Sport.pl

Szewczyk nie jest fajnym trenerem

- Trenerzy dzielą się na dobrych i fajnych - uważa Ryszard Szewczyk. - Ja fajny nie jestem. A czy dobry? To życie oceni - wzrusza ramionami szkoleniowiec obchodzący 40-lecie pracy
Trawestując słynne powiedzenie o Leninie i partii, można powiedzieć, że gdy w Opolu mówimy o sukcesach opolskich sportowców, to myślimy o sztangistach. A gdy mówimy "sztangiści", to myślimy "Szewczyk".

A tak niewiele brakowało, by w ogóle się w naszym mieście nie pojawił. Bo urodzony 70 lat temu w Horodence, dawnym województwie stanisławowskim, Szewczyk w 1964 roku ukończył Wyższą Szkołę Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. - Chciałem pracować jako trener w Śląsku, byłem związany z tym miastem. Ale usłyszałem, że takich facetów jak ja to oni mają na pęczki - wspomina.

Wylądował w Opolu, bo były to czasy, gdy kierowano do pracy. Trafił do Technikum Ekonomicznego jako nauczyciel przysposobienia wojskowego. Popracował tam kilka lat. - Męczyłem siebie i uczniów, nie wiem po co. Odszedłem w 1972 roku, bo nie nadawałem się na nauczyciela. Zresztą już od 1964 roku prowadziłem zajęcia w Odrze Opole. Gdy z czasem zawodnicy zaczęli osiągać sukcesy i trzeba było więcej czasu im poświęcić, postanowiłem zerwać ze szkołą. Z ulgą dla siebie i dla uczniów pewnie też - opowiada.

Startował też jako zawodnik, ale wielkim sztangistą nie był. - Gdy walczyliśmy o awans do II ligi, to po zawodach o mało nie zemdlałem. Rola zawodnika, trenera, kierowcy, kierownika - to wszystko razem było za dużo. Przestałem dźwigać - wspomina.

To naprawdę wyczyn

W 1989 roku Polski Związek Podnoszenia Ciężarów zwrócił się do Odry Opole, by oddelegowała Szewczyka na trenera kadry narodowej. Odra oświadczyła: "Odejdzie Szewczyk, to zlikwidujemy sekcję sztangistów".

- Sekcja założyła więc nowy klub i w ten sposób powstali Budowlani. Odra zażądała jeszcze, byśmy wzięli zawodników ze zobowiązaniami finansowymi, a także walącą się halę przy ul. Dubois. Przystaliśmy na to. Jako trener kadry brałem ze sobą chłopaków z Opola na obozy reprezentacji, byśmy mogli przetrwać. Udało się, okrzepliśmy jako klub i tak męczymy się do dziś, ale po co o tym mówić? - ucina Szewczyk, który w Budowlanych jest zarówno dyrektorem, jak i trenerem. 

W jego gabinecie - wyposażonym w meble z lat 70. - wisi wspólne zdjęcie z Aleksandrem Kwaśniewskim. - Dla mnie był to najlepszy minister sportu, a przeżyłem kilku. Jako prezydenta też oceniam go bardzo dobrze, a to że inni mają inne zdanie, to mnie nie interesuje - zaznacza Szewczyk. Dodaje, że to w dużej mierze dzięki Kwaśniewskiemu udało się pozyskać część pieniędzy na budowę ośrodka przygotowań olimpijskich w Opolu.

Budowa trwała ponad 12 lat, ale teraz jest tu jedyny w Opolu ośrodek przygotowań olimpijskich. - To był ogromny wysiłek wielu ludzi, nie tylko mój. Ja tylko przez cały czas przy tym byłem. Jestem człowiekiem, którego praca kocha, a żona z trudem akceptuje, bo co ma zrobić z takim przygłupem? Robię tu za hydraulika, elektryka, wożę cegły, cement. Zarabiam tysiąc złotych, bo na więcej klubu nie stać. Wielkiego hobby nie mam, bo nie mam na to czasu. A jak się wkurzę, to idę w domu do piwnicy, żeby poćwiczyć, wtedy schodzi ze mnie ta złość - mówi Szewczyk.

