Jonas Davidsson: Wreszcie polubiłem bydgoski tor

- Denerwowałem się na meczu w Poznaniu. Wolałem nie myśleć, co by było, gdyby któregoś z nas dopadł wtedy jakiś defekt. W Bydgoszczy jeździ mi się coraz lepiej - mówi 24-letni żużlowiec Jonas Davidsson, broniący barw pierwszoligowej Polonii


Mikołaj Rogoziński: Polubił pan już bydgoski tor?

Jonas Davidsson: Jest pod tym względem dużo lepiej niż przed rokiem. Z trzech spotkań w Bydgoszczy wyszły mi dwa, zawiodłem tylko z Lotosem. Nie mogę powiedzieć, żeby to był mój ulubiony obiekt, ale długie treningi robią swoje i jeździ mi się tu coraz lepiej.

Zdobył pan 11 punktów dla Polonii w ostatnim meczu z Lokomotivem Daugavpils. Wygląda na to, że problemy z początku sezonu to już historia?

- Nie mam powodów do narzekań w polskiej lidze. Od kilku tygodni rzeczywiście forma rośnie. Cieszę się zwłaszcza w kontekście startu w Grand Prix w Goeteborgu. Dostałem dziką kartę od organizatorów i zamierzam tam powalczyć o dobry wynik.

Jaka pozycja zadowoli pana 24 maja przed własną publicznością?

- Im wyższa, tym lepsza. Chciałbym awansować do półfinałów, to taki mój plan minimum. Dalej na razie nie wybiegam. W półfinałach każdy może wygrać z każdym. To trochę loteria, dużo zależy od pól startowych. Widać to było w Krsko, ale także w ostatnim Grand Prix w Lesznie. Trzeba mieć trochę szczęścia.

Co jest kluczem do pańskiej skutecznej jazdy?

- Po prostu się rozjeździłem, mam dużo jazdy. Startuję w Polsce, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Do tego wcześnie zacząłem sezon w rozgrywkach o Tarczę Petera Cravena. Coraz lepiej dogaduję się także ze swoimi motocyklami.

Pamięta pan jakieś szczególnie stresujące momenty z tego sezonu w Polonii?

- Zawsze mówi się, że żużlowcy wyłączają emocje przed startem, a przynajmniej robią wiele, żeby rzeczywiście tak było. Ja nie jestem wyjątkiem i staram się nie rozpraszać, bo to mogłoby tylko zaszkodzić. Ale tak, były takie momenty. Bardzo stresujący był mecz w Ostrowie Wielkopolskim. Nie pamiętam jakichś szczególnych momentów, ale przez całe spotkanie jechaliśmy na styku z Intarem i kosztowało nas to sporo nerwów.

A mecz z Poznaniem?

- No, to była prawdziwa wojna nerwów. Fatalnie zaczęliśmy i później musieliśmy gonić PSŻ. Najgorszy był ostatni wyścig. Kibice to lubią, ale zawodnicy wolą jednak, żeby wszystko rozstrzygało się trochę wcześniej. Jechałem z Andreasem Jonssonem i naszym zadaniem było dowiezienie biegowego remisu. Wszystko skończyło się dobrze, bo pilnowaliśmy, żeby ostatni przyjechał Adam Skórnicki. Wolałem nie myśleć, co by było, gdyby któregoś z nas dopadł wtedy jakiś defekt.

W ostatnią niedzielę nie mieliście problemów z pokonaniem Lokomotivu. Łotysze przegrali 32:60. Czy to naprawdę taki słaby zespół?

- Poszczególni zawodnicy Lokomotivu mieli problemy z naszym torem. Wyjątkiem byli bracia Łagutowie, którzy są naprawdę nieźli i nawet na obcym stadionie potrafili wygrywać z nami wyścigi. Reszta zespołu z Łotwy była bardzo wolna, co nie znaczy, że to słaby zespół. Końcowy wynik jest chyba nawet za wysoki, bo w drugiej części meczu było trochę ciekawego ścigania.

Rozmawiał Mikołaj Rogoziński



Jonas Davidsson 2008:

RKM Rybnik - Polonia: 7 pkt, Polonia - Lotos Gdańsk: 2, Intar/Ostrów Wlkp. - Polonia: 8, Polonia - GTŻ Grudziądz: 9, PSŻ Poznań - Polonia: 11, Polonia - Lokomotiv: 11