Dokąd zmierza płocka Wisła?

Wkrótce dowiemy się, kto będzie nowym prezesem Wisły Płock. Pojawiają się różne nazwiska i ani jednej rozsądnej kandydatury. Czy tak trudno znaleźć menedżera z prawdziwego zdarzenia?
Rok temu, kiedy podpisano porozumienia w sprawie przejęcia przez miasto Wisły, wśród kibiców zapanował optymizm. Bo po tłustych latach, serii mistrzostw Polski szczypiornistów, Pucharze i Superpucharze Polski futbolistów, miały przyjść czasy jeszcze lepsze. Tak przynajmniej wynikało z obietnic prezydenta Mirosława Milewskiego.

Dziś już wiadomo, że to PKN Orlen dopiął swego. Pozbył się ze swych struktur tworu, jakim był zupełnie niedochodowy klub sportowy. Pieniądz przesłonił włodarzom koncernu oczy. Niemniej kłopot mieli z głowy. Owszem, przez trzy lata będą przekazywać na klub pieniądze, a potem? Jeśli Orlen będzie chciał, to sponsorem będzie. Z punktu widzenia koncernu najważniejsze, że nie jest już właścicielem. Co sprowadza się do tego, że właściwie inwestować w Wisłę nie musi.

Prezesura Ganca - uwiąd decyzyjny

Biorąc ten aspekt pod uwagę, decyzja prezydenta Milewskiego była dla Wisły zbawienna. Dla Wisły jako całości. Dla Wisły składającej się z dwóch sekcji, mającej w strukturach pracowników administracji i wszelkich innych fachów, a także boiska i budynki klubowe. Tylko że za tym zbawieniem poszła też polityka - patrz: nominacja na stanowisko prezesa Krzysztofa Ganca. Z góry było wiadomo, że o czym jak o czym, ale o prowadzeniu klubu sportowego Ganc nie ma zielonego pojęcia i jeśli już jego działalność ma coś przynieść, to tylko szkodę, nie pożytek. Ta prezesura to całkowity uwiąd decyzyjny. Bo co mogło się udać wcześniej Gancowi w wydziale komunikacji urzędu miasta, nie miało prawa się udać w Wiśle. Z tej prostej przyczyny, że jest ona właśnie klubem sportowym, rządzącym się innymi prawami niż urzędniczy świat pełen paragrafów. Wszelkie działania sprowadzały się właściwie do tworzenia wrażenia, że to nie "ja - prezes" rządzę, ale robi to za mnie urząd miasta z wiceprezydentem Piotrem Kuberą - jako szefem rady nadzorczej klubu - na czele.

Czy ktoś mnie poprawi? Nie sądzę. Czy ktoś się takiemu sposobowi prowadzenia klubu przez ostatnie kilka miesięcy przeciwstawił? Nie.

Teraz już wiadomo, że Krzysztof Ganc zostanie odwołany, nawet jeśli się nie poda do dymisji.

Trenerzy - same znaki zapytania

Już nie wnikając w szczegóły, kto i jakie mógł podejmować w Wiśle decyzje, te najważniejsze dla przyszłości klubu właściwie do dziś nie zostały podjęte.

Owszem, rozsądną rzeczą było zdymisjonowanie trenera Leszka Ojrzyńskiego, który sobie po prostu nie poradził nie tyle z presją pierwszoligowego awansu piłkarzy, ile z własnymi umiejętnościami. Teraz drużyną ma się zająć Mirosław Jabłoński, i to już druga dobra decyzja.

A piłka ręczna? Niezmiennie od co najmniej 19 lat szczypiorniści są naszym powodem do dumy. Właśnie przez tyle lat nieprzerwanie znajdują się na podium. Przed nimi sztuki tej dokonał jedynie wielki Śląsk Wrocław.

Teraz nafciarze sięgnęli po raz trzeci w historii po dublet, a twórcą tego sukcesu był Bogdan Zajączkowski. W każdym razie na jego trenerskie konto zostanie on zapisany i na pewno zasłużył na niego bardziej niż Krzysztof Ganc. Ale... Czy Wisła pod jego wodzą jest w stanie jeszcze cokolwiek osiągnąć? Czy może stać się wielka i wreszcie zacząć liczyć się w Europie? Bez złośliwości, bo szacunek za medale, które zawisły i na jego szyi, bezwzględnie się należy, ale nie wierzę, żeby Zajączkowski był w stanie osiągnąć cokolwiek więcej. A zespół należy podziwiać, że i tyle pod jego wodzą zdobył.

Bilans Zajączkowskiego

Bo co było sukcesem trenera Zajączkowskiego? Wprowadzenie do drużyny młodych zawodników?

Spójrzmy na Zagłębie Lubin, które z 19-letnim Piotrem Adamczakiem w składzie napsuło sporo krwi nafciarzom w finale. Jerzy Szafraniec, trener lubinian, zaufał młodym, na nich często opierał grę. Bogdan Zajączkowski testował młodych tylko w końcówkach wygranych już meczów z mało wymagającymi rywalami.

