Joanna Kaczor: Cukierki za Pekin

Siatkówka to przede wszystkim dużo dobrej zabawy. Swoich szans na igrzyska nie ocenię, ale czy znajdzie się ktoś, kto by nie chciał na nie jechać? - mówi Joanna Kaczor, tegoroczne odkrycie kadry siatkarek
24-letnia atakująca przez trzy ostatnie lata grała i uczyła się w USA. Wróciła wiosną do kraju, by pomóc Gwardii Wrocław, w której się wychowała, w awansie do Ligi Siatkówki Kobiet. Wtedy dostrzegł ją trener Marco Bonitta. Kaczor, jako jedna z nielicznych, nie zawiodła w fatalnych meczach World Grand Prix i stała się jednym z pewniaków na igrzyska. 1 lipca podpisała kontrakt z Muszynianką, z którą wystąpi w Lidze Mistrzyń.

Liktoras przeszłą operację. Nie zagra w Pekinie? »

Barańska: Dogadałyśmy się z Bonittą

Przemysław Iwańczyk: Dawno nie było siatkarki, która tak przebojowo wdarłaby się do kadry.

Joanna Kaczor: To bardzo miłe, choć nie do końca się z tym zgadzam. Moją grę w kadrze należy traktować bardziej jako powrót niż debiut, bo już trener Andrzej Niemczyk powoływał mnie na zgrupowania. Na pewno nie jest to wejście smoka, choć wszyscy przypominają po każdym meczu, że byłam najskuteczniejszą zawodniczką. Ale punkty to nie wszystko, robiłam zdecydowanie za dużo błędów. Czeka mnie dużo pracy, zwłaszcza jeśli chodzi o dokładność, porozumienie z rozgrywającą. Może wtedy będzie lepiej.

Jakie było pierwsze wrażenie w reprezentacji Marco Bonitty?

- Już nie pamiętam. Wiedziałam tylko, że będzie dużo dobrej zabawy, bo tak traktuję siatkówkę. Owszem, są wyrzeczenia, ciężkie siłowe treningi, ale to jest przede wszystkim sport, który lubię. Liczyłam się również z trudnymi sytuacjami, bo takie wszędzie się zdarzają, ale generalnie nic mnie nie zaskoczyło.

Jest pani jedną z nielicznych siatkarek w drużynie Bonitty, która nie dąsa się, tylko gra i trenuje z uśmiechem na ustach.

- Czasem ten uśmiech znika, bo nie zawsze świecie słońce, ale takie podejście do gry, treningu i szkoleniowca bardzo mi pomaga. Nauczyłam się tego przez trzy lata w USA.

Po jednym z meczów Grand Prix powiedziała pani, że nie tylko mecz, ale także trening traktuje jak lekcję, której udzielają bardziej doświadczone koleżanki z drużyny.

- Z każdymi zajęciami, z każdym meczem nabierałam cwaniactwa. Mam nadzieję, że było to widać. Nawet najdrobniejsza podpowiedź, czy to z boiska, czy to z ławki, jest dla mnie bardzo ważna i miła, bo widać dziewczyny chcą mi pomóc. Poza boiskiem uczę się, jak godzić życie siatkarki z prywatnością, jak rozmawiać z dziennikarzami, właściwie wszystkiego.

Jak przyjęły panią koleżanki? Już po kilku meczach widać było, że którejś z nich zabierzesz miejsce w samolocie do Pekinu?

- Właściwie znałam wszystkie, dlatego specjalnego powitania nie było. A czy spojrzały na mnie jak na konkurentkę? Proszę zapytać dziewczyny.

Dotykają panią niesnaski między trenerem a drużyną, których ostatnio było sporo?

- Nigdy nie rozmawiam o sprawach, które mnie nie dotyczą. Mogę jedynie zapewnić, że każdej z nas zależy, by atmosfera była jak najlepsza.

A może ma pani jakiś sposób na poprawę atmosfery?

- Trudno przenieść wzorce z USA, bo przecież każdy zespół, każda z nas jest inna. Będzie lepiej, jestem przekonana, zwłaszcza że igrzyska za pasem i nie będzie nawet czasu, by roztrząsać spory.

Kiedy rozmawiałem w kwietniu z trenerem Bonittą, powiedział: szykuję prawdziwą niespodziankę, takiej siatkarki jeszcze nie widzieliście. Miał na myśli panią? Jakie było pierwsze spotkanie z selekcjonerem?

- Zobaczyliśmy się na zgrupowaniu w Szczyrku. Byliśmy siebie niezwykle ciekawi i - co tu kryć - podenerwowani. Mnie zależało, by wypaść jak najlepiej, a jakie były wrażenia Bonitty, proszę jego o to spytać.

Nie bała się pani potwierdzenia opinii o jego żelaznej ręce i ostrych treningach?

