Opowieść o Jerzym Wilimie, legendzie Szombierek i Górnika

Wychodzi w górę, odchyla szyję, chce trafić w piłkę, ale... uderza w głowę rywala. Pada na ziemię bez ducha, z uszu płynie mu krew... Warto przypomnieć historię Jerzego Wilima, zapomnianego króla strzelców z Bytomia, dwukrotnego mistrza Polski z Górnikiem Zabrze.
O jego niezwykłych strzałach głową krążą legendy. Ponoć piłka odbijała się od czoła Wilima mocniej, niż inni piłkarze strzelali z woleja. - Potrafił tak huknąć, że bramkarzom drżały łydki. Pamiętam, jak nieżyjący już Piotr Brol, bramkarz Polonii Bytom mówił, że jak już Wilim ma strzelać, to lepiej niech robi to nogą, bo łatwiej będzie złapać - opowiada 71-letni Henryk Peszke, przyjaciel "Jorga" - jak sam o nim mówi - i człowiek, który zaciągnął przyszłego króla strzelców piłkarskiej ekstraklasy na boisko Szombierek.

- W strzałach głową niewielu mogło się z nim równać, no, może jeszcze Józek Gałeczka z Zagłębia. Jurek wkładał w uderzenie energię całego ciała. Wychodził w górę, wyciągał szyję niczym żółw ze skorupy i... łubudu. Walił mocno i celnie. Nie znałem drugiego takiego piłkarza, który bez problemu trafiał głową zza pola karnego - wspomina Józef Grząba, który grał z Wilimem w AKS-ie Niwka.

Dziś głowa Wilima już siwa, wiedzie żywot emeryta w niemieckim miasteczku Gladbeck. - Jak mnie pan znalazł? - dopytuje się zdziwiony prośbą o rozmowę. Mimo że 67-letni bytomianin mieszka w Nadrenii Północnej-Westfalii już od 19 lat, to w jego głosie nie słychać nawet nutki niemieckich naleciałości czy akcentu. - W naszym domu mówi się tylko po polsku. Moja wnuczka Sandra przyjechała tutaj, gdy miała raptem półtora roku, a też była wychowana po polsku - tłumaczy.

Rano fedrował, po południu strzelał

Żeby zrozumieć skąd się wzięła niezwykła głowa Wilima, trzeba cofnąć się do lat 40. Na osiedlu fińskich domków w Bytomiu Jerzy i jego młodszy o dwa lata brat Jan idą właśnie do piaskownicy. Nie będą lepić babek, Jurek ściska pod pachą małą szmacianą piłkę. - Janek stawał po jednej stronie piaskownicy, ja po drugiej i graliśmy w "główki". Piłka była lekka, więc żeby zaskoczyć przeciwnika, trzeba było ją uderzyć bardzo mocno i celnie - uśmiecha się.

- Na tych fińskich domkach go wypatrzyłem. Trenowałem już wtedy w Szombierkach i pomyślałem, że taki chłopak nam się przyda - wspomina Peszke, piłkarz i trener Szombierek.

- Tak było! Szombierki to był mój klub, moje miejsce. Wie pan, w dowodzie to ja mam wpisane, że urodziłem się w Chorzowie, brat w Katowicach. Ale to były czasy okupacji. Mama jechała tam, gdzie był szpital - opowiada.

Wilim grał w Szombierkach przez prawie 20 lat. Po południami uganiał się za piłką, a rano fedrował węgiel w kopalni Szombierki. - Pewnie, że zjeżdżałem na dół. To jednak nie była normalna dniówka. Pracę zaczynałem o godz. 7 rano, a już w południe byłem w łaźni. Wtedy narzekałem, a teraz się z tego cieszę, bo mam górniczą emeryturę - wyjaśnia.

Z okresu spędzonego w bytomskim klubie Wilim najmilej wspomina rok 1964, gdy zdobył tytuł króla strzelców. Rywalizacja o to miano była wtedy niezwykle wyrównana. Pierwszy raz w historii ligi tytułem podzieliło się aż trzech piłkarzy: Wilim z Szombierek, Józef Gałaczka z Zagłębia i Lucjan Brychczy z Legii Warszawa; wszyscy strzelili po 18 goli.

