Nafciarze w finale: Wisła - MMTS 28:21 (17:8)

Szczypiorniści Wisły nie zostawili kwidzynianom złudzeń, komu należał się awans do finału. Znów tworzyli zespół, znów byli nieustępliwi, znów byli wyraźnie lepsi. No i ten niesamowity Witalij Nat, który sam zdobył jedną trzecią bramek. - A teraz będziemy bić się o złoto - cieszył się po meczu reprezentant Ukrainy
Nikt inny, tylko nafciarze potrafią kibiców wprawić w taki nastrój. Od totalnej klapy i upokorzenia, jakiego doznali jeszcze w środę w Kwidzynie, po efektowny powrót dający im co najmniej wicemistrzostwo Polski. - Jakie wicemistrzostwo? Nas interesuje złoto - oburza się ze śmiechem skrzydłowy Wisły Witalij Nat. A właśnie Nat zdecydowanie wyróżniał się na tle pozostałych gospodarzy. Bo choć Wisła znów tworzyła zespół, a to jest jej największa siła, to jednak gdyby nie jego parcie do przodu, gdyby nie jego walka o każdą piłkę, o każdą kontrę, o każdą bramkę, nastroje na trybunach wypełnionej po brzegi hali Chemika mogłyby być zdecydowanie bardziej stonowane. Dzięki Ukraińcowi próżno było szukać kogoś, kto by nie wierzył, że już w sobotę w Lubinie nafciarze rozpoczną marsz po swoje szóste mistrzostwo Polski.

Kiedy było wiadomo, że będzie to zupełnie inny pojedynek niż ten w Kwidzynie? Już na rozgrzewce. Po pierwsze, trener Bogdan Zajączkowski już nie był tak pewny siebie i chodził zatroskany po parkiecie, co rusz coś objaśniając rozciągającym się zawodnikom. A ci każdą niemal czynność robili tak, jakby zależało od tego ich życie. Skupieni, uważni, z każdą chwilą silniejsi, pewniejsi. I gdy w ruch poszły piłki, moc, z jaką leciały one z jednej strony parkietu na drugą, mogła budzić podziw. To musiało przełożyć się na wynik i przełożyło.

Odrobinę nerwowy początek, który już w 3. min przyniósł dwuminutowe kary Bartosza Wusztera i Sebastiana Rumniaka, nie psuł dobrego wrażenia. Widać było chęć i determinację. Jeszcze do 15. min goście dotrzymywali kroku płocczanom. Trzy gole z rzędu Dmitrija Marhuna (dwa z karnych) dały MMTS-owi remis 7:7. Właściwie to by było na tyle, jeśli chodzi o zespół Zbigniewa Markuszewskiego. Bo wtedy stało się coś, czego szkoleniowiec nie spodziewał się w najczarniejszych snach. Nafciarze tak zdominowali grę, że w kwadrans załatwili sobie zwycięstwo. W obronie grali tak mocno, że zmuszali co rusz rywali do błędów. Późniejsze kontry były zabójcze, a i Zajączkowski wreszcie nie mieszał w składzie. Były zmiany do ataku i do obrony w gronie tych samych zawodników. Ani jednej niepotrzebnej i nieprzemyślanej zmiany więcej. Dość powiedzieć, że przez następnych 12 min zdobyli 9 goli! Świetnie grał Nat, swoje rzucił Michał Zołoteńko, były skuteczne akcje Tomasza Palucha i karne Iwana Pronina. Swoją jedyną bramkę zdobył też w tym czasie Rafał Kuptel. Z 7:7 zrobiło się nagle 16:7 i zwycięstwa Wiśle nic już nie mogło odebrać. Stosunek goli drugiego kwadransa pierwszej połowy to 10:1 dla Wisły!

Tylko w drugiej połowie tempo siadło i gospodarze nie byli już ani tak dokładni, ani tak skuteczni, ale wygrana i awans do finału nawet przez chwilę nie były zagrożone. - Szkoda tylko, że drugą połowę przegraliśmy dwiema bramkami - narzekał zmęczony Nat. - Taki zespół jak my nie powinien sobie nawet w takim momencie pozwolić na chwile słabości. Chcemy być najlepsi, zawsze powinniśmy dążyć do zwycięstw jak największą różnicą bramek. Mnie interesuje takie właśnie granie.

Wisła Płock - MMTS Kwidzyn 28:21 (17:8)

Wisła: Marszałek, Wichary - Niedzielski 3, Nat 9, Pronin 6 (5), Paluch 2, Kuptel 1, Wuszter 3, Zołoteńko 4, Twardo, Rumniak CZ (z gradacji kar), Malesa;

MMTS: Gawlik, Suchowicz - Krieger, Mroczkowski, Peret, Marhun 8 (4), Urbanowicz, Markuszewski, Witaszak 4 CZ (z gradacji kar), Rombel 2, Seroka 1, Janiszewski 3, Czertowicz 3, Waszkiewicz.

Kary: Wisła - 18 min; MMTS - 10 min.

Sędziowali Arkadiusz Sołodko i Leszek Sołodko (Warszawa).

Widzów ok. 1000.