Lodowaty prysznic Skry w Poznaniu

Przez trzy lata drużyna z Bełchatowa była polską Brazylią - niepokonaną w najważniejszych rozgrywkach. Ale każda passa ma swój koniec
W sporcie nie ma drużyn niepokonanych. W piłce nożnej najbogatszy na świecie Real odpada z Ligi Mistrzów, przegrywa mająca najsilniejszy skład Barcelona, kłopoty mają Chelsea czy Manchester United. Podobnie jest w klubowej siatkówce, gdzie pieniądze i wielkie nazwiska nie grają. Dynamo Moskwa przegrywa z Friedrichshafen, choć Siemion Połtawski i Jurij Biereżko zarabiają więcej niż cała niemiecka drużyna. Tylko reprezentacja Brazylii nie może znaleźć pogromcy. Zdarzają się jej porażki w mniej ważnych spotkaniach, ale w najważniejszych nie zawodzi. W polskiej siatkówce taką małą Brazylią była przez ostatnie trzy lata Skra Bełchatów. Do soboty...

Gdyby wziąć pod uwagę sumę umiejętności wszystkich zawodników, to wynik półfinału byłby łatwy do przewidzenia. Bo na większości pozycji Skra ma lepszych siatkarzy od Jastrzębskiego Węgla. Ba boisku są jednak ludzie, a nie maszyny. Jedni są w słabszej dyspozycji, podczas gdy inni mają dzień konia. I wtedy łatwo o sensację.

Nie mam zamiaru bronić bełchatowskiego zespołu, ale przyczyny porażki w Poznaniu są trochę szersze. Moim zdaniem zawiodła filozofia gry Skry. W skrócie można przedstawić ją tak: grajmy bezpiecznie, dajmy szansę pomylić się przeciwnikowi. Dotychczas przynosiło to pozytywne efekty, choć zdarzały się wpadki. Pierwszą był rewanżowy pojedynek z Panathinaikosem Ateny w Lidze Mistrzów. Bełchatowianie przestali dwa sety, później odrobili straty, by w tie-breaku znów stanąć. Zupełnie jak w Poznaniu. Drugą - porażka w lidze z Jastrzębskim Węglem, też w pięciu setach. Konsekwencje nie były zbyt bolesne.

W półfinale turnieju o Puchar Polski filozofia gry Skry znów zawiodła, bo w decydujących momentach przeciwnik się nie mylił. Dawid Murek atakował z najtrudniejszych piłek i zdobywał punkty. Zaś nieprzyzwyczajeni do takiej sytuacji zawodnicy z Bełchatowa stanęli. Nie było nikogo, kto w tie-breaku wsparłby Mariusza Wlazłego. Świetnie grający dotychczas Piotr Gruszka nie skończył trzech zbić na pojedynczym bloku, bo zamiast uderzyć z całych sił, zaatakował bezpiecznie, dając szansę na pomyłkę przeciwnikom. A ci byli kończyli wszystkie kontry.

Nie najlepszych wyborów dokonał też Maciej Dobrowolski, bo zamiast do bólu wykorzystywać niesamowicie zmotywowanego Wlazłego, grał lewym atakiem i przez zawodzących w sobotę środkowych. Z drugiej zaś strony trudno dziwić się rozgrywającemu, skoro Gruszka wcześniej był niemal bezbłędny, a miał naprzeciw siebie najniższego w bloku Nikołaja Iwanowa.

Wracając do środkowych, to najgorszy występ w Skrze zanotował Daniel Pliński. W jego przypadku potwierdziła się zasada, że jak człowiek za bardzo chce, to czasami skutek jest odwrotny. Pliński przyszedł do Bełchatowa z Jastrzębia, a rozstanie nie było bezbolesne. Chciał się więc zemścić na tamtejszych działaczach, co go sparaliżowało. Sportowcy nazywają to przemotywowaniem. I tutaj wyszedł błąd Daniela Castellaniego (do czego zresztą trener się przyznał po meczu), który nie zdecydował się na wpuszczenie na boisko Radosława Wnuka. W końcu najlepsi w Polsce zmiennicy nie są od tego, żeby wychodzić drugą szóstką na słabsze zespoły, ale by pomóc w trudnych chwilach.

Podobna sytuacja była ze Stephanem Antigą. Nawet wielkie gwiazdy mają prawo do chwili słabości. Francuz fantastycznie wypadł w spotkaniu z Zaksą Kędzierzyn-Koźle, ale w sobotę był sporo słabszy, zwłaszcza w ataku. A przecież w odwodzie jest Michał Bąkiewicz... W sumie jednak wszyscy zawodnicy Skry zagrali przeciętnie. Nawet ich najlepsze elementy, jak blok i obrona, funkcjonowały słabo. Przez trzy sety dawali sobie bezkarnie obijać ręce przez Roberta Prygla czy Igora Yudina, a wszystkie odbite od bloku piłki, które lądowały w okolicach końcowej linii, wpadały bezkarnie w boisko.

Na koniec o ostatnim słabym punkcie, jakim był Dan Lewis. Kanadyjczyk w niczym nie pomógł zespołowi, wręcz przeciwnie. Po jego błędach w pierwszym secie, kiedy nie przyjął trzech łatwych zagrywek Nikołaja Iwanowa, jastrzębianie złapali wiatr w żagle. Od libero wymaga się przynajmniej kilku obron w bardzo trudnej sytuacji. Lewis nie miał żadnej. Może znów trzeba dać szansę Robertowi Milczarkowi...

Konsekwencje porażki w Pucharze Polski są takie, że Skra nie wywalczyła sobie prawa startu w Lidze Mistrzów (cieszą się w Częstochowie), a rywale przekonali się, że mistrzowie są takimi samymi ludźmi, jak oni. Można z nimi skutecznie powalczyć. Oby ten lodowaty prysznic tak zmobilizował bełchatowskich siatkarzy, jak choćby słowa trenera Jadaru Radom, że zera w kontraktach nie grają. Bo na tak umotywowaną Skrę, jak w niedawnym rewanżu z drużyną Radomia (wygranym 3:0 w nieco ponad godzinę), nie ma silnych nie tylko w Polsce. Bo jeśli w ostatnim secie bełchatowianie mają ok. 20-procentową skuteczność w ataku, a mimo to przegrywają 12:15, to znaczy, że potencjał mają ogromny.

PGE Skra - Jastrzębski Węgiel 2:3

Sety: 19:25, 15:25, 25:17, 25:20, 12:15

PGE Skra: Dobrowolskki 1, Antiga 10, Pliński 3, Wlazły 22 (6 asów), Gruszka 19, Heikkinen 9, Lewis (libero) oraz Neroj 1, Bąkiewicz 1, Maciejewicz, Wnuk 1.

Jastrzębski Węgiel: N. Iwanow 6, Murek 17, Jurkiewicz 8, Prygiel 12, Yudin 15, J. Iwanow 13, Rusek (libero) oraz Łowacz 1, Rafa 2, Czarnowski, Gorzewski.

Puchar Polski zdobył Wkręt-met AZS Częstochowa, który w finale pokonał Jastrzębski Węgiel 3:1.