Sport.pl

Medale olimpijskie w foliowym woreczku

Polskie siatkarki po 40 latach wyjechały na igrzyska. - Dobrze, by się stało, gdyby nasze zawodniczki choć na jeden dzień przeniosły się w czasy, gdy ja musiałam startować. To byłaby dobra lekcja - uważa pochodząca z Sosnowca Krystyna Czajkowska-Rawska, jedna z najlepszych zawodniczek w historii polskiej siatkówki.
Czajkowska to jedna z najlepszych polskich siatkarek. Zdobyła dwa medale olimpijskie, jest wielokrotną medalistką mistrzostw świata i Europy. W Polsce jako zawodniczka, a potem trenerka zdobyła kilkanaście tytułów mistrza Polski. Dziś organizuje coroczne spotkania koleżanek z "brązowej" reprezentacji z Tokio i Meksyku..

Piotr Płatek: Urodziła się Pani w 1936 roku. To był rok olimpijski. Igrzyska odbywały się w Berlinie pod okiem Hitlera...

Krystyna Czajkowska-Rawska: Urodziłam się w kwietniu, trzy miesiące później rozpoczęły się tamte sławne igrzyska w Niemczech. W mojej rodzinie nie było tradycji sportowych - tata był murarzem, mama pracowała w spółdzielni artystycznej. Miałam za to bogate tradycje niepodległościowe - dziadek Michał był powstańcem styczniowym, potem trafił na Sybir. List wysłany przez niego z Krasnojarska to jedna z moich najcenniejszych pamiątek.

W 1940 roku igrzyska miały odbyć się w Helsinkach, ale wojna udaremniła te plany..

- W moim życiu wojna też wiele zmieniła. Urodziłam się na ulicy Pięknej w Sosnowcu, jednak w czasie okupacji Niemcy nas stamtąd wyrzucili, szykowali się do likwidacji getta, które było obok. W pobliżu nas były też takie doły, w których często odbywały się egzekucje. Kiedy ojca aresztowali w jakiejś łapance, chodziliśmy sprawdzać, czy gdzieś tam nie leży. Po dziś dzień śnią mi się czasem straszne koszmary o wojnie. Na szczęście ojca wtedy zwolnili, ale dobrze zapamiętałam jego posiniaczone z pobicia plecy.

Przez wojnę nie odbyły się także następne igrzyska. Te zaplanowane na 1944 rok w Londynie. Co się wtedy działo w Pani życiu?

- Zaczął pojawiać się sport. Początkowo było to tylko ganianie z chłopakami na podwórku za szmacianką. Powoli zdobywałam też zaprawę i kondycję pod przyszłe sukcesy. Tata zawsze mi mówił, że jak się nie będę uczyć, to będę pchać wózki z węglem. Uczyłam się zatem pilnie, ale jednocześnie pomagałam w domu. Nosiłam wodę, rąbałam drewno, paliłam w piecu. To była normalka. Tak zdobywałam krzepę.

Siatkarską pasją zaraziła mnie Aurelia Konieczna, nauczycielka w sosnowieckim Gimnazjum imienia Królowej Jadwigi. Potem ta szkoła została przemianowana na Kolejowe Technikum Ekonomiczne, którego byłam jedną z pierwszych absolwentek. Gdyby nie seria przypadków, pewnie zostałabym pracownicą kolei. Przez pewien czas pracowałam nawet w kasie dworca PKP w Sosnowcu, a potem dostałam nakaz pracy w Chorzowie w Kolejowych Zakładach Gastronomicznych.

W 1952 roku igrzyska odbyły się w Helsinkach. Pani była wtedy szesnastolatką i wciąż jeszcze nie grała na poważnie w siatkówkę?

- Moja mama we wspomnianej spółdzielni artystycznej w Katowicach pracowała z panią, która nazywała się Lusia Czech, a po robocie była siatkarką Górnika Katowice. To ona wymyśliła, bym przyszła do ich klubu. Wiedziała, że jestem wysoka - 172 cm; w tamtych czasach wśród kobiet wyróżniałam się wzrostem. Ciągle suszyła mamie głowę: "Taka wysoka ta twoja córka, puść ją na trening". No i w końcu zostałam zawodniczką Górnika.

To była chyba zupełnie inna siatkówka niż obecnie?

- Piłka i siatka były jak teraz, ale cała reszta wyglądała zupełnie inaczej. W zespole wszystkie dziewczyny pracowały bądź się uczyły. Jedna była księgową, inna pracowała w cukierni, jeszcze inna była matematyczką w szkole, a kolejna konduktorką w tramwaju.

