Śląska piłka w ekstraklasie: zmiany, nadzieje, rozczarowania, zaskoczenia

Na razie w ekstraklasie jest pięć śląskich drużyn. Wierzymy, że tak zostanie, że już nikt nie będzie majstrować przy składzie ligi, której inauguracja została przesunięta o tydzień. W przerwie letniej dużo się w Bytomiu, Chorzowie, Gliwicach, Wodzisławiu i Zabrzu, działo.

Przeczytaj: Prezes Górnika: gramy o mistrza już w tym sezonie



Kibice sceptycznie nastawieni do roli jaką w ekstraklasie odgrywa śląski futbol powtarzają, że "ilość nie idzie w jakość". Ale wygląda na to, że w tym sezonie pójdzie. Prezes Górnika już zadeklarował, że chce walczyć o mistrzostwo, rewelacją może stać się prężny zespół Ruchu, a dla Odry miejsce poniżej pierwszej ósemki będzie rozczarowaniem. Trochę niedoceniany Piast może zaskoczyć wszystkich, a o Polonię wcale się nie martwimy, że może spaść. W zeszłym sezonie jej gra miała wyglądać fatalnie, w opinii prawie wszystkich była głównym kandydatem do spadku. A pamiętacie jej wyjazdowy mecz z Widzewem? Jego przebieg i wynik dobitnie pokazuje, kto powinien grać w ekstraklasie!

Zabrzański skok w nadprzestrzeń

Największa zmiana: Allianz wreszcie właścicielem Górnika

Po wielu miesiącach oczekiwań, w końcu czerwca potentat ubezpieczeniowy oficjalnie ogłosił, że dokapitalizował klub 8 milionami złotych i będzie miał 65 procent akcji. Jednocześnie Michael Mueller, szef Rady Nadzorczej oznajmił, że klub będzie dysponował rocznym budżetem rzędu 20-25 milionów złotych. Ta suma ma rosnąć w kolejnych latach. To znakomita wiadomość dla klubu, który przez poprzednia dekadę należał do najuboższych pierwszoligowców i z roku na rok niemal cudem utrzymywał się w ekstraklasie.

Zapowiedziano, że przekazane pieniądze zostaną przeznaczone na spłaty zaległych długów oraz transfery. - Spektakularnych zakupów nie planujemy. Chcemy raczej znajdować kolejnych Pazdanów, Madejskich i Zahorskich - uprzedził prezes Ryszard Szuster. Poinformowano jednocześnie o wyborze projektu stadionu, na którym w 2012 Górnik ma świętować mistrzostwo Polski. Obiekt ma pomieścić 31 tysięcy widzów, ma być nowoczesny, a w jego nazwie pojawi się szyld nowego właściciela klubu.

Największa nadzieja: Przemysław Pitry

Zakontraktowany latem snajper rodem z Pszczyny w okresie przygotowawczym strzelił aż osiem goli. Pitrego chwalą trenerzy, kibice, ale i koledzy z zespołu. Podczas środowej prezentacji zespołu Jerzy Brzęczek, kapitan drużyny napastnika z dziewiątką na koszulce, wyrzucał z siebie komplementy. - Należałoby nakreślić drobny liścik do trenera Smudy, dlaczego nie stawiał w Lechu na Przemka. Ten piłkarz znacząco podniesie jakość naszej drużyny. Kibice, będziecie mieli z niego wiele radości - zapowiedział Brzęczek. Pitry ostatni sezon przesiedział głównie na ławce rezerwowych poznańskiego Lecha, teraz ma być asem atutowym Górnika. Zadeklarował: - Mam dość siedzenia na ławie. W Zabrzu chcę grać jak najlepiej, chcę wywalczyć sobie miejsce w składzie, chcę być przydatny dla zespołu.

