Koszykarki Wisły znów najlepsze w kraju!

Jeszcze trzy sekundy przed końcem Wisła przegrywała w Gdyni trzema punktami. Wtedy zupełnie niewidoczna do tej pory Anna DeForge specjalnie spudłowała rzut osobisty, zebrała piłkę i cudownym rzutem przez ręce dwóch rywalek doprowadziła do dogrywki. W doliczonym czasie wiślaczki zapewniły sobie 20. tytuł mistrzyń Polski
Rywalizacja Lotosu z Wisłą Can-Pack jak zwykle była zacięta. Zanim doszło do siódmego spotkania, krakowianki miały szanse świętować tytuł już w piątek we własnej hali. Nie wykorzystały jednak tego atutu. A Lotos grał jak natchniony od samego początku. Za sprawą Dominique Canty i Chamique Holdsclaw przyjezdne wygrały pierwszą kwartę ośmioma punktami. Zdecydowana obrona, skuteczność w ataku i szkolne straty krakowianek pozwoliły realizować taktykę nakreśloną przez Romana Skrzecza. Wisła mogła zatrzymać Lotos tylko faulami - każda zawodniczka z pierwszej piątki gospodyń miała na koncie przewinienie.

W drugiej części spotkania gdynianki poszły za ciosem i po trzech kolejnych akcjach Holdsclaw prowadziły nawet 14 punktami. Reakcja Wojciecha Downara-Zapolskiego była natychmiastowa, choć mocno spóźniona. Zagraniczne zawodniczki zawodziły, więc na parkiecie pojawiła się Agnieszka Pałka. Zaczęła wygrywać pojedynki pod tablicą, a nawet blokować Amerykanki. Po jej celnym rzucie zza linii 6,25 metra przewaga Lotosu stopniała do pięciu punktów.

Pogoń krakowianek ubarwiła w trzeciej kwarcie piękna trójka Anny Wielebnowskiej, która dała im pierwsze prowadzenie w meczu (42:41). Wynik zmieniał się jak w kalejdoskopie, ale przed czwartą odsłoną spotkania Wisła wciąż prowadziła jednym punktem.

Wówczas nadeszło feralne pięć i pół minuty apatii. Anna DeForge zawodziła jak przez cały sezon, roli skutecznego jokera tym razem nie zagrała Marta Fernandez. Jelena Skerović słaniała się na nogach, podczas gdy jej odpowiedniczka w drużynie Lotosu Dominique Canty zagrała pełne 40 minut i rzuciła 22 punkty, tyle samo co Holdsclaw.

Gdy za pięć przewinień z boiska zeszła Wielebnowska, na ławce Lotosu rozpoczęło się świętowanie. - W finałach nie ma czegoś takiego jak atut własnego boiska - mówił z nadzieją trener Downar-Zapolski.

Mecz piątkowy

Wisła Can-Pack Kraków 60

Lotos Gdynia 69

Kwarty: 16:24, 21:17, 15:10, 8:18.

Wisła: Braxton 17, Wielebnowska 14, Dupree 11, DeForge 7, Skerović 6, Pałka 5, Krawiec, Fernandez.

Lotos: Canty, Holdsclaw po 22, Beard 10, Maksimović, Waligórska po 6, Breitreiner 3, Snytsina, Leciejewska.



Jak się okazało wczoraj, wiara szkoleniowca sprawiła niemal cud. Ale po kolei. Pierwsza kwarta była bardzo zacięta. Przez osiem minut żadnej drużynie nie udało się odskoczyć. Kiedy za trzy punkty trafiła Alana Beard, wydawało się, że to Lotos złapał rytm.

Trener krakowianek nie bał się jednak robić zmian. Już w pierwszej kwarcie wpuścił cztery zawodniczki i wszystkie mu się odwdzięczyły. Dwiema akcjami z rzędu wyrównała Ewelina Kobryn, a rzuty z dystansu Agnieszki Pałki i Natalii Trafimawej dały Wiśle prowadzenie.