Graliśmy na otwartym boisku. Po meczach wyglądałyśmy strasznie - brudne koszulki, krwawiące kolana. Nie było wtedy żadnych ochraniaczy czy nakolanników. Kolana miałam niesamowicie poobijane, strup przy strupie. Kiedyś jechałam w pociągu, miałam krótką spódniczkę. Jeden pan na mnie spojrzał, chwycił się za głowę i mówi: "Czy pani była może na jakiejś wojnie?".

W 1956 roku igrzyska odbyły się w Melbourne.

- Ja wtedy zaczynałam właśnie marzyć o olimpijskim występie. Po kilkuletniej grze w Katowicach, zostałam studentką AWF-u w Warszawie. Miałam już nakaz pracy w Chorzowie w administracji kolejowej, ale wtedy nieoczekiwanie dostałam telegram. "Proszę zgłosić się na studia". Zawdzięczam to pani Tatianie Gradowskiej z uczelni, która wysłała ten telegram i załatwiła, bym zdawała egzaminy zaocznie.

Przede mną była kariera w... szermierce. Zapowiadałam się na dobrą florecistkę. Słynny trener Janos Kevey tak powiedział: "Dziewczyna, ty robić szermierka. Nie siatkówka".

Ostatecznie wybrałam jednak siatkówkę. Dostałam się do drużyny akademiczek, a to było wtedy jak gra w reprezentacji, bo AZS miał niesamowicie silny skład i świetne zawodniczki w szeregach. Kilka najlepszych jednak odeszło na urlopy macierzyńskie, a na zwolnione miejsce weszłam ja, czyli "Czajka". W barwach ekipy z Warszawy grałam przez jedenaście lat, zdobyłam dziesięć medali. Osiem to były medale złote!

W Rzymie w 1960 roku Polacy zdobyli cztery złote medale, w sumie 21 krążków. Znowu nie mieliśmy jednak w tym gronie przedstawicieli gier zespołowych.

- Grałam już wtedy w reprezentacji. Dwa lata wcześniej wywalczyliśmy w Pradze brązowy medal mistrzostw Europy, mieliśmy też na koncie akademickie mistrzostwo świata. Na olimpiadzie nas jednak zabrakło.

Jednocześnie co jakiś czas przypominaliśmy sobie, w jakim kraju żyjemy. Wystarczył jednak nic nieznaczący gest, jakaś rozmowa i cała kariera mogła lec w gruzach.

Kiedy grałam jakiś mecz w Wiedniu jakiś nieznajomy mężczyzna wołał mnie z trybun i zapowiedział, że będzie czekał na mnie po meczu. Myślałam, że to jakiś krewny. Jego zawołanie usłyszeli pewni nieznani mi panowie. To oni podeszli do mnie po meczu i wyjaśnili, bym nie ważyła się wybierać na spotkanie z mężczyzną z trybun. Wyjaśnili mi, że może chodzić o zachęcanie mnie do pozostania na Zachodzie i już do końca wyjazdu nie odstępowali na krok. Ja nie miałam jednak żadnych planów "ucieczki".

W 1964 roku wreszcie polskie siatkarki się doczekały. Polki znalazły się na olimpiadzie w Tokio!

- To było wielkie wydarzenie. Nie musiałyśmy rozgrywać żadnych kwalifikacji, Igrzyska przysługiwały nam jako wicemistrzyniom Europy. Turniej był bardzo wyczerpujący, dużo podróżowałyśmy. Zdarzało się, żeby zdążyć na trening czy jakiś mecz, japońscy policjanci eskortowali nas na sygnale. Podczas prezentacji przed meczem z Rosjankami trybuny nagle się ożywiły, tysiące Japończyków poruszyło się. W hali zjawił się dwór cesarski. Nigdy nie zapomnę jak pięknie się pokłoniłyśmy przed cesarzem i jego świtą. Naszyjnik z Tokio, olimpijskie kółka wykonane ze specjalnego drutu, wciąż wisi u mnie na ścianie. Zdobyłyśmy wtedy brązowe medale i to był olbrzymi sukces.

Jak wyglądał Wasz sztab szkoleniowy?

- Jaki sztab? Mieliśmy trenera, ale nie było tak jak teraz, że był cały wieloosobowy sztab. Nie było mowy o masażystach czy fizjoterapeutach. Kiedy pojawiał się ból czy skurcze, same wzajemnie sobie pomagałyśmy - wcierałyśmy sobie maść ze żmij, robiłyśmy masaże.

Cztery lata później znowu pojechała pani na olimpiadę. Tym razem do Meksyku...

