Za indyka? To też korupcja

Trener Jarosław Kotas zgłosił we wrocławskiej prokuraturze, że sędzia Mirosław Cyrson ustawiał mecze. - Nie zamiatamy podejrzeń pod dywan, wyjaśnimy tę sprawę - mówi prezes Pomorskiego Związku Piłki Nożnej Henryk Klocek
Łukasz Pałucha: Co zamierza pan zrobić ze sprawą, którą zgłosił do związku i do prokuratury we Wrocławiu trener Jarosław Kotas?

Henryk Klocek: Sprawa została przekazana do naszego wydziału dyscypliny, powiadomiony został przez nas także Polski Związek Piłki Nożnej. Jesteśmy uczuleni na te sprawy, nie będziemy zamiatać ich pod dywan, jak niektórzy sugerują. Jedną już taką mieliśmy i sędzia [Łukasz Łaga - red.], który złożył ofertę "pomocy" jednemu klubowi, dzięki współpracy wydziału dyscypliny, prokuratury i sądu został skazany na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu, a my wystąpiliśmy do PZPN o wykreślenie go ze struktur. I tak też się stało.



Komu teraz pan teraz wierzy, trenerowi Kotasowi czy sędziemu Cyrsonowi?

- Dzisiaj nie mogę nie wierzyć ani panu Kotasowi, ani panu Cyrsonowi. Nie mogę zająć stanowiska, bo znam zbyt mało faktów. Sprawa jednak już ruszyła, nabrała toku. Będzie rozpatrywana przez nasz wydział dyscypliny. Jest w nim dwóch prawników i jest także przedstawiciel policji, którzy metodą przesłuchań będą prowadzić własne śledztwo i dochodzić prawdy. Prokuratura we Wrocławiu jeszcze się nas o nic nie pytała, ale jesteśmy gotowi do współpracy.



Dlaczego zwlekaliście z zajęciem się tą sprawą? Trener Kotas przychodził z nią do was kilka razy.

- Wcześniej zwracał się do pana Jerzego Kacprzaka [wiceprezes ds. sędziowskich - red.], ale mimo że ten prosił go o przysłanie wszystkiego na piśmie, trener Kotas go nie posłuchał. Nie było więc podstaw do wyjaśnienia sprawy. Słowa wypowiadane po wpływem emocji znaczą mniej niż przemyślane pismo. Kotas dużo i szybko mówi, ale nie zawsze ma to sens. Twierdzi, że Cyrson jest naszą czarną owcą, więc to sprawdzimy. Ubolewam tylko, że tak późno zacznie się oficjalne działanie, ale lepiej późno niż wcale. Powiedziałem, żeby zgłosił to do prokuratury.



Sędzia Cyrson w tym sezonie znów poprowadził mecz drużyny Kotasa i znów, według trenera, oszukał ich.

- Następnego dnia po wizycie w związku pana Kotasa pan Cyrosn miał sędziować mecz Unia Tczew - Orkan Rumia [tę drużynę prowadzi Kotas - red.], dlatego zapytałem go, czy w związku z tymi podejrzeniami i oskarżeniami nie należy dokonać zmiany arbitra. Odpowiedział, że nie, ale potem znów miał pretensje. Mówił, że sędziował słabo, że lała się krew, że grali w "11" przeciwko "14". Tymczasem w arkuszu obserwacyjnym Cyrson dostał wysoką ocenę. Wcześniej też miał pozytywne oceny.



Czy czuje pan, że pomorska piłka jest teraz czysta? Nie boi się pan, że sprawa sędziego Cyrosna spowoduje lawinę, która pokaże, że piłka na Pomorzu ma mało wspólnego z zasadami fair play?

- Czy to uruchomi lawinę, to się okaże. Nie chcę gdybać, jestem prezesem związku i w gdybanie się nie bawię. W jednej kolejce odbywa się w naszym regionie 300 meczów i jeszcze tej samej nocy mam minimum 10 telefonów ze skargami na sędziów. Nawet jak chłopak po prostu się pomyli, to już go wiozą do Wrocławia. Bo taka jest moda. Ale tak naprawdę o korupcji nikt na serio nie wspomina. Jak się ktoś zwróci z takim tematem, to na pewno nie pozostawimy tego bez echa. Obecnie osobiście nic nie wiem o tego typu sprawach, a jestem pewien, że moi współpracownicy poinformowaliby mnie o ich istnieniu.



Jeśli ktoś zgłosi się do was i powie o korupcji, która miała miejsce 10 lat temu, to zajmiecie się też tą sprawą?

- To trudne pytanie, uważam, że musi przyjść w końcu taki moment, że postawi się w końcu kreskę. Jeśli słyszę, że w B-klasie za skrzynkę piwa jedna drużyna oddaje drugiej wygraną, to nie jest przyjacielski gest, ale korupcja. Słyszałem, że ładnych kilka lat temu na wiosce opędzlowali mecz za indyka. Trzeba to napiętnować, ale ciężko byłby rozpatrywać te wszystkie sprawy z przeszłości. Ale to dobrze, że tyle mówi się o korupcji. Moim zdaniem wygasiło to chęć korupcji w niższych ligach, czyli zjedzenia dobrego obiadu czy wypicia kieliszka alkoholu za mecz.



Jeśli nie oczyści się piłki, to odejdą z niej ludzie, którzy poświęcają na nią swoje oszczędności, swój czas.

- Zależy mi na tym, żeby ludzi nie zniechęcić do piłki, szczególnie tej mniejszej. Ale boje się też, aby poprzez niezasłużoną krytykę nie zniechęcić ludzi pracujących w związku. To pasjonaci, którzy nie biorą za to złotówki. Pokrywamy im tylko koszty przyjazdu, częstujemy kawą i herbatą i kupujemy ciasteczka, bo słone paluszki już się przejadły, a oni poświęcają swój czas i muszą zatwierdzić trzysta sprawozdań z meczów, wydać orzeczenia, ewentualne kary i szybko wysłać to do klubów.