Chinki nadal nietykalne dla Polek

Polskie siatkarki znów przegrały 1:3, tym razem z mistrzyniami olimpijskimi Chinkami, ale zostawiły wrażenie drużyny, która nie podda się w Pekinie do ostatniej piłki
Dzyzga: Mecz niewykorzystanej szansy »

Dlczego Polki przegrały z Chinkami? »

Gdyby Polki miały w środę zagrać tak, jak na początku spotkania z Chinami, byłyby murowanymi faworytkami. Problem w tym, że znów, podobnie jak w inauguracji, mocy wystarczyło na ledwie jednego seta. Drugi oddały już niemal bez walki. Przegrały do 15. - Rzecz nie w tym, że brakuje im sił - tłumaczył włoski selekcjoner. - Zaczyna się świetnie, bo mamy precyzyjny plan gry, one go wykonują i wszystko działa, jak należy. Z czasem jednak, po kilku błędach i w rosnącym stresie, tracą głowy i już się nie kontrolują.

Pierwszy set rzeczywiście wyglądał wyśmienicie. Katarzyna Skowrońska, która po inauguracji sama sobie wystawiła bardzo surową opinię za uderzającą nieskuteczność, tym razem hulała na obu skrzydłach, najmocniejsze ciosy zadając atakami ze środka z drugiej linii. A Chinki, chyba nieco spięte i speszone presją kibiców, długo organizowały akcje dość wolno i dość przewidywalnie. Zdawały się kompletnie zagubione.

Skowrońskiej szło rewelacyjnie. Zbyt dobrze, by uwierzyć, że utrzyma precyzję bliską perfekcji po ostatnią akcję. I rzeczywiście, kiedy w drugiej partii wybijała się nad siatkę i brała zamach, Chinki już na nią czekały. Kilkakrotnie ją zatrzymały i atakująca Asystel Novara niemal zniknęła z boiska. Odrodziła się dopiero w ostatnim secie. I znów zbijała świetnie, zwłaszcza z drugiej linii.

Kiedy zapadła w odrętwienie, wyręczała ją Małgorzata Glinka. Właściwie tylko ona. To uderzająca wada tej reprezentacji - obie wymienione liderki dostały od rozgrywającej Mileny Sadurek piłkę aż w 98 na 153 atakach. Annę Podolec boli bark, więc grę trzeba jej ostrożnie dawkować, rezerwowe skrzydłowe albo spisują się kiepsko (Barańska) albo zbyt późno nie wchodzą na parkiet (Milena Rosner, Bonitta przyznał się do błędu).

Co jednak pocieszające, Polki w żadnym momencie nie rezygnują i nie podłamują się kryzysami. W poniedziałkowym meczu jeszcze w ostatnim secie potrafiły w nieskończoność przedłużać akcje, wielokrotnie podbijając piłkę mocno ścinaną przez Chinki, które nie miały prawa do samego końca czuć się pewne siebie. Niestety, w końcówce Polki pomyliły się kardynalnie - najpierw dobrze wcześniej grająca Mariola Zenik nie odebrała serwisu (ale piłkę zasłoniły jej partnerki), chwilę potem w ataku pomyliła się Liktoras. z 22:20 zrobiło się 22:25! - Dlaczego tak się stało? To oczywiste. Nie przywykły do gry na tak wysokim poziomie - komentował Bonitta, choć obie siatkarki są mistrzyniami Europy.

Niestety, inne kontynenty wciąż pozostają dla nich terytorium niemal nietkniętym. Z Chinkami wygrały zaledwie jeden z ostatnich dziesięciu meczów, licząc dorobek od 2003 roku, w którym zdobyły mistrzostwo Europy. - Teraz powtórzę im, co mówiłem w sobotę. By zachowały spokój. Kubanki, z którymi przegraliśmy, są pewnymi finalistkami, a teraz niewiele brakowało, byśmy doprowadzili do tie-breaka z zespołem niewiele słabszym - mówił Bonitta.

W środę czas na mecz z Japonią, najlepiej zdaniem selekcjonera broniącej drużyny świata, ale jeśli ambicje siatkarek wciąż sięgają wysoko, powinny myśleć, by pokonać jeszcze Wenezuelę (zdecydowanie najsłabszą w grupie) oraz Amerykanki. Wszystko po to, by uniknąć czwartego miejsca w grupie, bo wówczas Polki wpadną w ćwierćfinale na niesamowite Brazylijki. One uchodziły za faworytki już przed turniejem, ale w Pekinie grają wręcz zdumiewająco, jakby planowały globalną hegemonię w stylu swoich kolegów z męskiej reprezentacji. Na razie w dwóch meczach nie straciły nawet seta, w najniżej wygranym oddając ledwie 16 punktów! A wczoraj mierzyły się z mistrzyniami świata Rosjankami...

Drzyzga: O zwycięstwie siatkarzy zadecydowało doświadczenie »