- Nim to nastąpiło zaczęły się niesamowicie trudne przygotowania na wysokościach, które miały nas przyzwyczajać do warunków w Meksyku. W Armenii zastaliśmy tylko wielkie przestrzenie pełne traw i gór. Do ośrodka przygotowań olimpijskich dojechałyśmy zdezelowaną ciężarówką. Poza trenowaniem nie było tam nic do roboty w wolnym czasie. Na szczęście zabrałam swój magnetofon szpulowy, tzw. sieczkarnię. Dzięki koleżankom koszykarkom miałam pokaźny zestaw płyt. W Armenii urządzałyśmy sobie potańcówki z zapaśnikami sztangistami, którzy też tam wtedy byli. Sięgali nam do pasa, ale tancerzami byli bardzo dobrymi. W ramach przygotowań byłyśmy też w Zakopanem, po szczytach ganiałyśmy jak owieczki, taternicy szli na wspinaczkę, a myśmy ich po drodze mijały. Płakałyśmy ze zmęczenia. To był okrutny wysiłek.

W Meksyku jednak znowu zdobyłyście brązowe medale...

- Przed tymi igrzyskami po raz pierwszy wprowadzono badania płci. Z kilku reprezentacji odpadło parę zawodniczek. Niektóre Koreanki z ich kadry wyglądały na solidnie zbudowane, gdy jedna huknęła piłką, miałam opuchniętą rękę. One zwykle nic nie mówiły, kiedyś podsłuchałyśmy je jednak i do naszych uszu dotarł solidny bas. Na samej olimpiadzie znowu udało nam się stanąć na podium. Oba olimpijskie medale to dla mnie niezwykła pamiątka. Przechowuję je pieczołowicie w foliowym woreczku pod telewizorem. To mój skarb.

A w nagrodę dostałam wtedy równowartość 13 dolarów...

Potem były kolejne olimpiady: Monachium, Montreal, Moskwa, Los Angeles. A co się działo w Pani życiu?

- Te wydarzenia śledziłam już z ekranu telewizora. O nas wszyscy już zapomnieli, ostatnie odznaczenie państwowe dostałam w 1968 roku. Nigdy nie chciałam łapać dwóch srok za ogon, więc najpierw poświęciłam się karierze sportowej, a gdy tam już swoje zdziałałam - postawiłam wszystko na życie rodzinne. Mój mąż Wojciech jest lekarzem, poznaliśmy się w przychodni, gdy przyszłam założyć opatrunek. Rok po olimpiadzie w Meksyku urodził nam się syn Piotr. Pięć lat później na świat przyszedł Łukasz.

Ale do sportu jeszcze Pani wróciła?

- Z mojego rodzinnego Sosnowca przyszli z prośbą działacze tamtejszego Płomienia. Chcieli, bym została trenerką. Po namyśle się zgodziłam. Wydaje mi się, że byłam dla tych zawodniczek katem, ale chyba się przy mnie sporo nauczyły. Płomień przez cztery lata był najlepszym zespołem w Polsce. Pamiętam, że na pierwsze zgrupowanie zespół przyjechał do Makowa, gdzie mieszkałam. Dziewczyny jadały u nas obiady i kolacje. Wracały z marszobiegu po górach, a na stole czekała już na nie jajecznica z 30 jajek na czterech patelniach. Teściowa wspaniale gotowała. Ależ to były czasy.

W kronikach Makowa Podhalańskiego Pani nazwisko pojawia się między kardynałem Dziwiszem a premierem Wincentym Witosem. Dumna jest Pani?

- Wymienieni ludzie byli związani z Makowem, ale kiedy mówię znajomym, że mieszkam w Makowie, to najczęściej słyszę: "A, to ty jesteś z tego miasta Tomka Hajty, piłkarza reprezentacji Polski i Bundesligi". Sam pan widzi, nie ma to jak siła futbolu!

Nasze siatkarki zagrają na olimpiadzie w Pekinie. Czterdzieści lat czekała na to polska siatkówka!

- Wiele z nas się tego nie doczekało. Z medalistek z Tokio i Meksyku pięć dziewczyn już nie żyje. Te, co żyją, dorobiły się swoich dzieci, a potem wnuków. Ja mam ich trójkę. Na tych przykładach widać, że szmat czasu upłynął od tamtej ostatniej olimpiady z polskimi siatkarkami. Ale wreszcie się doczekaliśmy!

Od wielu lat spotykacie się w gronie medalistek z Tokio i Meksyku...

- Te spotkania to nasza tradycja, okazja do rozmów, wspomnień, podtrzymywania przyjaźni. Pierwsze spotkanie było w Krakowie, od tamtego czasu odbyło się już kilkanaście następnych w niemal całej Polsce - pod Gdańskiem, w Warszawie, w Beskidach, a nawet w Bieszczadach.

Przez te czterdzieści lat właściwie o nas zapomniano. Ostatnie odznaczenie państwowe dostałam w 1968 roku, potem niespecjalnie się nami zajmowano. Teraz te nasze siatkarki dokonały wielkiej rzeczy, kibicowałam im, oglądałam wszystkie mecze w telewizji. Im się udało, zagrają na olimpiadzie. Dzięki temu ludzie przypomną sobie też o nas...