Największe rozczarowanie: Podwyżka cen karnetów na trybunę krytą

Ta decyzja wywołała krótką wojnę kibiców z władzami klubu. Dość niespodziewanie ceny wejściówek na sezon pod dachem zostały ustanowione na poziomie 1000 złotych. Oburzeni kibice słali listy do mediów, protestacyjne pismo opublikowało stowarzyszenie kibiców. Z listu dwudziestoletniej fanki Górnika do Gazety: "Na pierwsze mecze przy ulicy Roosevelta zaczęłam chodzić, gdy miałam 7 lat (...), niestety ostatnio władze Górnika wymierzyły cios w najważniejszą część klubu, czyli w nas - kibiców. Ogłoszono ceny karnetów na trybunę krytą na sezon 2008/2009, która wynosi 1000 złotych! Z czego wynika, iż obejrzenie jednego meczu będzie nas teraz kosztowało 70 złotych! (...) Niejednokrotnie powtarzano się, że Górnik to kibice, a teraz w ramach podziękowania zadaje się nam cios w plecy".

Klub nie dawał za wygraną i oparł się żądaniom sympatyków. Po długich negocjacjach i kilkutygodniowych naradach w sprawie podwyżki biletów doszło do ugody, klub przyjął większość postulatów kibiców, co do propozycji cen, zmieniono także decyzje w sprawie trybuny krytej. Podzielono ją na trzy sektory - najdroższe karnety kosztują 1000 złotych (to pierwotna cena), ale już w innych miejscach na tej samej trybunie można nabyć wejściówkę na cały sezon za 800, a nawet za 600 złotych. Jednocześnie można kupować połowę tańsze karnety na samą tylko rundę jesienną.

Największe zaskoczenie: szlagier, który się nie odbył

Sparing z Fenerbahce Stambuł miał być szlagierem okresu przygotowawczego. Turcy to piłkarski mocarz, kilka miesięcy wcześniej grali w ćwierćfinałach Ligi Mistrzów, ograli nawet w jednym z meczów Chelsea Londyn. Grają tam m.in. Brazylijczyk Roberto Carlos, kapitan reprezentacji Ghany Stephen Appiah, Serb Mateja Kezman oraz reprezentanci Turcji - Volkan Demirel, Mehmet Aurelio, Kazim Kazim i Semih Sentürk. Od kilkunastu dni trenerem drużyny jest słynny Luis Aragones, który doprowadził Hiszpanów do mistrzostwa Europy. Gdyby ten mecz doszedł do skutku, byłby pewnie jednym z największych szlagierów lata. Ale do meczu ostatecznie nie doszło. Zabrzanie w zamian zagrali z czternastym zespołem ligi rumuńskiej...

Nowy-stary prezes w Wodzisławiu

Największa zmiana: powrót prezesa Ireneusza Serwotki

Tego w Wodzisławiu mało kto się spodziewał. Najdłużej urzędujący prezes wodzisławskiego klubu po roku, czterech miesiącach i dwóch dniach przerwy znowu w nim rządzi. Wcześniej kierował klubem nieprzerwanie przez 4854 dni (od 16 listopada 1993 do 1 marca 2007 r.). Po odejściu skoncentrował się na biznesie, prowadził w Wodzisławiu pub "Warka". Od wyborów w 2006 roku zasiada również w radzie powiatu. Do jego rozbratu z Odrą doszło w niejasnych okolicznościach. Dopiero teraz, po ponownym objęciu stanowiska prezesa zarządu sportowej spółki akcyjnej Serwotka wyznał, że zeszłoroczna rezygnacja wiązała się przede wszystkim z brakiem możliwości znalezienia realnego akcjonariusza dla tworzonej w tamtym czasie spółki. Serwotka nie mógł liczyć na zaangażowanie miasta, a nade wszystko nie godził się na stuprocentowy akcjonariat stowarzyszenia w spółce. Jak sam podkreślał jego wizja ziściła się dopiero teraz, kiedy znalazł się poważny inwestor, chętny do wykupu pakietu akcji spółki. Słynący z twardej ręki prezes od razu zapowiedział gruntowne zmiany w klubie. Zaczął od sprawdzenia finansów po poprzednikach i oszacowania zadłużenia. Znacznie poprawiły się relacje klubu z władzami miasta, a ściślej z prezydentem. Serwotce bardzo zależy na poprawie polityki informacyjnej klubu (nowy, młody rzecznik) oraz jego wizerunku, który w ostatnich latach kojarzył się raczej z ligową bezbarwnością i skromnymi ambicjami sportowymi. Piłkarzom przed nowym sezonem prezes postawił nie lada zadanie - zajęcie miejsca w czołowej ósemce. Zmotywował ich: znacznie podniósł premie za zdobyte punkty.

