, bywał po nich wściekle samokrytyczny. Jak w 2000 roku w Sydney, kiedy czuł nad wszystkimi rywalami ogromną wyższość, lecz zajął drugie miejsce. Coś chrupnęło w lewej nodze, spalił podejście, poszedł do szatni. Popłakał się. Srebrny medal zerwał ze złością z szyi tuż po dekoracji.

- Nigdy nie będę się z niego cieszył. Nigdy go nie polubię, bo nie w walce go zdobyłem - mówił sztangista wówczas niespełna 20-letni. - Owszem, uwzględniałem porażkę, ale do głowy mi nie przyszło, że w taki sposób. Wolałbym, żeby rywale okazali się lepsi. A oni dzisiaj wszyscy byli słabi. Znam siebie, nie mogłem przegrać inaczej niż przez kontuzję.

Teraz po dekoracji był rozanielony. Srebro smakuje inaczej, gdy zawieszają ci je trzy lata po operacji kręgosłupa, o której lekarze mówią: po czymś takim nie wraca się do sportu. Gdy tuż przed igrzyskami znów dopada cię kontuzja - naderwą się przyczepy, porobią zwapnienia, utworzą blizny.

Dwaj przeciwnicy wydawali się nie do pokonania. Kazach Ilja Ilin przez dwa lata ćwiczył gdzieś w odosobnieniu, nie przyjeżdżał na żadne zawody, wszystkie poświęcał dla Pekinu. Azer Nizami Paszajew pokonał już Kołeckiego na mistrzostwach Europy we Władysławowie. Potem tytuł stracił, zdyskwalifikowany za doping. Dlatego też miał sporo czasu, by spokojnie szykować się na igrzyska.

Paszajewa dotknęło w niedzielę to, co Polaka w Sydney. Kontuzja. Spalił dwie próby w rwaniu i dwie w podrzucie. Kiedy z potwornym grymasem na twarzy złapał się za nogę, poczuliśmy ból na trybunach. Po ostatnim nieudanym podejściu zrozpaczony położył się na plecach. W sumie uciułał, bagatela, 396 kg.

Jeden konkurent odpadł, rozszaleli się słabiej rozpoznani. Po rwaniu drugie miejsce zajmował Aszgar Ebrahimi z Iranu.

- Jego się nie bałem - mówił Kołecki. - Któregoś dnia w wiosce, idąc na saunę, zobaczyłem że ćwiczy na sali. Usiadłem, założyłem kaptur na głowę i w ukryciu trochę na niego popatrzyłem. Wiedziałem, że nie ma szans.

Lepszy okazał się tylko Ilin. 20-latek, który przez trzy dni nic nie jadł, by stracić 4 kg wagi, a wczoraj również walczył z samym sobą. Doznał urazu, zrezygnował z ostatniej próby w rwaniu, by przetrwać do podrzutu. Po zawodach powtarzał, że zdaniem lekarza mógł sobie urwać ramię, ale uznał, że za medal warto.

- Myślałem, że Kazach będzie jeszcze mocniejszy - opowiadał Kołecki. - Wystarczy spojrzeć na innych zawodników z jego kraju, na dwie srebrne medalistki, chociaż ich kobiety nigdy żadnego medalu, nawet brązowego poza mistrzostwami Azji, nie zdobyły. Nie tylko Ilja, cała drużyna nie startowała od dwóch lat. Ale nie wolno im zarzucać, że się kryją. Ilja powiedział, że leczył kontuzję, a ja nie mam powodu, by mu nie wierzyć.

- Kazach był oczywiście do ogrania, chociaż... Zdradzę wam, że na treningu najwięcej wyrwałem 165 kg, a podrzuciłem 210. 28 kg mniej niż tutaj. Trenowałem tylko pięć tygodni, sześć tygodni temu byłem zerem. Nie ćwiczyłem, zastanawiałem się, czy w ogóle tutaj przyjadę. Nie blefowałem z kontuzją. Pierwsze, co mnie czeka w Polsce, to operacja kolana. Kolano bolało, cały czas boli, ale co, mam się z tego powodu popłakać? Nie pierwszy raz boli.

Teraz czas na Londyn

Kołecki pokazał też poharataną dłoń, która, jak powiedział, pękła mu przy drugim podejściu. I którą całował po udanych próbach. W dwuboju uzyskał 403 kg. Tyle nie udźwignął od 2001 roku. Zwycięzca podniósł 406 kg.

- Łudziłem się, że na medal wystarczy pięć kilo mniej - wyznał. - Prawdę mówiąc, to zaćmiło mnie już przy 224 kg, różnie to wszystko się mogło skończyć. Nie dałem rady przed samymi igrzyskami nadrobić zaległości. Przez sześć tygodni przed Pekinem podniosłem z 600 ton. Mało, ale musiałem jeździć od lekarza do lekarza, nie było czasu. Ostatnie mocne treningi można przeprowadzić osiem, dziewięć dni przed startem. No, chyba że ktoś stosuje system "bułgarski", wtedy można dźwignąć coś cięższego nawet sześć dni przed. Ja od czasu problemów z kręgosłupem już go nie stosuję. W Pekinie nie jeździłem więc nawet na salę treningową, chodziłem tylko na siłownię w wiosce. W dzień zawodów pierwszy raz w życiu ją opuściłem. Jeszcze nigdy w życiu tak mało nie trenowałem.

Teraz Kołecki jedzie na urlop. Nie wie gdzie, bo po trzech miesiącach poza domem trochę "podecydować o wszystkim musi żona". Czy potem dotrwa do igrzysk w Londynie?

- Jasne, że powinienem dociągnąć. Nie jestem jeszcze taki stary. No i ciągle nie mam złotego medalu - powiedział, uśmiechając się do srebrnego. Wreszcie ten kolor polubił. Może za cztery lata polubi go los i pozwoli choć raz wystartować w pełnym zdrowiu, by Polak mógł wreszcie walczyć tylko z rywalami?

Igrzyska w Pekinie Z czuba i na żywo »

Więcej o: