ŁKS przegrał na własne życzenie

Przed spotkaniem z Legią trener ŁKS Mirosław Jabłoński był pewny, że jego zespół wywalczy w stolicy przynajmniej remis. Przegrał z powodu bezmyślności Roberta Szczota


Skład ełkaesiaków w Warszawie był niespodzianką, bo w wyjściowej jedenastce pojawił się Adrian Woźniczka. Na prawą stronę pomocy został desygnowany Robert Szczot, który w ataku miał wspierać Kleyra, a na lewym skrzydle zagrał Gabor Vayer. Od pierwszej minuty widać było, że Węgrowi trudno się przyzwyczaić do nowej roli. Już pierwsza wizyta łodzian pod bramką Jana Muchy zakończyła się zdobyciem gola - z wolnego dośrodkował Labinot Haliti, a głową uderzał Marcin Adamski. Dwie minuty później Szczot przed własnym polem karnym sfaulował Edsona, a po uderzeniu Piotra Gizy z rzutu wolnego Bogusław Wyparło fantastyczną interwencją uratował swój zespół od straty gola. Większe konsekwencje miała żółta kartka dla Szczota.

Gospodarze grali źle, bez pomysłu w ataku. W 32 min łodzianie przeprowadzili kolejny atak prawą stroną. Podanie Kleyra było - zdaniem sędziego bocznego - spóźnione, dlatego na pozycji spalonej znalazł się Szczot. Pomocnik ŁKS po gwizdku sędziego jeszcze kopnął piłkę do bramki, za co zobaczył drugą kartkę i opuścił boisko. Choć telewizyjne powtórki pokazały, że nie było spalonego, łodzianie przez godzinę musieli grać osłabieniu. Jeszcze podczas meczu właściciele ŁKS zdecydowali, że Szczot zostanie karnie odesłany do drużyny Młodej Ekstraklasy. - Walczymy o utrzymanie i każdy musi zachowywać się na boisku odpowiedzialnie, a jemu zabrakło opanowania i rozwagi - tłumaczył Jabłoński. - Nie można w tak głupi sposób osłabiać zespołu - mówił Adamski.

Strzelec gola nie miał do końca racji, bo ełkaesiacy już od pierwszej minuty grali w osłabieniu. Dlaczego, bo dla Kleyra polska ekstraklasa to zbyt wysokie progi. Brazylijczyk prezentował trzecioligowe umiejętności, a chyba tylko obecność na trybunach właścicieli klubu spowodowała, że trener Jabłoński dopiero w drugiej połowie zdjął go z boiska. Mimo to goście mogli podwyższyć prowadzenie, lecz po uderzeniu Adamskiego z rzutu wolnego Mucha z trudem wybił piłkę. - Gdybym lepiej przymierzył, może losy meczu byłby inne - mówił po spotkaniu łódzki obrońca.

Wraz z rozpoczęciem drugiej polowy nad stadionem rozszalała się ulewa. Po kwadransie goście dali się zepchnąć na własne pole karne. W 53 min z prawej strony dośrodkowywał Edson, ale uderzenie Rogera głową nie sprawiło kłopotu Wyparle. Łódzcy zawodnicy bez kłopotów wyłączyli z gry kandydata na reprezentanta Polski, lecz zapomnieli o Takesurze Chinyamie... W 65 min po rzucie wolnym Edsona reprezentant Zimbabwe z pięciu metrów doprowadził do remisu.

W utrzymaniu remisu miał pomóc Sebastian Mila. Nowy ełkaesiak walczył, dużo biegał, nawet faulował, za co został ukarany żółtą kartką, lecz nie był jednak w stanie odmienić losów meczu. Sześć minut przed końcem niedoszły ełkaesiak Marcin Burkhardt podał do Chinyamy, który oszukał trójkę łódzkich obrońców, po czym potężnym uderzeniem zdobył drugiego gola. Łodzianie mieli jeszcze szansę na doprowadzenie do remisu, ale strzał Ensara Arifovicia był zbyt słaby. - Gdybyśmy grali 11 na 11, Legia meczu by nie wygrała - twierdził Tomasz Kłos. - Gospodarze zagrali żenująco słabo, ale my przegraliśmy na własne życzenie.

Wiosną nie zagra już w ŁKS Adam Cieśliński, który został wypożyczony do TKP Toruń.



Legia Warszawa - ŁKS 2:1 (0:1)

Gole: Chinyama (65., 84.) - Adamski (12.)

Legia: Mucha - Rzeźniczak (78. Rybus), Szala Ż, Astiz Ż, Kiełbowicz - Radović, Vuković, Roger, Giza (65. Burkhardt), Edson - Chinyama (85. Grzelak). ŁKS: Wyparło 3 - Łakomy 3, Kłos 3, Adamski 4, Woźniczka 2,5 - Szczot 0 Ż, CZ, Haliti 2, Paulinho 3, Jovinio 2.5 (76. Mila 3 Ż), Vayer 2 (46. Mysona 3) - Kleyr 1 (57. Arifović 2).

Sędziował: Jarosław Żyro (Bydgoszcz)

Widzów: 7 tys.