Największa nadzieja: nowy inwestor

Odra jako jeden z niewielu klubów w ekstraklasie nadal nie posiada sponsora strategicznego. Dlatego z tak wielką euforią i zarazem nadzieją przyjęto w Wodzisławiu informację o wykupie przez rybnicką firmę z branży dekoratorskiej "Rojek Decor" S.A. dwudziestu procent udziałów w powstałej w listopadzie zeszłego roku sportowej spółce akcyjnej klubu. Jednocześnie, prezes tej firmy - Andrzej Rojek, został przewodniczącym rady nadzorczej piłkarskiej spółki. To podobno dzięki jego staraniom udało się namówić do powrotu Ireneusza Serwotkę, a do współpracy byłego trenera reprezentacji Antoniego Piechniczka, który również znalazł się w nowej radzie nadzorczej spółki. Dzięki pieniądzom Rojka znacząco wzrósł tegoroczny budżet klubu, choć działacze nie chcą podawać szczegółów. Serwotka mówił nawet o tym, iż bez rybnickiego inwestora zagrożony byłby w ogóle start zespołu w tegorocznych rozgrywkach ekstraklasy. Nowy akcjonariusz na wstępie zastrzegł, iż w zamian za wsparcie chce mieć istotny wpływ na finanse klubu. Od razu przeciął też wszelkie spekulacje, jakoby w przyszłości miał zamiar przenieść klub z Wodzisławia do Rybnika. Biznesmen nie wykluczył dalszego wykupu udziałów w spółce, ma zachęcać do inwestowania w klub innych.

Największe rozczarowanie: niespełniona obietnica Piotra Rockiego

- Chciałbym wrócić do Odry po raz trzeci. Do tej pory rozegrałem w niej 75 spotkań. Chcę zagrać jeszcze 25 dobrych meczów, aby mieć ich w barwach Odry sto i jednocześnie przekroczyć barierę trzystu gier w ekstraklasie. Tak powiedział Rocki po ostatnim gwizdku sędziego w meczu Odry z Dyskobolią, kończącym sezon ligowy 2007/2008. Piłkarz, któremu po sezonie wygasał kontrakt w Grodzisku, miał więc znów - po trzech latach przerwy - zawitać na Bogumińskiej. Dyrektor sportowy Odry Edward Socha był do tego stopnia pewny pomyślnego zakończenia rozmów z zawodnikiem, że mimo braku jego podpisu pod umową, oficjalnie obwieszczał nowinę o "specjalnym" kontrakcie dla "Rocky'ego". Jednak transfer, który miał być formalnością okazał się sporym niewypałem.

Po sezonie, Socha wybrał się wraz z innymi przedstawicielami klubu na urlop do Turcji. Zapomniał jednak o jednej dość istotnej kwestii, iż Rocki miał za sobą jeden z najlepszych sezonów w karierze i mimo zaawansowanego wieku nadal był smacznym kąskiem na krajowym rynku transferowym. I stało się...Po finale Pucharu Ekstraklasy pomiędzy Legią i Groclinem w Grodzisku Wielkopolskim, trener stołecznego zespołu Jan Urban zadzwonił do Rockiego i złożył urodzonemu w Warszawie piłkarzowi ofertę nie do odrzucenia. Zbliżający się powoli do końca swojej kariery zawodnik podobno od zawsze marzył o grze w Legii. - Z Odrą byłem już prawie dogadany, ale okazja gry w Legii trafia się tak naprawdę raz w życiu. To klub, któremu od dzieciństwa kibicowałem. Wcześniej byłem do niej przymierzany już dwukrotnie - za trenerów Janusza Wójcika oraz Dragomira Okuki. Udało się dopiero za trzecim podejściem - tłumaczył zmianę swej decyzji Rocki. Wodzisławianom na pocieszenie pozostaje fakt, że "Rocky" związał się z klubem z Łazienkowskiej roczną umową i... nie wykluczył powrotu do Odry.

