Marek Bęben: grożono mi śmiercią

- Przez ćwierć wieku oddychałem piłką jak powietrzem. I nagle wypadłem z obiegu, stałem się niepotrzebny. Źle się z tym czuję - przyznaje 50-letni trener, a w przeszłości znakomity bramkarz.
Zagłębie Sosnowiec, Górnik Zabrze, Polonia Bytom, Odra Wodzisław - w ekstraklasie rozegrał 311 spotkań. Od dwóch lat jest jednak o nim cicho. Wielkie kluby zapomniały o Bębnie. Teraz wraca do zawodu w Czarnych Sosnowiec, w poniedziałek ma poprowadzić pierwszy trening.

- Będę odpowiadał za szkolenie bramkarzy wszystkich grup, czyli od najmłodszych do seniorów. Co tu dużo mówić jestem na piłkarskim aucie i cieszę się, że ktoś wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Jeden z działaczy Czarnych powiedział mi, skoro Zagłębie nie chce takiego fachowca, to my to zrobimy - opowiada pochodzący z Czeladzi Bęben.

Wojciech Todur: Skoro ma Pan odpowiadać za wszystkie grupy to także i za szkolenie kobiet. Da Pan radę? Pytam, bo gdy oglądam mecze polskiej ligi kobiet to mam wrażenie, że bramkarki prezentują zdecydowanie słabszy poziom od koleżanek z pola.

Marek Bęben, trener: Skoro to są Czarni to przecież trudno, żebym nie trenował kobiet. Żeńska drużyna zawsze była wizytówką tego klubu. Zdaję sobie sprawę, że to będzie duże wyzwanie. Że pewnie nie będę mógł wymagać od dziewczyn tyle, co od chłopaków. Raz już miałem okazję poprowadzić trening bramkarek. Pracowałem wtedy w Odrze Wodzisław i podczas zgrupowania spotkaliśmy się z żeńską drużyną AZS AWF Wrocław. I wie pan co? Byłem pod wrażeniem. Jedna z dziewczyn prezentowała się bardzo solidnie, zresztą kilka dni później dostała propozycję gry z silnego klubu ze Szwecji. Tak więc z tymi umiejętnościami nie musi być aż tak źle. To już bardziej obawiam się, czy znajdziemy wspólny język. Bo dla mnie bramkarz to musi być kawał smyka. Nie bać się krzyknąć, opieprzyć kolegów z zespołu. Przekonamy się czy dziewczyny to zaakceptują.

Od 1978 roku, gdy zaliczył Pan ligowy debiut w Zagłębiu, po rok 2006, gdy skończył Pan pracę w Odrze, nazwisko Bęben wciąż wiązało się z ligową rywalizacją. Z dnia na dzień jednak znikło. Dlaczego?

- Właśnie, dlaczego? Dla mnie to też był i jest duży problem. Przez ćwierć wieku oddychałem piłką jak powietrzem. I nagle wypadłem z obiegu, stałem się niepotrzebny. Źle się z tym czuję. Czasem to sobie miejsca nie potrafię znaleźć. Gdy żegnałem się z Odrą myślałem, że mam już takie nazwisko, że bez problemu znajdę pracę w innym klubie. Przeliczyłem się... O co poszło? Jak zawsze, o pieniądze. Pozbawiono mnie funkcji kierownika, miałem zająć się tylko szkoleniem bramkarzy. Nawet się ucieszyłem, bo to kierownikowanie to żadna przyjemność. Wraz ze zmianą obowiązków, działacze chcieli mi też jednak zabrać część pieniędzy. Jakby zapomnieli o tym, że gdy zostałem tym kierownikiem, to żadnych wielkich profitów z tego nie miałem. Skoro tak postawili sprawę, to ja wywlekłem sprawę zaległości. I tak od słowa do słowa i na koniec prezes Ireneusz Serwotka stwierdził, że już nie chce ze mną współpracować.

Dlaczego nie wrócił Pan do Zagłębia? Za szkolenie bramkarzy odpowiadał przecież wtedy kierownik drużyny.