Wszystko rozstrzygnęło się w ostatniej kolejce. Zagłębie grało już w sobotę. Niesamowity Gałeczka trafił dwa razy i poprowadził zespół z Sosnowca do wygranej z Pogonią Szczecin. - W tym momencie wyprzedził mnie o dwa gole, ale przede mną było jeszcze 90. minut - mecz z Legią i bezpośrednia rywalizacja z Brychczym - wspomina.

Szombierki zagrały świetne spotkanie i pokonały rywala ze stolicy aż 3:1, a co najważniejsze - dwie bramki zdobył Wilim! Ale dla Legii trafił Brychczy, który tym samym zrównał się w ilości bramek z napastnikami naszych klubów.

- Tak po prawdzie, to Brychczemu pomogli sędziowie. Gol był bowiem samobójczy, trafił Paweł Hajnisz. Ale co tam, radość i tak była wielka - uśmiecha się Wilim. - Dobrze pamiętam ten mecz, bo to było dzień po moim ślubie. Żona i goście bawili się jeszcze w Świerklańcu, a ja sobie w piłkę grałem. Najbliżsi mogli nas sobie pooglądać tylko w telewizorze, bo bezpośrednia transmisja była - żartuje Peszke. Po zdobyciu tytułu Wilim zorganizował bankiet. - Cały Bytom cieszył się razem ze mną. Chciałem podziękować kolegom - wyjaśnia.

"Wicherka" nie zatrzymasz

Kto myśli, że Wilim strzelał tylko głową, jest w wielkim błędzie. To nie przypadek, że koledzy ochrzcili go mianem "Wicherka". - Był szybki jak wiatr. Gubił rywala na kilku metrach - zachwyca się Peszke.

Grząba: - Jurek nie miał pięknej piłkarskiej sylwetki. Stopy stawiał trochę do boku, jak kaczka, ale jak już się rozpędził, to nie było zmiłuj. Do tego był świetnie wyszkolony techniczne. Prawa, lewa noga - to dla niego nie miało żadnego znaczenia.

Wilim strzelił w polskiej lidze 99 goli. - Trochę szkoda, że nie 100... - żałuje.

Trudno, żeby niezwykłego talentu do zdobywania bramek nie dostrzegły kluby lepsze i bogatsze od Szombierek. Zgłosił się Górnik Zabrze. Chociaż plotka głosi, że zabrzanie początkowo chcieli wtedy jego brata Jana. - To był dla mnie dobry czas. Dwa tytuły mistrza Polski z Górnikiem zdobyłem. Do tego Puchar Polski. Medale i pamiątki z tamtych dni do dziś trzymam na specjalnej półce. Człowiek na nie spojrzy i już mu się cieplej na duszy robi - tłumaczy Wilim, który ceni też sobie występy w reprezentacji Polski. Zagrał w ośmiu meczach, strzelił cztery gole - a pierwszym trenerem, który na niego postawił, był Wiesław Motoczyński w roku 1963.

W Zabrzu Wilim zapracował na taką markę, że zapragnęli go mieć w swoim składzie działacze holenderskiej drużyny Telestar Ijmuiden. - Wracałem wtedy do formy po pechowym meczu w Warszawie. Antoni Trzaskowski rozwalił mi kolano. Byłem strasznie zły, bo Górnik zaraz po meczu z Legią jechał na trzy tygodnie do Hiszpanii. Tymczasem ja wsiadłem w auto i razem z Marianem Olejnikiem [były piłkarz, a wtedy kierownik drużyny - przyp.red.] wróciłem do Zabrza. Zaraz trafiłem do szpitala, noga spuchła mi jak bania. Musieli mi zoperować łękotkę - opowiada.

Holendrów jednak to nie odstraszyło. - Rozmowy prowadził prezes Eryk Wyra. Myślałem, że nic z tego nie wyjdzie, a tu nagle usłyszałem - "pakuj się, jedziesz do Holandii" - śmieje się.

W drugoligowym klubie z Ijmuidem Wilim grał prawie dwa lata. Mimo że od tamtych dni minęło już ponad ćwierć wieku, holenderscy kibice wciąż pamiętają niesamowitego Ślązaka. Leen Prins, były prezes Telstaru, pytany o najlepszego piłkarza w historii klubu w pierwszej trójce wymienia właśnie Wilima!