Największe zaskoczenie: Liczba dokonanych transferów

Tak licznych zakupów jak teraz Odra nie przeprowadziła chyba jeszcze nigdy. Wprawdzie strategia działania oparta na zasadzie "tanio kupić, wypromować, a następnie drogo sprzedać" nie uległa zmianie, ale wreszcie kadra nie została osłabiona. W lecie klub opuściło tylko dwóch zawodników (Paweł Linka oraz Iljan Micanski), w obu przypadkach dobiegł końca okres ich wypożyczenia. Ci piłkarze, którzy trafili na listę transferową nie zdołali przebić się do pierwszego składu Odry (wyjątkiem Jakub Biskup). W każdej formacji z wyjątkiem defensywy klub pozyskał po dwóch piłkarzy i po sparingach można stwierdzić, że są realnym wzmocnieniem. Nowi piłkarze ściągnięci do klubu w letnim oknie transferowym to zarówno zawodnicy doświadczeni, dla których zabrakło miejsca w podstawowych składach silniejszych drużyn ekstraklasy (Dymkowski, Gierczak, Moskal) oraz młodzi, mających stanowić inwestycję na przyszłość (Małkowski, Buchalik, Kardela). Wśród nich - jak zwykle - nie zabrakło i takich, którzy mają jeszcze coś do udowodnienia na ligowych boiskach (Korzym). Aż ośmiu nowych graczy w Odrze musi robić wrażenie, a działacze zapowiadają, że to nie koniec aktywności klubu na rynku transferowym, klub interesuje się m.in. Aleksandrem Kwiekiem i Maciejem Kowalczykiem



Będzie kompromitacja gliwickiego ratusza?

Największa nadzieja: Marek Wleciałowski

Wielki powrót 38-letniego trenera na Śląsk. Wleciałowski uchodzi za jednego za najzdolniejszych polskich trenerów. Ostatni rok spędził jednak w cieniu. W Bełchatowie, u mistrza Oresta Lenczyka, poprawiał swój warsztat prowadząc drużynę młodej ekstraklasy. W tym czasie uzupełnił też trenerskie papiery. Wygląda na to, że jest gotowy, aby w Gliwicach zrealizować to, czego nie dane było mu zrobić w Ruchu Chorzów. Przypomnijmy, że rok temu w wielkim stylu wprowadził niebieskich do ekstraklasy. Chorzowscy działacze wiązali z nim dalekosiężne plany. Tymczasem Wleciałowski niespodziewanie zrezygnował z posady. Teraz, gdy dostał ofertę z Gliwic, długo się nie namyślał. W ciągu kilku dni zadecydował o powrocie w rodzinne strony. Do pomocy wziął sobie - podobnie jak w okresie pracy w Górniku Zabrze - byłego sprintera Leszka Dyję. - W życiu nie miałem takiego trenera, który miałby tak słaby kontakt z drużyną, z kibicami - krytykował niegdyś Wleciałowskiego Mariusz Śrutwa. Wypowiedział te słowa jednak wtedy, gdy Wlecialowski podjął twardą decyzję o odsunięciu go od składu Ruchu.