Tego ośrodka zazdroszczą mu w innych "ciężarowych" miastach w Polsce. - Opole zawsze było kuźnią talentów. Teraz, gdy ma tak wspaniały ośrodek, powinno być równie dobrze. Szewczyk przez lata to budował, ale mu się udało. To naprawdę wyczyn - mówi Zygmunt Wasiela, prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów.

Obrażanie czy motywowanie?

W 1999 roku czołowi polscy ciężarowcy napisali list otwarty do prezesa Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki, by odsunąć Szewczyka od prowadzenia reprezentacji. Zarzucili mu aroganckie i niegrzeczne zachowanie. List podpisali m.in. wicemistrz olimpijski Szymon Kołecki, mistrz olimpijski Andrzej Cofalik czy Andrzej Kozłowski i Grzegorz Kleszcz z Budowlanych Opole.

- Do niektórych z nas zwracał się w tak ordynarny sposób, że wstyd to powtarzać. Na nic nam nie pozwalał. Dorosłe i wielkie chłopy nie mogły bez jego wiedzy pójść nawet na stołówkę. Autorytarnie wykorzystywał swoją pozycję - twierdzili kadrowicze. - On nas wyzywał od dziadów albo od ch... A którejś niedzieli, kiedy zrobiliśmy sobie wycieczkę na Hel i wróciliśmy spóźnieni pół godziny z powodu korków, to trener Szewczyk od razu do nas: "Wynocha do domu, wy czereśniaki, wieśniaki...". No to poszliśmy, spakowaliśmy się i pojechaliśmy, a reszta z nami - opowiadali.

Szewczyk ciężko wzdycha i mówi, że za bardzo to nie chce mu się o tym gadać. - Te ich zarzuty to niedorzeczności. To fakt, że zapytałem Dołęgę, czy chce, by mu mówili "Niedołęga". Ale czy to było obraźliwe? To go miało zmobilizować. Żeby on mi pokazał, że to ja jestem głupek. Chciałem go zmotywować, bo ten facet miał sześć okazji na medal mistrzostw świata i Europy i za każdym razem spalił! To co? Miałem go błagać na kolanach, zatrudniać psychologa, a może od razu fakira? Chciałem, by w tym zdolnym chłopaku obudził się lew - zaznacza Szewczyk.

- A to, że powiedziałem Grzegorzowi Kleszczowi, że dźwiga jak pizda, a nie jak chłop, to też dla niego wielka obraza? Czy raczej nie podobało mu się to, że nie pozwalałem chodzić na piwsko? Gdy ja mu mówię: "Przecież jedziesz na olimpiadę", to on mi odpowiedział, że tylko jedno czy dwa piwa wypije, bo inne dyscypliny piją. A co mnie, kurwa, obchodzą inne dyscypliny! To prawda, że o godz. 22 nie można było opuszczać pokoju, ale kadra to nie wycieczka! Przygotowywali się, żyli z pieniędzy podatnika, startowali z orłem na piersi. To zobowiązuje!

Szewczyk dodaje, że nie jest z tych trenerów, co to z zawodnikiem na piwo pójdą. - I pić też nie pozwolę. Ja jestem jego trenerem, opiekunem, mogę być przyjacielem. Ale kolegi zawodnik we mnie nie znajdzie - podkreśla.

Albo ciężko, albo wcale

W 2004 roku przed wyjazdem na igrzyska w Atenach przyłapano na dopingu reprezentantów Polski Marcina Dołęgę i Mariusza Rytkowskiego. Ci oskarżyli trenera Szewczyka, że to właśnie on podawał im zabronione środki. - Pierwsze ampułki dostaliśmy na początku zgrupowania. Trener mówił, że to odżywki. Mieliśmy sobie robić domięśniowe zastrzyki co drugi, trzeci dzień - mówił Dołęga.