Czwarta zmienniczka Marta Fernandez obudziła się w drugiej kwarcie, kiedy przyjezdne przez trzy minuty nie mogły trafić do kosza. W końcu dwa razy zrobiła to Hiszpanka, ale gwiazdą tej części była Anna Wielebnowska. Na dodatek krakowianki doskonale grały w obronie i szybko zaczęły odskakiwać rywalkom, które przez 15 minut grały wyłącznie jedną piątką. Zmęczenie dało znać o sobie, najlepiej wykorzystała to Wielebnowska, która dwukrotnie trafiła z dystansu. Po drugim rzucie zza linii 6,25 metra Wisła wygrywała nawet 10 punktami (40:30).

- Brakuje nam determinacji, w obronie stoimy i przyglądamy się, co zrobi Wisła. Mamy zaledwie cztery faule po dwóch kwartach, a to oznacza, że nie walczymy - narzekał w przerwie Roman Skrzecz, trener Lotosu.

W szatni musiało paść dużo ostrych słów, bo na trzecią kwartę gdynianki wyszły mocno skoncentrowane. Zaczęły twardo bronić, tak jak oczekiwał szkoleniowiec, i efekty przyszły bardzo szybko. Co prawda koszykarki Lotosu zaczęły od pięciu indywidualnych akcji, z których każda zakończyła się niecelnym rzutem, ale wiślaczkom w ataku szło jeszcze gorzej. Gospodynie w niespełna dziewięć minut doprowadziły do remisu (49:49), nie do zatrzymania była Beard dobrze wspierana przez Canty.

W czwartej kwarcie coraz lepiej radziły sobie gdynianki, które nawet jeśli nie trafiały, to zbierały piłkę w ataku i dobijały (w całym meczu oddały 69 rzutów za dwa punkty, Wisła - 41). Obudziła się Holdsclaw i Lotos wygrywał czterema punktami (73:69). Czas wziął trener Downar-Zapolski. - Believe [wierzcie - przyp. red.] - powtarzał zawodniczkom.

Na parkiecie jego słowa do serca najbardziej wzięła sobie Skerović, która poderwała do walki koleżanki. Wiślaczki faulowały i liczyły, że rywalki nie będą trafiały osobistych. To samo robiły gdynianki, by uniemożliwić krakowiankom próby rzutów za trzy punkty. Nie przewidziały jednak szalonego pomysłu DeForge. A w szaleństwie jest czasem metoda. Cztery sekundy przed końcem Amerykanka stanęła na linii rzutów osobistych. Pierwszego trafiła i było 79:76 dla Lotosu. Drugiego specjalnie spudłowała, rzuciła się za piłką, złapała i przez ręce dwóch rywalek trafiła do kosza równo z syreną. Coś niesamowitego - 79:79 i dogrywka.

Po tym fantastycznym rzucie w doliczonym czasie gry gdynianki już nie podjęły walki. Wreszcie obudziła się zupełnie niewidoczna Candice Dupree, która dwa razy trafiła w kluczowych momentach, DeForge nie myliła się z linii rzutów osobistych (cztery punkty), pięć punktów dołożyła Braxton i wiślaczki po raz trzeci z rzędu mogły cieszyć się z mistrzostwa Polski.

Lotos Gdynia 85

Wisła Can-Pack Kraków 92

Kwarty: 19:22, 13:18, 20:15, 27:24, 6:13 (dogrywka).

Lotos: Canty 24, Beard 22, Holdsclaw 17, Maksimovic 12, Leciejewska 6, Waligórska 4, Breitreiner, Snicyna.

Wisła Can-Pack: Skerovic 19, Wielebnowska 18, Braxton 14, DeForge 14, Dupree 11, Trafimawa 5, Fernandez, Kobryn po 4, Agnieszka Pałka 3.