Największa zmiana: Odejście Kompały i Kędziory

Piast bez Adama Kompały i Wojciecha Kędziory?! Większym zaskoczeniem byłoby chyba tylko odsunięcie od składu kapitana Jarosława Kaszowskiego. Przez ostatnie dwa lata trudno było sobie wyobrazić grę gliwiczan bez Kompały, który dzielił i rządził w środku pola. Zasada była prosta: jeśli Kompała grał dobrze, to Piast grał dobrze. Jeśli pomocnik miał akurat słabszy dzień, to od razu odbijało się to całym zespole. Jak zatem będzie grał Piast po tym, jak Kompały w ogóle nie będzie w klubie? Działacze, na wniosek byłego trenera Piotra Mandrysza, rozwiązali z nim bowiem kontrakt. Bolesną stratą jest też odejście Kędziory. Piast dawno nie miał w swoich szeregach piłkarza, który w jednym sezonie strzeliłby przynajmniej 10 goli. A właśnie takiej sztuki rosły napastnik dokonał w poprzednich rozgrywkach. Do opuszczenie Gliwic skusiły go "miedziowe" pieniądze z Zagłębia Lubin. W Piaście już znaleźli następców wymienionej dwójki. Przed Mariuszem Muszalikem i Marcinem Folcem stoi trudne zadanie zastąpienia dotychczasowych liderów drużyny.

Największe rozczarowanie: Władze Gliwic

O tym, że Piast może zagrać w ekstraklasie wiadomo przynajmniej od pół roku. Dlatego władze Gliwic już kilka miesięcy temu powinny przygotować szczegółowy plan modernizacji miejskiego stadionu. Niekończąca się debata nad tym, czy stadion należy przebudowywać czy postawić nowy, doprowadziła do tego, że na razie na obiekcie nie dzieje się nic i to pomimo tego, że Piast już jest ekstraligowcem. PZPN pozwolił grać Piastowi poza Gliwicami tylko przez rok. Tymczasem urzędnicy twierdzą, że modernizacja stadionu potrwa przynajmniej półtora roku. Czy zatem Piast będzie grał w ekstraklasie o nic, bo i tak skazany jest na degradację? Jeśli tak by się stało, to będzie to kompromitacja gliwickiego ratusza.

Największe zaskoczenie: Rezygnacja z Piotra Mandrysza

Teoretycznie sprawa jest prosta: 30 czerwca dobiegła końca umowa trenera Mandrysza z Piastem, a działacze postanowili jej nie przedłużać. Tylko, który klub pozwala sobie na rezygnację ze szkoleniowca, która jest głównym autorem największego sukcesu w ponad 60-letniej historii klubu? Dlaczego zrezygnowano z Mandrysza, do końca nie wiadomo. Czy trenerowi zaszkodziło żądanie podwyżki? Czy działacze nie chcieli zgodzić się, aby nowa umowa trenera obowiązywała przez dwa lata? Czy szefowie klubu uznali, że decyzja trenera o odsunięciu od składu Kompały i Stanisława Wróbla była błędem? A może to trener wściekł się na działaczy, że wbrew jego woli przywrócili Wróbla do składu? Czy któraś z tych spraw jest na tyle poważna, aby pozbywać się dobrego trenera? W Gliwicach uznano, że tak i to pomimo tego, że to Mandrysz rozpoczął przygotowania z drużyną do nowego sezonu i to wskazani przez niego piłkarze wzmocnili zespół w okienku transferowym. A może za odejściem Mandrysza kryje się jakaś inna tajemnica?