Złoto i Puchar Polski? Jeśli wziąć pod uwagę, że w półfinale PP w Lubinie naprędce została zmieniona taktyka, bo jeden z graczy raczył trenerowi podpaść, choć gra była robiona i ćwiczona na treningach pod niego, to świetną grę zespołu w innym ustawieniu należy uznać za szczęśliwy przypadek, a nie wynik przemyślanego działania. Inna sprawa, że Wisła ma po prostu zawodników, którzy jak chcą, to potrafią zdziałać cuda (najlepszy przykład ubiegłoroczny finał Pucharu Polski w Kielcach). Ale to już nie jest zasługą trenera, za którego kadencji nafciarze grają najgorszą piłkę od lat i przegrywają w stylu, który nie przystoi drużynie tak utytułowanej. Pod tym względem nawet sami zawodnicy nie pamiętają sezonu naznaczonego tak spektakularnymi wpadkami jak porażki z Kiperem, Chrobrym, Travelandem, MMTS-em.

Jeśli chodzi o ocenę pracy trenera, złoty finał nie może jej zmienić. Sukces jest, ale okupiony wielką ceną. Grupy i podgrupki w drużynie, patrzenie wilkiem na wszystko i wszystkich, lawirowanie - tak pracować się nie da. Efekt? Brak szacunku i jakoś ciężko znaleźć polskich zawodników marzących o przyjściu do Wisły. Nie chcą do Płocka, bo jest tu właśnie Zajączkowski. Łatwiej znaleźć graczy, którzy swoją decyzję o dalszym reprezentowaniu naszej drużyny uzależniają od tego, czy ktoś rozsądnie pomyśli o budowaniu silnej drużyny od zmiany trenera. I od przyjścia takiego, który będzie ich chociaż szanował i będzie miał autorytet, niezależnie od stopnia twardości ręki.

Różne nazwiska, ani jednego sensownego

Może ten problem był już dawno rozwiązany, gdyby rządził nim prezes z prawdziwego zdarzenia, niedający sobie w kaszę dmuchać, niebojący się podjąć ryzyka, mający własne zdanie i broniący go za wszelką cenę. Przecież są w klubie ludzie, którzy znają się na swojej pracy, tylko trzeba im pozwolić działać, trzeba im zaufać i dać wolną rękę. A nie patrzeć na ręce i kazać wszystko robić na podstawie własnego widzimisię.

Panowie prezydenci, w kwestii sportowej jesteście kibicami. Na pewno wielkimi i wiernymi Wiśle, ale tylko kibicami.

No i doszliśmy w końcu do wyboru nowego prezesa, który ma zostać dokonany na dniach. Pojawiają się różne nazwiska i... ani jednej rozsądnej kandydatury. Czy tak trudno znaleźć menedżera z prawdziwego zdarzenia? Myślę, że ten problem dałoby się rozwiązać, chyba że władze miasta szukają osoby, która będzie robić wszystko pod ich dyktando. A to jest niedopuszczalne, tak samo jak niedopuszczalne jest zatrudnianie, a nawet branie pod uwagę jako kandydata Jacka Kruszewskiego, szefa Stowarzyszenia Sympatyków Klub Wisła Płock. Szanuję Jacka jako kibica i faceta, któremu dobro Wisły leży na sercu. Ale właśnie tym powinien się zająć. To robi najlepiej. Profesjonalny klub, to miejsce dla profesjonalisty. Jacku, tak będzie lepiej dla ciebie. Tylko tak sprawisz, że ludzie nadal będą cię szanować i się z tobą liczyć.

Kibice na głowach

Jeszcze jedna sprawa z kibicami związana. Za skandaliczne uważam, że klub właściwie pozwolił sobie im wejść na głowę. W budynku klubowym, w którym powinni właściwie przebywać po meczu tylko zawodnicy, sędziowie, trenerzy, rodziny zawodników, dziennikarze, nagle znalazło się miejsce dla kilkudziesięciu "kibiców" obwieszonych stosownymi przepustkami. Byłem świadkiem jedynego takiego w historii Wisły wydarzenia, gdy z jednej strony fani szturmowali ogrodzenie, a z drugiej "dopingowali" ich właśnie ci kibice znajdujący się w strefie nie dla nich przeznaczonej. "Kiedyś jeden działacz powiedział mi: wszyscy piłkarze to dziwki i ja wam mówię, że wszyscy piłkarze to dziwki" - powtarzał to zdanie namiętnie członek władz SSKWP.

To ja, Andrzej Zarębski, nie życzę sobie, żeby tacy ludzie mieli cokolwiek wspólnego z klubem, który ma być nie tylko dumą Płocka, ale i całego Mazowsza.