Sport.pl

Młoda Legia atakuje, za Rybusem pójdą kolejni

- Maciek Rybus był na testach w Legii już półtora roku temu. Potem jednak wyjechał na Zachód. Trochę się namęczyłem, żeby znowu go ściągnąć. Tak jak i Ariela Borysiuka - mówi Marek Jóźwiak, szef skautingu w warszawskim klubie
Tak on, jak i obiektywni obserwatorzy przyznają, że jeszcze nigdy młodzież w Legii nie atakowała tak szeroką ławą. Przez lata Tomasz Jarzębowski czy Radosław Wróblewski byli jedynymi, którzy trafili z rezerw do pierwszej drużyny. Teraz dzięki dwóm golom 18-letniego Macieja Rybusa drużyna Jana Urbana wygrywa z Wisłą Kraków. 16-letni Ariel Borysiuk trafia z Odrą Wodzisław, stając się najmłodszym strzelcem w historii klubu, a drugim w całej historii ekstraklasy (po słynnym Włodzimierzu Lubańskim). Niewiele starszy Przemysław Wysocki rywalizuje z Tomaszem Kiełbowiczem czy Jakubem Wawrzyniakiem o miejsce na lewej obronie. Wojciech Trochim już strzelił dwa gole w Pucharze Ekstraklasy i miał ofertę z angielskiego Middlesbrough. Kamil Majkowski ogrywa samego Marcina Baszczyńskiego.

A są jeszcze wciąż schowani w zespole Młodej Ekstraklasy Damian Zbozień, Maciej Świdzikowski czy Radosław Mikołajczak. W tej sytuacji ci, którzy przekroczyli 20. rok życia, jak Jakub Rzeźniczak, Maciej Korzym czy Marcin Smoliński, to prawie weterani. Ten ostatni był kiedyś obwołany odkryciem roku, teraz sobie nie radzi. To tylko przykład, że dobry początek to jeszcze nie wszystko. - Jednak trzeba zachowywać proporcje. Młodzież świetnie się spisuje, ale nie można na niej opierać całej gry. Musi być wsparta doświadczeniem - przestrzega kapitan Legii Aleksandar Vuković.

- Pierwsze śliwki robaczywki. W Legii trzeba bardzo uważać, żeby się nie zagubić. Na razie ta nasza młodzież jednak bardzo dobrze sobie radzi. Przy Jasiu Urbanie mają większą szansę się rozwinąć niż przy jakimkolwiek innym trenerze. Ciągle sprowadzamy nowych. Ostatnio przyszedł Mateusz Romachow, rocznik 1993. Duży talent. Właściciele klubu zapalili zielone światło dla młodych. Mam sieć współpracowników. Trenerzy z naszej Akademii Piłkarskiej monitorują cały kraj, każdy podległy mu rocznik. Odnowiłem też kontakty z kolegami, z którymi kiedyś grałem. To teraz bardzo się przydaje - mówi Jóźwiak.

- Nie każdego jest łatwo sprowadzić. Rybusa miałem w Warszawie półtora roku temu. Ale potem zaczęto go wozić po zagranicznych klubach. Jednak nawet jak był na testach w Wolfsburgu, to do niego wydzwaniałem i namawiałem, żeby przyszedł do Legii. Teraz jest trochę przytłumiony rozgłosem. Przypomina mi Rogera, gdy ten jeszcze grał na lewej pomocy. Jest jednak bardziej od niego dynamiczny, krępy, zbity. Borysiuka jeździłem oglądać do Francji, gdy grała tam kadra prowadzona przez Michała Libicha. Ariel w Polsce bawił się z przeciwnikami, miał charakter, umiejętności. Interesowały się nim też zagraniczne kluby. Chciałem zobaczyć, jak wygląda na tle bardziej wymagających rywali. I też dobrze wyglądał. Wywodzi się z bardzo kochającej rodziny. Musiałem obiecać jego mamie, że będę nim się opiekować w Warszawie. Każdy przypadek jest inny. Wojtek Trochim nie ma taty. Też musiałem wszystko ustalić z mamą. Taki Przemek Wysocki z kolei to już ułożony chłopak. Według mnie to gracz meczowy. Na treningach może być słabiej, ale w meczach nie popełnia błędów. To niedługo będzie prawdziwy zawodnik - zachwala Jóźwiak sprowadzonych przez siebie piłkarzy.

Zanim Mirosław Trzeciak został w Legii dyrektorem sportowym, skaut sprowadzał też "gotowych" piłkarzy do pierwszego zespołu. - Nadal się rozglądam. Zwłaszcza ostatnio, jak Mirka nie było. Niedawno byłem w Turcji, Portugalii, Mołdawii, na Słowacji. I jeszcze pojeżdżę. Mamy na oku kilku ciekawych chłopaków. Ale póki nie zapadły decyzje, nie mogę podawać nazwisk. Żałuję, że przepisy nie pozwalają sprowadzać z zagranicy piłkarzy do Młodej Ekstraklasy. Nie musielibyśmy za parę lat kupować ich za duże pieniądze. Niestety w MESA nie mogą grać cudzoziemcy, jeżeli nie grali wcześniej w pierwszym zespole albo od trzech lat już nie są w Polsce - żałuje szef legijnego skautingu.

Tylko na przypomnienie, że kiedyś umknął mu Radosław Majewski, którego ze Znicza Pruszków wyłowił Groclin, a który teraz jest reprezentantem Polski, lekko się burzy. - Wcale mi nie umknął. Kilka razy zapraszałem go na testy, ale on nie chciał. Dla niego to lepiej, że poszedł do Groclinu, do znajomego trenera. Wtedy Legia miała bardzo silną linię pomocy, był inny sztab szkoleniowy i pewnie by się nie przebił.