Utrzymanie bytomskim sukcesem

Największa nadzieja: Jakub Zabłocki

Piłkarz niechciany w Koronie Kielce, w Bytomiu uznawany ze superwzmocnienie. Dlaczego kielecki klub pozbył się 24-letniego napastnika? Choć jego nazwisko nie jest bardzo znane w polskim futbolu, to przecież potrafił czasem wedrzeć się do składu mocnej Korony wygrywając rywalizację z Krzysztofem Gajtkowskim czy Marcinem Robakiem. Zabłocki został po prostu z Korony karnie wyrzucony. Był jednym z trzech piłkarzy w kadrze kieleckiego zespołu, grających wówczas, gdy klub wygrywał dzięki ustawianiu meczów. - Miałem wtedy 18 lat i dopiero wchodziłem do kadry. O ustawianiu meczów nie wiedziałem, a tym bardziej nie brałem w tym udziału. Mam trochę żalu do działaczy Korony o to, jak mnie potraktowano - mówi piłkarz. Nowego pracodawcy nie musiał szukać zbyt długo - starało się o niego kilka klubów. Dość nieoczekiwanie odnalazł się jednak w Polonii Bytom. Już w pierwszym sparingu zdobył bramkę i zaliczył asystę. Dla bytomskich działaczy był to jasny sygnał - z miejsca podpisali z nim roczny kontakt. Zabłocki ma sporą szansę, aby okazać się odkryciem tego sezonu ekstraklasy.

Największa zmiana: Marek Motyka za Michała Probierza

Po utrzymaniu Polonii w ekstraklasie, trener Probierz miał w Bytomiu status nietykalnego. Respektem darzyli go piłkarze, działacze i kibice. Wydawało się więc oczywiste, że będzie szkolił polonistów także w najbliższym sezonie, tym bardziej, że miał jeszcze przez rok ważny kontrakt z klubem. Tymczasem tuż przed przerwą urlopową Probierz podał się do dymisji. Dlaczego? Nie chciał zdradzić powodów, ale dawał do zrozumienia, że chodzi o bałagan panujący w klubie. Od kilku tygodni wiadomo, że będzie trenował Jagiellonię Białystok. Działacze Polonii długo nie mogli znaleźć następcy Probierza. Gdy wydawało się przesądzone, że zostanie nim Ukrainiec Jurij Szatałow, popisano umowę z... Markiem Motyką. Wybór był zaskakujący, bo władze klubu stawiały dotąd regularnie na młodych szkoleniowców związanych z regionem. Ich decyzje zwykle okazywały się słuszne. Czy teraz będzie podobnie? Motyka, który długo pozostawał bez pracy, nie ukrywa, że Polonia jest także dla niego olbrzymią szansą na stały powrót do zawodu. Jeśli uda mu się powtórzyć osiągnięcie Probierza i utrzymać bytomskich piłkarzy w ekstraklasie, to będzie mógł mówić o swoim sukcesie.

Największe rozczarowanie: Zbigniew Sadowski

Sędzia z Sieradza jest kandydatem na najbardziej nielubianą osobę w Bytomiu ostatniego dziesięciolecia. Sadowski był (niedawno złożył rezygnację, która została przyjęta) przewodniczącym PZPN-owskiej Komisji Odwoławczej ds. Licencji, która odmówiła bytomskiemu klubowi prawa do gry w ekstraklasie. Gdy Polonia próbowała się odwołać od tej decyzji, szydził twierdząc, że pismo bytomskich działaczy to "dyrdymały". Zasłynął też z wypowiedzi, że jeśli Polonia dostanie licencję, to "napluje sobie w twarz". Na decydującym posiedzeniu komisji, która Polonii jednak licencję przyznała, nie pojawił się. Zwolennicy Sadowskiego twierdzą, że twardo realizował prawo o przyznawaniu klubom licencji. Przeciwnicy zarzucają mu, że nie czuje ducha sportu, a przesłanki na podstawie których omal nie doprowadzono do upadku Polonii były niepoważne. Na dodatek działacze z Bytomia zarzucali mu brak obiektywizmu. W związku z jego rezygnacją wydaje się, że do letniego starcia Polonia - Sadowski nigdy już nie dojdzie.