- Waldek Włosowicz spotykał się wtedy ze mną i śmiał się, że robi coś, na czym zupełnie się nie zna. A Zagłębie? Tak, mam żal do Zagłębia, do działaczy przede wszystkim. Za te 12 lat grania, za te tysiące kilometrów w podróżach, za setki spotkań... W klubie zatrudniano chłopaków, których pamiętam, jak obijali się w rezerwach, a tych, którzy naprawdę mogli coś przekazać młodzieży, odstawiono na boczny tor. Taka mądra polityka kadrowa.

A ja słyszałem, że na przeszkodzie stanął Pana charakter. Powiem wprost, wiele osób zarzucało Panu, że nadużywa alkoholu.

- Wiem, że ciągnie się za mną taka opinia. To nieprawda! Nie mówię, że jestem święty, że jestem abstynentem. Pewnie, że się czasami z kolegami napiję. Moja praca nigdy jednak na tym nie cierpiała. Czy ktoś mnie widział wstawionego na treningu? No więc w czym problem?

Jak wygląda życie na „bocznym torze”?

- Nieszczególnie. Sportowe gazety zacząłem czytać od ostatnich stron, bo tam są właśnie informacje o niższych ligach, a ja ostatnio pracowałem w Sarmacji Będzin. No, gorycz, co mam więcej powiedzieć. Gdy zacząłem pracę w Będzinie, to łudziłem się, że może uda się zrobić coś z niczego. Pierwszy raz brałem odpowiedzialność za zespół tylko na swoje barki. Szybko zdałem sobie jednak sprawę, że jak się wpadnie w koleiny miernoty, to już ciężko z nich wyskoczyć.

Z okresu, gdy pracował Pan z Sarmacją w „Gazecie”, ukazał się tylko jeden artykuł, w którym pojawia się Pana nazwisko. Po serii porażek zaczęto Panu grozić...

- Właśnie tak to jest w niższych ligach, by przebić się na łamy, muszą cię okraść albo pobić. To był nieprzyjemny incydent. Groził mi ojciec piłkarza. Twierdził, że marnuję talent jego syna. To był taki będziński cwaniak. Wydawało mu się, że jak do mnie przyjdzie i postraszy, to zmięknę. To nie były żarty, bo groził mi śmiercią. Nie chciałem ruszać tej sprawy, ale ktoś doniósł na policję. Zostałem przesłuchany. To nie było miłe. Potem, gdy wieczorem wracałem do domu, to z niepokojem oglądałem się za siebie.

Pana odskocznią zawsze był futsal. Trenował Pan kilka klubów, był Pan nawet selekcjonerem kadry. Jak to się zaczęło?

- Wczesne lata 90. Jeszcze nikt nie mówił futsal, tylko piłka halowa. Pewnego razu zadzwonił do mnie Józek Grząba, zapytał czy nie przyjechałbym na Niwkę, by wręczyć puchar zwycięzcy turnieju. Miałem być taką lokalną atrakcją. Przyjechałem na finał, grała Huta Katowice z drużyną Chorzowa - w składzie, w którym szalał Zdzisław Wolny. To był zalążek późniejszego Cleareksu. Wolny poprosił mnie, żebym przyjechał na trening, coś tam pokazał. I tak się zaczęło. W dzień pracowałem w Wodzisławiu, a wieczorem goniłem jeszcze do Chorzowa. Już nawet niedziele nie były wolne, bo wtedy były akurat mecze ligi futsalu.

Jak Pan to znosił? Dzień w dzień pokonywał Pan przecież trasę Czeladź - Wodzisław, która nie należy do najszybszych i najprzyjemniejszych.

- Siedem lat tak się męczyłem. Siedem długich lat! Były okresy, że wychodziłem z domu o siódmej rano, a wracałem późnym wieczorem. Działałem jak robot. Wstać, umyć się, zjeść coś i do auta. Pamiętam jak za trenera Waldemara Fornalika wróciliśmy z Poznania do Wodzisławia o drugiej w nocy. W Czeladzi byłem przed czwartą. Spałem dwie godziny i już jechałem z powrotem na odnowę biologiczną. Towarzyszem tych podróży był mój syn Marcin, który też przecież grał w Odrze. Czasami patrzyliśmy na siebie wilkiem, bo byliśmy od siebie uzależnieni. Ja mogłem już wracać do domu, ale czekałem na niego. On był już po treningu, ale ja miałem wtedy spotkanie u prezesa. Marcin tułał się wtedy godzinami po Wodzisławiu i czekał. Zupełnie bez sensu.