- Pamiętam, że po moim przyjeździe zaczęliśmy od porażki, ale potem było już tylko lepiej. Szybko awansowaliśmy do czołówki. Mieszkałem sobie u polskiej rodziny. Niby niczego mi nie brakowało, ale strasznie tęskniłem za rodziną. Żona dostała co prawda zgodę, by do mnie przyjechać, ale nasza córka Karina już nie. Partia bała się, że jak rodzina będzie w komplecie, to już do Polski nie wróci - opowiada Wilim.

Nie żal ci starych kości?

W końcu umęczony tęsknotą piłkarz wrócił sam. Przez rok pograł w swoich Szombierkach i znowu wyjechał, tym razem do Francji - podpisał kontrakt ze Stade Rennais. - Co ciekawe, polecili mnie... Holendrzy! Pojechałem w lutym. Bałem się o swoją formę, bo w tym czasie biegałem sobie tylko po parku. Leżał śnieg, więc o grze w piłkę nie było mowy. Przyjechałem w piątek, a już w sobotę mój nowy zespół grał z liderem z Laval. Spotkanie miało wyjątkową oprawę, zaczęło się o 20.30. Działacze mówili - "patrz, ilu ludzi przyszło cię obejrzeć". Na stadionie było ponad 30 tysięcy osób, siedzieli nawet na masztach oświetleniowych. To był rekord, bo zazwyczaj na mecze Rennais przychodziło około ośmiu tysięcy osób. Oj to był piękny wieczór. Wygraliśmy 3:1, strzeliłem dwa gole! Ludzie mnie pokochali - wspomina się Wilim.

Potem scenariusz się powtórzył, brak rodziny, tęsknota i powrót do domu - tym razem do AKS-u Niwka. Tam spotkał Józefa Grząbę. - Zaprzyjaźniliśmy się. Razem jeździliśmy na wakacje do Łukęcina. To dzięki niemu moja córka ma na imię Karina. Wyprosił to mój starszy syn, który tak lubił córkę Jurka, że nie wyobrażał sobie, żeby jego siostra mogła mieć inne imię - śmieje się Grząba.

W klubie z dzielnicy z Sosnowca Wilim grał aż do 42 roku życia. Pewnie trwałoby to dłużej, gdyby nie fatalna kontuzja.

- To było na boisku w Jastrzębiu. Ciągle mam to przed oczami. Jurek wychodzi w górę, odchyla szyję, chce trafić w piłkę, ale ...uderza w głowę rywala. Padł na ziemię bez ducha, z uszu popłynęła mu krew - smuci się na samo wspomnienie Grząba.

- Miałem przebite ucho, wstrząśnięcie mózgu. Zabrali mnie do szpitala w Jastrzębiu. Co prawda szybko wyszedłem, ale to był już koniec mojej przygody z piłą - mówi. To jednak nie do końca jest prawdą, bo Wilim grał w piłkę jeszcze po pięćdziesiątce w regionalnym klubie z okolic Gladbeck! - Ale to było takie granie dla przyjemności. W końcu żona spytała, czy nie żal mi tych starych kości i tak skończyłem karierę na dobre - tłumaczy. Nie chciał pracować jako szkoleniowiec chociaż wcześniej miał epizody na trenerskiej ławce w AKS-ie Niwka oraz Walce i Sparcie Zabrze.

Wilim mówi, że do Polski już nie wróci. - Nie mam już do kogo. Brat też mieszka w Niemczech. Nie tak daleko, bo w Essen. Jeszcze pracuje, jest dozorcą w szkole. Ja sam staram się zaglądać do kraju, kiedy tylko mogę. Właśnie wróciłem z odpoczynku w Kołobrzegu.

Ze znajomymi spotyka się też w niemieckim miasteczku Recklinghausen podczas cyklicznych spotkań bytomian, których los rzucił na niemiecką ziemię, podczas tzw. Beuthen Treffen. - Zawsze jest kupa wspomnień i śmiechu. Ostatnio długo rozmawiałem z kolegami z Polonii Bytom Ryszardem Grzegorczykiem i Norbertem Pogrzebą - kończy.



Jerzy Wilim

ur. 14.08.1941 r.

kluby: Szombierki Bytom (1952-70, 1974), Górnik Zabrze (1970-72), Stormvogels Telstar (1972-73), AKS Niwka (1975, 1977-79, 1982-84), Rennes (1976-77)

reprezentacja Polski: 8 meczów/4 gole (1963-69)