Największe zaskoczenie: Hubert Jaromin

Gdyby stworzyć listę zawodników, którzy na pewno nie trafią do Polonii, Jaromin byłby na dość wysokiej pozycji. Dlaczego? Przecież 29-letni skrzydłowy był liderem

II-ligowego GKS-u Katowice, a w minionym sezonie strzelił aż 10 goli. Wszystko przez trudny... charakter piłkarza. Pomimo dobrych osiągnięć indywidualnych z "Gieksy" najzwyczajniej się go pozbyto. O konfliktowości Jaromina krążą straszne legendy. Działacze Polonii wydają się jednak pewni swego. Przed przygarnięciem Jaromina odbyli z nim poważną rozmowę. Liczą też na to, że szatnia polonistów, która zawsze słynęła ze wspaniałej atmosfery, utemperuje wybuchowego piłkarza. Jaromin na pewno będzie musiał przyzwyczaić się do nowej roli w zespole. W GKS-ie był konstruktorem większości akcji, w Polonii prawdopodobnie na początku czeka go los rezerwowego.

To niebieskich mają się bać

Największa nadzieja: poszukiwanie sponsora strategicznego

W nieoficjalnych rozmowach Ruch wiązano z tak prężnymi firmami jak PZU, operatorem telefonii komórkowej P4 czy wreszcie z Mittal Steel - wielkim koncernem hutniczym. Nazwa ostatniej firmy jest wymieniana w kontekście sponsoringu do dziś. W tej sprawie za Ruchem lobbowali u Hindusów biznesmeni i politycy. Na razie bez rezultatu. Działacze niebieskich powtarzają jednak, że poszukiwania tej klasy sponsora to zajęcie nie na tygodnie, czy miesiące, ale na lata.

Największa zmiana: większe ambicje W poprzednim sezonie, pierwszym po awansie, na Cichej nie wywierano na zespole przesadnej presji. Plan był jasny i momentami wręcz irytujący - czołówka jest silna, więc porażki przyjmujemy z pokorą lub jego druga wersja na tych słabszych - jesteśmy beniaminkiem, uczymy się gry w ekstraklasie, więc wpadki są nieuniknione. Teraz ma być inaczej - to Ruchu maja się bać. Trener Duszan Radolsky nakreślił krzywą progresji. - Po jesieni byliśmy trzynastą drużyną, po rundzie wiosennej ósmą, teraz chcemy wykonać kolejny krok - tłumaczy. Jeżeli zwyżka formy i umiejętności zostanie utrzymana Ruch skończy najbliższą rundę na trzecim miejscu.

Największe rozczarowanie: przeżył je Maciej Sadlok

Utalentowany piłkarz z Dankowic przez wiele tygodni żył nadzieją, że w nowym sezonie karierę będzie kontynuował już na Wyspach. Wielokrotnie oglądany przez skautów i dokładnie przebadany przez lekarzy FC Fulham kontrakt miał już niemal w kieszeni. Te przekonanie podgrzewał jeszcze menedżer zawodnika, który zapewniał, że 19-latek podpisze zawodową umowę. Jak się skończyło wiemy - zmienił się dyrektor FC Fulham i zmieniła się też koncepcja budowy drużyny. Działacze i trenerzy Ruchu wiedzą, że teraz przed Sadlokiem trudne chwile. Mimo to transferem Macieja Scherfchena dali mu sygnał, że na grę w podstawowej jedenastce 19-latek jeszcze poczeka.

Największe zaskoczenie: brak wałów

Potraficie sobie wyobrazić Kraków bez Sukiennic albo Katowice bez Spodka? Gdy wejdziecie na stadion Ruchu od strony hali MORiS-u poczujecie się właśnie tak jakby stolica Śląska straciła jeden ze swoich symboli. O co nam chodzi? Otóż nie ma już wałów ziemnych, które otaczały stare boisko treningowe jest za to równa jak stół murawa (przeniesiona ze Stadionu Śląskiego) i widok po horyzont. Działacze niebieskich, którzy do późnych godzin pracują w klubie żartują, że dopiero teraz zdali sobie sprawę, że nad Cichą wschodzi i zachodzi słońce.

Przeczytaj: Ruch w Ekstraklasie jak Barcelona



Skompletuj własną drużynę w Ekstraklasie - zagraj i Wygraj Ligę »