Jak to się stało, że stanął Pan w bramce?

- Stare dzieje. Od małego miałem do tego smykałkę. Gdy graliśmy ulica na ulicę, to Bęben zawsze musiał stać na bramce. Gdy trafiłem do CKS-u Czeladź, to jeszcze nie byłem przekonany do tego bronienia. Było nas dwóch - ja i Marek Kowalski. Gdy ja broniłem, to on szedł do ataku, gdy między słupkami stał Marek, to ja grałem na lewej obronie. Męczyłem się jednak, no i nie strzelałem bramek. I tak w końcu podjąłem decyzję, że będę bramkarzem. Patrzyłem wtedy jak w obrazek w Janka Tomaszewskiego i marzyłem, że kiedyś zagram w reprezentacji.

A jak Pan trafił do Zagłębia?

- Z problemami, z problemami... Był taki moment, że w ogóle przestałem grać w piłkę. CKS nie był w stanie załatwić mi etatu na kopalni, więc pracę znalazłem sobie sam - w Mostostalu Będzin. Piłkarskie buty i rękawice rzuciłem w kąt na prawie rok. I pewnie tak by zostało, gdyby nie trener Górnika Piaski. Przyszedł do mojego ojca i tak długo go urabiał, że w końcu wróciłem na boisko. Gdy już grałem w Górniku, to szybko przypomniał sobie o mnie CKS. O przejściu do Zagłębia zadecydował jeden mecz, z Sarmacją Będzin. Przegraliśmy 0:1, ale ja wyciągnąłem przynajmniej osiem sytuacji sam na sam. Kilka dni później do moich drzwi zapukał Krzysztof Smulski, działacz Zagłębia. Już wtedy interesowała się mną Odra, więc mój ojciec myślał, że to delegacja z Wodzisławia. Szybko został jednak wyprowadzony z błędu i poinformowany, że albo trafię do Zagłębia, albo do... wojska.

Może wymienić Pan trzy mecze, które Pan zapamiętał, i które ceni sobie najbardziej?

- Był taki mecz z Lechem, jeszcze na starym boisku w Poznaniu. Strasznie nas cisnęli, a skończyło się bez bramek. W "Sporcie" dostałem wtedy dziewiątkę, a mama wycięła z gazety tytuł "Bęben zatrzymał poznańską lokomotywę". Niezwykły mecz zagrałem też w Gdyni. Arka gniotła nas niemiłosiernie, ale raz urwał się Jurek Dworczyk i wygraliśmy 1:0. I znowu mam przed oczami wycinek, który zachowała moja mama "Bili jak w Bęben i przegrali". Wysoko cenię też sobie spotkania w barwach Górnika Zabrze - w Pucharze Polski z GKS-em Katowice, gdy obroniłem trzy karne, czy debiut w Pucharze UEFA, gdy za rywala mieliśmy HSV Hamburg. Dużo jest tych spotkań

Bo też długo nie mógł Pan skończyć

- W Zagłębiu już powiesiłem buty na kołku, kibice mnie pożegnali i... w wieku 40 lat dostałem propozycję z Odry Wodzisław. Miałem szkolić bramkarzy, a sam stanąłem między słupkami. Pomogłem wtedy Odrze utrzymać się w lidze. Złapałem karnego Mariuszowi Śrutwie i przez to nie został królem strzelców. Dość powiedziałem dopiero po meczu ze Stomilem Olsztyn, gdy Marcin Szulik zaskoczył mnie strzałem z 25 metrów. "Oj, Marek, skoro nie łapiesz piłki uderzonej z tej odległości to czas kończyć" - powiedziałem sobie i tym razem słowa dotrzymałem.