Ósmy cud świata. Michael Phelps największym olimpijczykiem w historii

Złote dotknięcie Michaela Phelpsa uratowało największą historię igrzysk w Pekinie. W sobotę Amerykanin zdobył siódmy tytuł olimpijskiego mistrza, wyrównał rekord Marka Spitza i zdobył 1 mln dolarów, dzięki dłuższym paznokciom niż Milorad Cavić. W niedzielę dołożył ósme złoto
Phelps i Spitz : Porównanie pływackich legend »

Ludzie w Wodnej Kostce trzymali się za głowy, gdy w ostatnim starcie Phelpsa, w sztafecie 4x100 zmiennym do wody na ostatniej zmianie wskakiwał Jason Lezak. To on powiedział dzień wcześniej: - Micheal będzie miał ósme złoto, choćbyśmy go mieli ciągnąć za sobą linami.

I znów - po sztafecie 4x100 m - jemu przyszło ratować kolegę.

Musiał obronić pozycję przed atakiem jednego z dwóch najlepszych sprinterów świata Australijczyka Eamona Sullivana. Wtedy już nikt nie siedział, właśnie wtedy część kibiców w napiętych gestach trzymało się za głowy - w tym Kobe Byant. Dystans się zmniejszał, ale Lezak się wybronił. Amerykańska sztafeta pobiła rekord świata, a Phelps ósme złoto. Pobił Spitza, który w NBC powiedział o jego wyczynie jedno słowo: "Epic".

Phelps wymazał jego rekord. Stał się największym olimpijczykiem - ma na koncie nie tylko osiem złotych medali z Pekinu, ale też sześć złotych z Aten. Czyli najwięcej triumfów ze wszystkich w ponad stuletniej historii igrzysk nowożytnych. I dlaczego on nosi koszulkę z napisem: "I'm from Earth". To nieprawda.

W sumie wszystkich medali olimpijskich ma teraz 16. O dwa więcej ma Łarisa Łatynina z ZSRR. Nie podejrzewam jednak, aby o tym myślał, kiedy po dekoracji, przedzierając się przez gąszcz fotoreporterów, wspinał się do mamy czekającej na niego na trybunach.

Phelps krok od miliona dolarów premii »

Jeden paznokieć od wielkości

Sztafeta 4x100 m właściwie powinna być formalnością, bo Amerykanie jeszcze nigdy na ważnych zawodach jej nie przegrali. Chyba, że sami sobie zaszkodzili falstartem jak w Melbourne w mistrzostwach świata rok temu. Falstart zrobił wtedy Ian Crocker. Wczoraj tego rekordzisty świata na 100 m delfinem w składzie sztafety nie było.

Najtrudniejszym w wielkim olimpijskim zadaniu Phelpsa miał być sobotni wyścig na 100 m delfinem. I rzeczywiście był. Niektórzy przez lata będą przekonani, że tego zadania nie udało mu się wykonać.

Przeciwnikiem, przysparzającym mu najwięcej kłopotów, powinien być jego rodak Ian Crocker, rekordzista świata. Ale okazało się, że do zabawy w wodzie włączył się Serb Milorad Cavić. Wspaniały motyl-sprinter znany jest szerzej z zamieszania, jakiego narobił podczas mistrzostw Europy w Eindhoven. Wyszedł wtedy na dekorację w koszulce z napisem "Kosowo to Serbia".

Już przed startem po Phelpsie widać było zmęczenie maratonem, jaki sobie zaserwował. Miał to być jego 16. wyścig i dłużej niż zazwyczaj rozciągał się, machał ramionami szukając energii przed skokiem. A jak już wskoczył, okazało się, że energii na początku ma jednak mniej niż zwykle.

Na nawrocie był dopiero siódmy. Dziennikarze zerwali się z miejsc, powstał nieopisany zgiełk. - Nie da rady! Już po nim! - krzyczeli telewizyjni komentatorzy.

Phelps jednak jakimś cudem zebrał się do jeszcze jednej, ostatniej samotnej walki.

Połykał przestrzeń i dogonił Australijczyka Andrewa Leutersteina oraz Crockera. Z przodu płynął jeszcze Cavić. Ostatnie metry tego wyścigu są zdumiewające.

Cavić wyciąga się w końcowym ruchu jak struna i ślizga się pod wodą w kierunku ściany.

Phelps w tym czasie po raz ostatni przerzuca błyskawicznym ruchem ramiona nad wodą.

Kto pierwszy dotknął ściany? - Musiałem zdjąć okularki, żeby upewnić się, czy to przy moim nazwisku jest numer 1 - powiedział później Phelps.

Dla Phelpsa różnica między siódmym niebem a brakiem siódmego złota wyniosła 0,01 s, czyli niecałe dwa centymetry! Na tablicy wyników miał najlepszy czas w najmniejszym możliwą różnicą w pływaniu.

