W kryzysie czy nie z Jagą GKS wygrywa

Wicemistrz Polski z Bełchatowa po pięciu porażkach z rzędu wygrał w Białymstoku. Trener gospodarzy Artur Płatek winą za porażkę Jagiellonii obarczył sędziego Piotra Pielaka z Warszawy.
Trudno przesądzać jednoznacznie to, że pod wodzą Oresta Lenczyka GKS również by się przełamał. Ale patrząc w statystyki, działacze z Bełchatowa mogli spokojnie wstrzymać się ze zmianą trenera po ostatniej porażce z Lechem Poznań (0:3 u siebie). Ich zespół wygrał bowiem aż osiem poprzednich spotkań z Jagiellonią. Zresztą białostoczanie z 14 meczów obu drużyn wygrali tylko raz - w pierwszym spotkaniu 18 sierpnia 1991 r. (w II lidze).

Nowy trener GKS-u Jan Złomańczuk niewiele zmienił w składzie ekipy. W porównaniu do poprzednich wiosennych pojedynków bełchatowianie nie zagrali też na pewno lepiej. Chociaż od pierwszej minuty stopniowo zyskiwali coraz większą przewagę. Często uderzali na bramkę żółto-czerwonych, ale takich naprawdę klarownych sytuacji ku temu nie mieli. Przed przerwą strzelali w sumie dziewięć razy, w tym trzy razy celnie, z czego jednak ani jedna próba nie mogła zaskoczyć Jacka Banaszyńskiego (chyba że , ale do gola jeszcze dojdziemy).

Gospodarze w pierwszej części meczu odpowiedzieli ledwie dwoma celnymi uderzeniami Aleksandra Kwieka, lecz Łukasz Sapela błędu przy nich też popełnić nie mógł. Trener Płatek nie potrafił za to odżałować sytuacji z 14. min rywalizacji. Po wrzucie z autu Maciej Stolarczyk ostro zaatakował w polu karnym Jacka Markiewicza.

- Ewidentny karny - denerwował się szkoleniowiec Jagi.

- Z mojej perspektywy nie było rzutu karnego. Po prostu niefortunnie upadliśmy - zapewniał obrońca GKS-u.

- Z tyłu zostałem pchnięty, ostro zaatakowany. Jeśli to było w polu karnym - Markiewicz zawiesza głos. - Ciężko mi to zresztą samemu oceniać.

Jagiellonia poniosła w tej sytuacji podwójną stratę. Kapitan zespołu padając uszkodził po raz wtóry kontuzjowany już wcześniej bark i już nie był w stanie kontynuować gry. Drużyna straciła więc drugiego (Radosław Kałużny choruje) zawodnika z charyzmą, mającego duży wpływ na ustawianie i motywowanie kolegów na boisku. Mniejsza bowiem o to, że opiekę nad Gargułą musiał teraz przejąć rezerwowy Jacek Falkowski, bo reprezentant Polski z akcji gola i tak nie strzelił.

Bełchatowianie uzyskali prowadzenie, kiedy obraz gry wyglądał zupełnie inaczej niż w pierwszej połowie. Gospodarze po wyjściu z szatni nadal mieli co prawda trudności z rozgrywaniem ataków, ale żywiołowo, ambitnie rzucili się do przodu i zepchnęli przeciwnika do defensywy. Groźnie strzelał z dystansu Falkowski, lecz Sapela przeniósł piłkę nad poprzeczką. Uderzenie Remigiusza Sobocińskiego z rzutu wolnego było zaś trochę niecelne. Tymczasem sędzia odgwizdał przewinienie Dariusza Łatki na Januszu Dziedzicu przy linii bocznej boiska, na wysokości pola karnego białostoczan. Garguła kopnął z rzutu wolnego, fatalnie pomylił się Banaszyński i zrobiło się 0:1.

- Zawsze staram się mocno bić w kierunku bramki - opowiadał bohater meczu. - Jak nie uda się strzelić gola bezpośrednio, to zawsze ktoś może przeciąć trochę podanie i wtedy jest niebezpiecznie.

Jagiellonia z miejsca straciła animusz, jakim naładowała się w przerwie i dzięki któremu na kwadrans osiągnęła przewagę. Od tej pory grała już w ofensywie (bo w defensywie, prócz błędu Banaszyńskiego, było nieźle) tak jak wcześniej, czyli bardzo źle. Mnóstwo niedokładnych podań - krótkich, dalekich, w poprzek i prostopadle. W ten sposób nie da się zagrozić nikomu.

- Gra nie była najlepsza, co biorę na siebie, ale bronię swój zespół - komentował Artur Płatek. - Dwie drużyny walczą o ligowe punkty, a jeden pan przeszkadza na boisku. Po pierwsze nie podyktował nam rzutu karnego w ewidentnej sytuacji. Po drugie gwiżdże nie wiadomo dlaczego rzut wolny, po którym GKS zdobywa bramkę. Rywale normalnie nie mogli, to strzelili tak, jak ten pan chciał.

Przy podłamanych białostoczanach rozpaczliwie starających się jeszcze odmienić losy pojedynku, bełchatowianie stworzyli sobie wreszcie z dwie dogodne sytuacje strzeleckie, ale ze skutecznością nadal mieli kłopoty.

- Liczy się przede wszystkim zwycięstwo - podsumował Łukasz Garguła. - Widać, że drużyna od razu odżyła. Czekaliśmy aż sześć kolejek. Mam nadzieję, że to pomoże nam jeszcze kilkanaście punktów wiosną zdobyć.

Jacek Banaszyński, bramkarz Jagiellonii

Gdybym wcześniej nie zrobił kroku do wrzutki, to byłaby szansa na obronę. Zrobiłem jednak krok i potem po prostu nie miałem z czego wyjść do piłki. To był mój błąd. Garguła dobrze uderzył, a ja byłem źle ustawiony. Generalnie to zespół z Bełchatowa dopiero po strzeleniu bramki grał dużo lepiej od nas. Wtedy zaczęli grać na luzie, tak jak w tamtym sezonie, gdy zdobywali wicemistrzostwo Polski. Grali piłką, ładnie dla oka, ale gdyby nie ta bramka, to prawdopodobnie mecz zakończyłby się remisem.

Maciej Stolarczyk, obrońca GKS-u

- Ostatnie mecze były dla nas trudne przede wszystkim pod względem psychicznym. Zespół stwarzał sobie sytuacje, gra była nienajgorsza, ale nie potrafiliśmy wygrywać. W końcu zaczęliśmy i myślę, że będziemy teraz to kontynuować. Jagiellonia jest niebezpieczna u siebie, chociaż wygraliśmy w pełni zasłużenie, bo byliśmy częściej przy piłce, częściej strzelaliśmy, tylko nie potrafimy jeszcze więcej trafiać do siatki. Ale to wszystko przyjdzie z czasem.