Szewczyk zaprzeczył, by dawał zawodnikom doping. Badania laboratoryjne ampułek wykazały, że nie były to środki dopingujące, a jedynie lek przeciwzapalny. Mimo to Szewczyk zrezygnował z pracy z reprezentacją. Po 14 latach.

Uważa, że zawodnicy nie chcieli go, bo za dużo od nich wymagał. Szymon Kołecki, wicemistrz olimpijski z Sydney, twierdził nawet, że to przez katorżniczy trening u Szewczyka doznał poważnej kontuzji. - Szymon to wielki talent, na pomoście fighter, ale on nie uznaje żadnych autorytetów. Sam chce być sobie sterem, żeglarzem i okrętem, no i trenerem też - odpiera Szewczyk.

Ale to, że na kadrze zawodnik nie mógł sobie pofolgować, przyznaje. - U mnie dźwiga się na treningach duże ciężary. Bo jeśli na treningu przed zawodami sztangista nie podniesie kilkanaście razy 200 kg, to potem nie zrobi tego w czasie zawodów. I nie tyle chodzi o możliwości fizyczne. On psychicznie musi być pewien, że z tym ciężarem da sobie radę - tłumaczy.

Megagwiazda światowej sztangi Waldemar Baszanowski wspomina, że zawsze, gdy pytano go, czy ciężary to ciężki sport, odpowiadał, że nie. - Do czasu, aż zobaczyłem, jak trenują chłopcy pod okiem Szewczyka. Trzy razy dziennie! Nawet nie wiedziałem, że tyle można wytrzymać - mówi Baszanowski, dwukrotny mistrz olimpijski. I dodaje: - Szewczyk to taki wariat, pasjonat. Podziwiam go, ale to człowiek, który raczej nie daje się lubić.

Andrzej Piotrowski, medalista mistrzostw Europy: - Szewczyk to konsekwentny facet, czasami trudny, ale postępuje po męsku. Niezależnie czego się podejmie, będzie to robił jak najlepiej. Jego interesują tylko sukces i medale na wielkich imprezach. Jeśli u niego trenujesz, to musisz się liczyć z tym, że wyciągnie z ciebie maksimum tego, co masz. Jeśli się chcesz bawić w ciężary, to nie u niego. Mówi wprost: "Albo trenujecie, albo się opierdalacie, ale już nie ze mną" - wspomina Piotrowski.

Dodaje, że dopiero po latach docenia się Szewczyka i jego styl. - A że się chłopcy buntowali? Kiedyś będą sobie pluli w brodę, bo Kleszcza czy Kołeckiego było stać na dużo więcej, niż osiągnęli - podkreśla.

Prezes Wasiela ma o Szewczyku jako trenerze bardzo dobre zdanie: fachowiec, świetny strateg, wie, jaki ciężar musi podnieść jego zawodnik, by zdobyć medal, potrafi przewidzieć ruchy rywali. - Ale jest bardzo wymagający, surowy wobec zawodników. Z tego zaczęły się rodzić konflikty - uważa.

Fajny więc Szewczyk nie jest. A czy dobry? Jego zawodnicy zdobyli 40 medali igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata i Europy. Medali mistrzostw Polski nikt już w opolskim klubie nie liczy. Szewczyk nie wysyła na nie zawodników, którzy nie gwarantują miejsca na podium. - Bo po co? To tylko koszty. Nie dźwiga na treningu, nie podniesie na mistrzostwach. Tu nie ma przypadku - podkreśla szkoleniowiec Budowlanych.

Za swój największy sukces uważa igrzyska w Barcelonie. - Zdobyliśmy trzy medale olimpijskie, to było naprawdę coś dla polskiej sztangi, dla mnie jako trenera. A porażka? Za długo by wyliczać - uśmiecha się trener sztangistów.