Ale na trybunach w to nie uwierzono. Phelps widniał jako zwycięzca, na telebimie wyglądało na to, że wygrał Cavić.

Pierwsze pytanie serbskiego dziennikarza do Cavicia brzmiało: - Jak się czuje człowiek, który jako jedyny pokonał słynnego Phelpsa. - O tym, czy pierwszy jest Phelps czy ja mogło zaważyć cokolwiek. Na przykład poranne obcięcie paznokci - powiedział Cavić.

Serbowie złożyli protest, a pozostali wymieniali się opiniami. Przeważała spiskowa teoria: Phelps jest sponsorowany przez Omegę, dostarczającą sprzęt pomiarowy, kochają go szefowie międzynarodowej federacji za pozycję super-gwiazdy igrzysk, a amerykańska telewizja NBC chce tego złota. Słowem, zbyt wielu siłom zależało na sukcesie pływaka.

Nieliczni pukali się w głowę - czas mierzą automatycznie dwa równoległe systemy. Cavicia ręce widać w powtórkach wyraźnie, Phelpsa niewyraźnie, w wodnej pianie, i stąd problem.

FINA i Omega nie ułatwiały rzetelnej analizy zdarzenia. Nie pokazały dziennikarzom zdjęć podwodnych, choć nimi dysponują. - Pokazaliśmy je Serbom i wycofali protest. Nie mamy zwyczaju upowszechniać takich zdjęć - mówił dziennikarzom szef zawodów Kenijczyk Ben Ekumbo. - Było za szybko, aby to zobaczyć - mówił Phelps o różnicy na mecie. I Cavic się z nim zgodził.

Oko ludzkie i telewizor też by się zgodzili - rejestrują obraz o częstotliwości od 25 do 50 klatek na sekundę.

Phelps i Spitz

Michael Phelps pobił rekord Marka Spitza. Stał się wzorcem z Serves dla pływania. Ale czy porównywanie Spitza i Phelpsa w ogóle ma sens?

Gdy spojrzeć na zdjęcia obu pływaków, widać, że reprezentują dwa różne światy.

Wąsaty Spitz w swoich kąpielówkach, pływając bez czepka i okularków byłby dziś 55. na 200 m dowolnym z 58 biorących udział w zawodach w Pekinie. Na 200 m st. dowolnym straciłby do Phelpsa 17 metrów, a najgroźniejszy jego rywal we wszystkich czterech indywidualnych konkurencjach w Monachium był o 3,5 metra za nim. Phelpsa najgroźniejszy rywal - 2 cm.

Mimo to, w siedmiu swoich startach w 1972 roku Spitz pobił siedem rekordów świata. Phelps siedem na osiem startów.

Już to, że w sobotę Phelps zapewnił sobie nagrodę, jaką wyznaczyła firma Speedo za wyrównanie rekordu Spitza mówi o tym, jak bardzo różnią się te dwa sporty.

Pływanie w latach siedemdziesiątych raczkowało. Dr Manfred Hoeppner dopiero zaczynał w NRD swój wielki program.

Dziś w pływaniu panuje wyższa technologia produkowania najszybszych. Trzeba mieć materiał wyjściowy najwyższej jakości i przeprowadzić ze znawstwem wieloletni proces produkcji. Dziś inżynierowie w kanałach wodno-dynamicznych badają się opływowość zawodnika, czterdziestoma podwodnymi kamerami sprawdzają i poprawiają technikę w ośrodku pływackim w Colorado Springs, poddają go odpowiedniej obróbce fizjologicznej ściśle powiązanej z diagnozami sztabu lekarzy, takich jak amerykański fizjolog Gienadijus Sokolovas. Wreszcie wciskają w strój, który zmienia geometrię ciała, choć akurat Phelps jest tutaj wyjątkiem - pływa w spodniach, a nie w osławionym kostiumie LZR.

Nawet jeśli ten wpływ technologii zmieni pływanie nieodwracalnie, niezmienne w tym sporcie są pasja, poświęcenie, wiara we własne możliwości i wiara trenera w możliwości zawodnika.

W sobotę na konferencji prasowej po wyrównaniu rekordu Spitza, wzruszony własnym wyczynem Phelps mówił: - Mój przykład pokazuje, że wszystko może się spełnić, bez względu na to, o jak odległych celach człowiek zamarzy. Trzeba stawiać sobie marzenia tak wielkie, na ile starcza wyobraźni. Przecież niektórzy mówili, że to, co zrobiłem, w dzisiejszych czasach jest niemożliwe. Mój trener jest człowiekiem, który pomógł mi wyobrażać sobie wielkie cele. Owszem, chciałem być sportowcem, zanim go poznałem. Owszem, i wcześniej chciałem zdobyć medale olimpijskie, ale on pierwszy mi powiedział, abym nie bał się wielkich celów. Mówił: "Marz tak ogromnie jak tylko potrafisz".

Phelps wygrał wszystko! Ósmy złoty medal ! »