- Słyszałam wiele. Ale po tym, co zobaczyłam, wiem, że zależy mu na tym, by zespół był jak najlepszy. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że chce pracować perfekcyjnie. Zdobyte przez niego mistrzostwo świata jeszcze dodaje mu rangi. Nie powiem na niego złego słowa.

Koleżanki, z którymi grała pani przed wyjazdem do USA, mówią: Aśka wcale się nie zmieniła. Może zdobyć mistrzostwo olimpijskie, a sodówka jej do głowy nie uderzy. Dziewczyna do rany przyłóż. Z każdym pogada, ciągle uśmiechnięta, a do tego ma głowę na karku...

- Tak mówią? Ale każdy ma coś za uszami, ja także.

Trener Niemczyk powoływał panią na zgrupowania, ale później na trzy lata wszyscy o pani zapomnieli.

- Wyjechałam do USA na studia, bo język angielski zawsze mnie pasjonował. Postanowiła, że będę nim biegle władać i już. Zresztą nauka zawsze była dla mnie priorytetem. Dodając do tego intensywne treningi w uczelnianym zespole, nie miałam czasu nawet na wakacje, a co dopiero na zgrupowania kadry. Widziałam, że nie stracę, decydując się na taki krok. W Polsce, niestety, chcąc grać na poziomie ligowym, możesz zapomnieć o edukacji.

W Idaho i w Południowej Kalifornii skończyła pani socjologię, jeden z trudniejszych kierunków za oceanem.

- Jeśli bardzo chcesz, dasz sobie radę i na pewno pójdzie ci łatwiej, niż robiąc coś z przymusu.

A siatkówki było się od kogo uczyć? Przecież najlepsze Amerykanki grają w Europie.

- Owszem, ale zanim wyjechały, przeszły taką drogę jak ja. Każda z nich bez wyjątku gra bardzo dobrze w siatkówkę, mając do tego dyplom renomowanej uczelni.

Trener Jerzy Matlak, największy fachowiec w pracy z młodymi siatkarkami w Polsce, był pełen obaw, kiedy pani wyjeżdżała.

- Nie żałuję niczego. Gdyby przyszło mi wybierać raz jeszcze, nie zawahałabym się nawet na moment.

Wraca pani nie tylko do reprezentacji, ale i do polskiej ligi, od razu do mistrza kraju z Muszyny.

- Uznałam, że przyszedł już czas, by zająć się tylko siatkówką. Traktuję grę w Muszynie jako kolejne wielkie wyzwanie. Miałam wiele propozycji: z włoskiej Serie A2, nawet z dalekiej Korei i Japonii. Intensywnie myślałam, czy znów nie zaryzykować i nie wyjechać, bo to przecież kolejna wspaniała przygoda, ale bliscy nie mieli mnie przez ostatnie trzy lata i nie chciałam, by znów tęsknili. W Polsce oprócz Muszynianki ofertę złożył mi jeszcze jeden klub, ale ostatecznie wybrałam mistrza.

Co jest pani największym atutem?

- Staram się wykorzystać warunki fizyczne [191 cm wzrostu]. Lubię atakować ze środka z drugiej linii. Muszę dużo pracować nad blokiem i zagrywką, więc tym elementom poświęcam teraz najwięcej czasu.

Grała pani we wszystkich meczach World Grand Prix. Dziewięć meczów w trzy tygodnie, do tego podróże: Polska - Włochy - Polska - Tajwan - Polska...

- Były męczące, fakt. Ale specjalnie mnie nie przerażają, bo lubię latać. To moje największe marzenie usiąść za sterami samolotu. Czasem piloci pozwalają mi wejść do kabiny.

Jak ocenia pani swoje szanse na igrzyska?

- Siatkarka jest od grania, a nie szacowania szans. Będzie, co ma być...

Ale chce pani jechać do Pekinu?

- A znajdzie się ktoś, kto by nie chciał? Poczekajmy, to dopiero wstępny etap przygotowań. Nawet z drużyny, która występowała w Grand Prix, trudno mi wskazać choć jedną pewniaczkę.

Byłem świadkiem, kiedy jeden z kibiców założył się z panią o 15 kg cukierków, że jednak pojedzie pani na igrzyska.

- Widać bardzo we mnie wierzył. Cieszę się, że ludzie widzą we mnie olimpijkę, ale czasem się zastanawiam, czy to ja zwariowała, czy wszyscy wokół, bo tyle szumu się ostatnio wokół mnie zrobiło. Tak już na koniec, mimo tych wszystkich zakładów, nie mam zamiaru oceniać swoich szans. Taki już ze mnie uparciuch.

Polki wygrały pierwszy mecz w World Grand Prix

Marco Bonitta o Joannie Kaczor

To znakomita dziewczyna, nie tylko jako siatkarka. Wiele wniosła do naszej grupy, właściwie już teraz mógłbym powiedzieć, że pojedzie z nami do Pekinu.